Radykalny feminista

Rzeczywiście poglądy kształtują się w toku dyskusji. Trzymane w zamkniętej łepetynie prędzej raczej same zanikną, niż rozwiną się w coś mniej więcej sensownego. Dziś ku swojemu zaskoczeniu dowiedziałem się, że jestem feministą. Najzwyczajniej w świecie szokujące! Na ćwiczeniach z prawa międzynarodowego publicznego omawialiśmy kazus, dotyczący obowiązkowej służby w straży pożarnej w pewnym fikcyjnym państwie. Cała sprawa rozbijała się o to, czy nie jest tu dyskryminacją, że obowiązek ten nie dotyczy w równym stopniu kobiet co mężczyzn. Argumenty jakoby kobiety były generalnie słabsze fizycznie i że generalnie to przecież jaskrawy absurd, zupełnie mnie nie przekonały. W rezultacie doszło do nieco zbyt głośnej dyskusji, co skończy się najprawdopodobniej okrągłą dwójeczką… W każdym razie art. 14 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności wyraźnie zakazuje dyskryminacji między innymi ze względu na płeć. To na zwolennikach różnicowania sytuacji prawnej ze względu na płeć ciąży więc w tym wypadku ciężar dowodu, to oni muszą usiłować udowadniać, że obowiązek służby w straży pożarnej dotyczący tylko mężczyzn nie jest dyskryminacją. Może przyjąłem odrobinę zbyt wygodne stanowisko, ale to właśnie ono wydało mi się konsekwentne. Przecież jeśli chodzi tylko o mniej przydatne cechy kobiet predestynujące je do pracy typowo fizycznej, dlaczego nie ująć wymagań opisowo? Czy tylko mężczyzna może łamać w rękach podkowy? Na przyszłość jednak będę unikał dyskusji na ćwiczeniach.

Parszywy browar

Nie lubię piwa, przy piwie trzeba rozmawiać, przyjmując za rozmów tematy problemy ciążące nieraz ku stanowczo poważnym. To poważny problem, razem z buzującym w gardle browarem gazowały mi dziś w głowie trudne koncepcje przyszłościowe. Myśleć przecież wciąż trzeba, co tu robić po skończeniu tego przeklętego prawa, z jakiego źródła wyrwać pieniądze, jak zdobyć wreszcie pozory niezależności. Poziom trudności studiów wzrasta w sposób nieskomplikowany – matematycznie i geometrycznie, początek w miarę trudny, rok kolejny dwukrotnie trudniejszy, obecny najwyraźniej trudniejszy dwukrotnie od roku poprzedniego. Co też czeka mnie na kolejnym? Pokrzepiającym jest, że z trudnościami radzę sobie w stopniu zadowalającym i spokojny jestem o swoje możliwości umysłowe. Jakkolwiek niepopularna to postawa, nie jestem do rdzenia zakompleksionym, przekonanym o własnym zidioceniu kretynem. Nie wyklucza to starannego wyposażenia w wątpliwości.

Już wczesną wiosną rozglądać zamierzam się za miejscem odbywania praktyk. Miejsce to w dodatku zamierzam znaleźć, choć niestety przyjdzie poczekać jeszcze na pewne szczegóły. Praktyki przecież są obowiązkowe, ciekawi mnie więc czym zaskoczy uczelnia. W zamiarze poszukiwań nie jestem sam, tym więc raźniej będzie rozbijać się o drzwi biur i kancelarii. Osamotniony również nie jestem w chęci dostania się do Studenckiej Poradni Prawnej, ale droga do niej stanie przede mną otworem dopiero na czwartym roku. Wiele jeszcze koncepcji i opracowań przedstawiłem przy piwku, barwnie narzekało się na pewne obiektywne spiętrzenia trudności. Pozornie odległy egzamin na aplikację trzeba będzie zdać porządnie, wcześniej wypadałoby jednak przecież wybrać zawód. W jakiekolwiek znajomości branżowe nie jestem wyposażony, historie w rodzaju notariatu można więc z miejsca odrzucić. Bez żalu z mojej strony, od początku studiów przecież mąci mi w głowie prokuratorowanie… Pieśni przyszłości, jednak na zapas wierzę w swoje możliwości. Dotąd nie musiałem obchodzić się smakiem. Jakoś to będzie?

Jutro wykład

Jutro wykład, początek roku akademickiego. Myślałem że ta bolesna chwila opóźni się do poniedziałku, nieprzypadkowo przecież szanowne władze uczelni wydały decyzję o czwartkowym dniu rektorskim. Przecież to aż samo się prosiło żeby piątek też był wolny, jednak coś najwyraźniej nie zagrało. Parę godzin posiedzę, notując cenne uwagi na temat prawa międzynarodowego publicznego. Brzmi to niezwykle europejsko, strasznie ciekawi mnie kim okaże się wykładowca. Oczywiście nie tylko to mnie ciekawi – jutro pierwszy raz będę notował wykład z pomocą Vim-a. W czasie tych wakacji doceniłem przewagę zwykłych plików tekstowych nad jakimiś dziwnymi kobyłami z pakietów biurowych, przeokropnie ciężkich i przekombinowanych. Moje pilne notowanie powinno odbyć się bez większych przygód, może tylko postronni współkiblujący będą dziwić się, czemu to wszystko na ekranie jest takie czarne… Od poniedziałku dopiero zaczynają się regularne zajęcia, tu pojawią się problemy znacznie większego kalibru.

Jutro poprawka

Już jutro popraweczka, z miłą chęcią się wybiorę. Założę jakiś optymistyczny krawat, nie zapomnę przy okazji o reszcie stroju garniturowego, wsiądę w autobus i rozbiję się o kartę egzaminacyjną. Już mi zupełnie obojętne, prawa finansowego nie można się uczciwie nauczyć. Tematyka jest zdecydowanie zbyt odpychająca, uwaga ześlizguje się automatycznie po przeczytaniu kilku słów notatek. Nic na siłę przecież, muszę liczyć na swoją wbudowaną intuicję, Powinienem zapamiętać dokładniej od paragrafów, żeby tylko znowu nie przekombinować… W czerwcu położyłem sprawę tylko dlatego, że pod koniec egzaminu zacząłem się bez sensu zastanawiać. Kilku punktów dosłownie zabrakło, a przecież chcę tylko się prześlizgnąć. Po prześlizgnięciu się przyjdzie pora na rzeczy odrobinę przyjemniejszę, bo zamierzam zainstalować na swoim laptopie Gentoo. To niezły postęp, jak na fanatycznego użytkownika Ubuntu, przecież idiotę z natury. Debian zbyt przypomina mi Ubuntu, zbyt często wie lepiej ode mnie. Koniec wakacji to dobry czas żeby pogmerać przy komputerze, rozwiązując problemy kompletnie obce innym dystrybucjom. Instalacja zajmie pewnie parę godzin, potem znowu czekać trzeba będzie na skompilowanie się podstawowych programów, na koniec nic nie będzie działać szybciej. Zadowolony będę i tak. Laski na to nie lecą, podkreślam że wiem o tym doskonale. ;)

Doniesienia z frontu

Nie mam zielonego pojęcia co robiłem przez ostatnie kilkanaście dni. Trochę jeździłem na rowerze, zacząłem grać w Icewind Dale II, zdążyłem przeczytać parę niesamowitych książek i odbyć woniące drętwotą spotkanie sentymentalne po latach, takie licealne i wpływające na racjonalizację postrzegania świata. Zaskakująco szczegółowe informacje jak na kogoś, kto zapadł na domniemaną amnezję. Dziwny to stan, jednak znam jego przyczynę – jest nią zalegająca i przewalająca się na głowie robota. Do końca tego miesiąca muszę napisać dwie opinie prawne, czego robić mi się rozpaczliwie nie chce. Każdego dnia zabieram się za to, piszę mądry akapit i wymyślam sobie szybko najrozmaitsze inne zajęcia. W gruncie rzeczy napisanie takich opinii nie jest zadaniem specjalnie pracochłonnym, ale przecież niby mam wakacje. To nieludzkie, podłe i zwierzęce doprawdy, żebym musiał męczyć się z poczuciem obowiązku. Tak uwielbiam budzić się rano ze świadomością, że dziś niczego nie muszę robić, nikt niczego ode mnie nie oczekuje… W przypadku studiów jakiekolwiek oczekiwania nie mają oczywiście charakteru osobistego. Zignorowaniem swojej powinności nie zawiodę nikogo, nie zepsuję nikomu dobrze rozpoczętego dnia. Tak zwyczajnie tylko nie zaliczę przedmiotu. Nic to przecież… Jutro zabieram się za robotę. Głupie studia sobie wybrałem.