Drugi rower

Zimno jak w jakimś grudniu, ale wieczorem pojeżdżę, przemogę się… Za kilka miesięcy będę jednak jeździł na zupełnie innym rowerze. Nie mam tu na myśli przerabiania obecnego, które jest procesem stałym i prędko się nie zakończy, ale zakup nowych dwóch kółek. Przeglądając fora tematyczne, z zainteresowaniem czytam relacje ludzi, którzy za śmieszne pieniądze, z użyciem starych części, składają od podstaw całkiem ciekawe rowery. Przez część wakacji zamierzam popracować i będę mógł wydać na taki wynalazek jakieś 400 złotych. Najbardziej podobają mi się ostre koła, z tą szosową geometrią, cieniutkimi oponami, barankami i staroświeckim wyglądem. Wizja kusząca, bo takim rowerkiem mógłbym bez obaw jeździć na uczelnię, a raczej bez obaw zostawiać go przed uczelnią na czas zajęć. W praktyce składanie przysporzy mi zapewne gigantycznych problemów, ale nie ma innego sposobu na przekonanie się o tym, niż spróbować samemu. Gdybym zabrał się za to we wrześniu, o ile nie będę miał żadnych egzaminów do poprawienia, to na październik drugi rower powinien być gotowy. :)

Koniec traumy

Konwencja kulturowa sugeruje mi, że wypadałoby pochwalić się utrzymaniem stanu swojego życia. Wciąż żyję i mam się coraz lepiej. Wiosną każdego łapią jakieś dziwne grypy, katary, zauroczenia, w efekcie czego przez ostatnie dni byłem cokolwiek rozkojarzony. Te wszystkie kropelki do nosa, chusteczki, romantyczne spotkania w kawiarniach, spacery i inne nocne zmazy nie wpływają pozytywnie na stan umysłu. Moje komplikacje uczuciowe nadawałyby się raczej na temat psychopatycznej pracy magisterskiej depresyjnego studenta, rozsądniej więc zmierzać do meritum. Kiedy podniosłem się już z platonicznych uczuć, zaś pogoda pokazała swoje słoneczne oblicze, mogłem tylko wsiadać na rower. Pierwszy raz od feralnego wypadku zdecydowałem się na przejażdżkę i była to decyzja słuszna, zważywszy na postępującą niewątpliwie traumę. Traumatyczny bunt umysłu został stłumiony w zarodku, przy okazji wypróbowałem kask i połamaną podstawkę do licznika.

Połamana podstawka okazała się być połamaną bezwzględnie i niewątpliwie. Jej sklejenie niczego tu nie zmieniło i właśnie czekam na dostawę nowej. Zapłaciłem za ten kawałek plastiku okropne pieniądze, jednak nie chciałbym zgubić gdzieś po drodze samego komputerka. Jazda w kasku całkiem mi się spodobała. Nie dostrzegałem żadnych dziwnych spojrzeń, o których tak lubią donosić niektórzy sceptycy. Głowa nie przegrzewała się, tylko paski wymagają jeszcze pewnych regulacji. Szkoda mi jedynie rozwianych włosów, ale bez problemu mogę poczochrać się zawsze po zdjęciu kasku. Odrobinę żałuję teraz, że nie zrobiłem w niedzielę co najmniej dwukrotnie więcej kilometrów, ale nie jechałem sam… Mogę tylko czekać na poprawę pogody.

Zrozumienie nadeszło

Wieczorem obowiązkowo Masa Krytyczna, tymczasem moja przerzutka przednia wciąż w rozsypce. Powinienem się spieszyć, jednak obowiązek odnotowania kolejnego poziomu oświecenia jest zbyt istotny. Od dawna mam problem z rozwijaniem sensownych prędkości na swoim rowerze, dopiero dziś jednak ostatecznie zrozumiałem, gdzie tkwi jego źródło. Pomógł mi w tym znakomity tekst wikiyu, jak również morderczy wysiłek regulacji przedniej przerzutki. Najzwyczajniej w świecie brakuje mi przełożeń! Istnieje pewna fizyczna granica prędkości, z jaką człowiek może kręcić nogami, by nie przemienić się niespodziewanie w wentylator. Z największej przedniej tarczy o 48 i najmniejszej tylnej koronki o 14 ząbkach nie jest w stanie wiele wycisnąć. Chciałoby się jechać szybciej i szybciej, ale ja już wymachuję nogami z absurdalną prędkością i nie pozostaje mi nic innego, jak zacząć zwalniać. Nie wiem skąd, nie wiem jak i nie wiem kiedy, ale koniecznie muszę wyciągnąć z zanadrza odrobinę gotówki i wydać ją na jakąś odpowiedniejszą kasetę i tylną przerzutkę Alivio. Alivio wystarczy, bo nie zamierzam inwestować w 9 biegów, poza tym manetkę już mam pasującą. Chciałoby się…

Rower owinięty

Znowu odrobinę zaszalałem… W sensie rowerowym oczywiście. Niedawno zmieniłem ustawienie rogów na bardziej płaskie, dzięki czemu mogę przyjmować pozycję sprzyjającą wyciskaniu większych prędkości. Genialna sprawa i nie wiem doprawdy, czemu dopiero teraz na to wpadłem. :) Parę dni temu zamówiłem nowe manetki – takie zwyczajne na dźwigienki, zupełnie niemodne w tych bezwględnych czasach. Przy okazji skusiłem się na owijki Eastona i dziś zamiast uczyć się, pół dnia spędziłem na ich okręcaniu. Być może przesadzam, ale czas przecież tak leci, gdy chodzi o rowerowe przyjemności. :)

Owijki

Jutro czeka mnie mocowanie linek do przerzutek i ostateczne dopracowanie ułożenia owijki. Nie jest z niego jeszcze zadowolony, jednak myślę że jak na pierwszy raz… Czyżbym miał naturalne zdolności? ;)

Dzień dodatni

Jakże mi się dziś wspaniale jeździło. :) Nie zaplanowałem żadnej nadzwyczajnej trasy, żadnej nadzwyczajnej też nie zrealizowałem w praktyce. Zwykły standard dla rowerzystów ze Szczecina, czyli dojazd nad Jezioro Głębokie, okrążenie samego jeziora i powrót, łącznie zaledwie 26 kilometrów. Podczas kilku ostatnich wycieczek zdarzało mi się zmęczyć, musiałem odpoczywać wręcz absurdalnie często. Dziś wcale nie było takiej potrzeby, a powrót aleją Wojska Polskiego, później Piastów i ulicą Mieszka I był po prostu fantastyczny. :) Popędziłem tak, jak dawno mi się to nie zdarzało i w najmniejszym nawet stopniu nie byłem zmęczony. Najwyraźniej forma powoli wraca. Już w domu zaraz zadzwonił do mnie kurier, któremu długo musiałem tłumaczyć, jak ma dojechać pod mój blok. Wreszcie jakimś cudem mu się udało i w moje ręce trafiły rowerowe spodenki. Z zadowoleniem muszę stwierdzić, że są luźne, zdecydowanie luźne, bez wątpienia nie maja nic wspólnego z obcisłością. ;) Składają się właściwie z dwóch spodenek, przy czym wewnętrzne posiadają wkładkę antybakteryjną i przypinane są do zewnętrznych zatrzaskami. Rozwiązanie wydaje się wygodne, ale mnie ucieszyło szczególnie, że wewnętrzne można nosić bez tych drugich, więc już teraz będę mógł używać ich z długimi spodniami.

Pozytywnych stron tego dnia jest więcej i nie wszystkie związane są z rowerową pasją. Na stronie wydziału zamieszczono wyniki egzaminu z teorii organizacji i zarządzania. Na liście znalazło się około stu nazwisk, przy czym nikt nie zaliczył, bez najmniejszego wyjątku. Nie znalazłem swojej oceny i uznałem, że moja praca najwyraźniej nie została sprawdzona. Zacząłem już zastanawiać się nad nauką na poprawkę, bo nie widziałem powodu, dla którego miałbym dostać ocenę pozytywną w warunkach tak krwawej rzezi. Wtedy kolega z grupy pogratulował mi zdanego egzaminu, co nieco mnie zdziwiło, ale równocześnie coś zaczęło mi świtać… Profesor równocześnie z ogłoszeniem wyników poinformował, iż osoby których nie ma na liście, zdały ten nieszczęsny egzamin. Ostateczną ocenę poznam jutro, ale nie jest to przecież zbyt ważne. Jeszcze tylko ocena z prawa cywilnego i sesje mogę uznać za zamkniętą.