Niesympatyczny sesyjny czas dobiega już końca. W sobotę czeka mnie ostatni egzamin, niestety mam dość mało czasu na przygotowania do niego. W najgorszym wypadku wrzesień zostanie utracony dla wakacyjnego odpoczynku, ale i tak zostają przecież całe 2 miesiące. Sierpień zamierzam rozpocząć od pierwszej dłuższej rowerowej wyprawy, całkiem całkiem długiej. Według zarysów planu mam dotrzeć w nieco ponad tydzień na Mazury, stamtąd wrócić już pociągiem. Cała trasa oczywiście w miłym towarzystwie, kompletującym się powoli w wątku na forum Rowerowego Szczecina. Już teraz strasznie się denerwuję, żeby tylko przeciwności losu nie zwaliły mi się na głowę i coś z tego wyszło. Poczyniłem już nawet przygotowania sprzętowe w kierunku wyprawy, kupując tylne sakwy Crosso Dry. W standardowym międzyczasie okazało się oczywiście, że mój zabytkowy bagażnik zupełnie do niczego się nie nadaje. Czeka mnie zakup jakiejś pancernej konstrukcji…
Wydatki związane z wyprawą na tym się nie kończą. Chciałbym kupić przed nią jakieś węższe i gładsze oponki, w miarę odporne na przebicia. Obecne w rozmiarze 700x38C wydają mi się zbyt szerokie, mają spore opory toczenia i podejrzanie często poddają się szkłu i innym ostrym paskudztwom. Pewnym problemem pozostaje namiot, którego w swoim krótkim życiu nie zdążyłem się dorobić. Na pierwszą parodniową wyprawę nie zamierzam wydawać góry pieniędzy i najpewniej kupię coś namiotopodobnego w supermarkecie. Luksusów nie potrzebuję. ;) Zakupy zakupami, ale nie mogę się doczekać tej długiej drogi. :)
Całe popołudnie zajęło mi dziś mocowanie nowego wspornika kierownicy. Już na początku okazało się, że rozmaite trudności zamierzają pojawiać się jedna za drugą. Liczyłem że będę mógł ponownie wykorzystać owijki, te jednak podarły się przy zdejmowaniu - klej z czasem zaczyna trzymać mocniej, co właściwie dobrze o nim świadczy. Jutro muszę kupić nowe i dopiero wtedy wszystko będzie gotowe. Stary mostek wyjąłem jednym płynnym ruchem, jednak włożenie nowego okazało się niemal niemożliwe. Znakomita rurka okazała się najzwyczajniej zbyt długa i trzeba było odpiłować kilka jej centymetrów. Po chwili okazało się, że nie przeszkadzałoby odpiłować jeszcze z pół centymetra, ale tu już poradziłem sobie młotkiem. Przy okazji dostało się też trochę farbie na nowym mostku, ale przynajmniej w miejscach niewidocznych. Trauma odpryskującego lakieru niedługo minie. W procesie składania roweru do kupy stosowałem niewiarygodne ilości smaru, wykorzystując zalecenia szkoły mojego ojca - mechanika samochodowego. Mostki klasyczne działają na zasadzie klina, więc trochę zacierać po prostu się muszą, być może jednak dzięki smarowi nie będzie potrzeba czołgu do ponownego rozbierania, które zapewne kiedyś nastąpi. Mimo nieprzewidzianych trudności jestem zadowolony, rower wygląda bojowo.
Czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę od jak dawna, od jak niewiarygodnie długiego już czasu noszę się z zamiarem wymiany wspornika kierownicy? To dramatyczne, ale w rzeczywistości trwa to stanowczo zbyt długo. Mój znakomity rower do najnowocześniejszych konstrukcji z pewnością nie należy, stąd konieczne są pewne błyskotliwe kombinacje, by móc zamontować w nim dowolny kozacki mostek. Tak, to wszystko szpan i głupota. Najmniejszego znaczenia nie ma tu fakt, że obecny wspornik jest stalowy, toporny i wyposażony we wznios pasujący do roweru emeryta. Wydało się, teraz nic nie będzie jak dawniej… W każdym razie zdążyłem już zamówić BBB Extender, nad samym mostkiem zastanowię się po ewentualnym udanym montażu tej części. Wiem że w sklepach dostępna jest dwukrotnie tańsza alternatywa, ale ta ślicznotka było po prostu miłością od pierwszego wejrzenia. Dostawa najprawdopodobniej w okolicach poniedziałku, tymczasem mnie już skręca z niecierpliwości. Tak to już jest, kiedy ubogiemu studentowi przytrafia się odrobina gotówki…
Zimno jak w jakimś grudniu, ale wieczorem pojeżdżę, przemogę się… Za kilka miesięcy będę jednak jeździł na zupełnie innym rowerze. Nie mam tu na myśli przerabiania obecnego, które jest procesem stałym i prędko się nie zakończy, ale zakup nowych dwóch kółek. Przeglądając fora tematyczne, z zainteresowaniem czytam relacje ludzi, którzy za śmieszne pieniądze, z użyciem starych części, składają od podstaw całkiem ciekawe rowery. Przez część wakacji zamierzam popracować i będę mógł wydać na taki wynalazek jakieś 400 złotych. Najbardziej podobają mi się ostre koła, z tą szosową geometrią, cieniutkimi oponami, barankami i staroświeckim wyglądem. Wizja kusząca, bo takim rowerkiem mógłbym bez obaw jeździć na uczelnię, a raczej bez obaw zostawiać go przed uczelnią na czas zajęć. W praktyce składanie przysporzy mi zapewne gigantycznych problemów, ale nie ma innego sposobu na przekonanie się o tym, niż spróbować samemu. Gdybym zabrał się za to we wrześniu, o ile nie będę miał żadnych egzaminów do poprawienia, to na październik drugi rower powinien być gotowy. :)
Konwencja kulturowa sugeruje mi, że wypadałoby pochwalić się utrzymaniem stanu swojego życia. Wciąż żyję i mam się coraz lepiej. Wiosną każdego łapią jakieś dziwne grypy, katary, zauroczenia, w efekcie czego przez ostatnie dni byłem cokolwiek rozkojarzony. Te wszystkie kropelki do nosa, chusteczki, romantyczne spotkania w kawiarniach, spacery i inne nocne zmazy nie wpływają pozytywnie na stan umysłu. Moje komplikacje uczuciowe nadawałyby się raczej na temat psychopatycznej pracy magisterskiej depresyjnego studenta, rozsądniej więc zmierzać do meritum. Kiedy podniosłem się już z platonicznych uczuć, zaś pogoda pokazała swoje słoneczne oblicze, mogłem tylko wsiadać na rower. Pierwszy raz od feralnego wypadku zdecydowałem się na przejażdżkę i była to decyzja słuszna, zważywszy na postępującą niewątpliwie traumę. Traumatyczny bunt umysłu został stłumiony w zarodku, przy okazji wypróbowałem kask i połamaną podstawkę do licznika.
Połamana podstawka okazała się być połamaną bezwzględnie i niewątpliwie. Jej sklejenie niczego tu nie zmieniło i właśnie czekam na dostawę nowej. Zapłaciłem za ten kawałek plastiku okropne pieniądze, jednak nie chciałbym zgubić gdzieś po drodze samego komputerka. Jazda w kasku całkiem mi się spodobała. Nie dostrzegałem żadnych dziwnych spojrzeń, o których tak lubią donosić niektórzy sceptycy. Głowa nie przegrzewała się, tylko paski wymagają jeszcze pewnych regulacji. Szkoda mi jedynie rozwianych włosów, ale bez problemu mogę poczochrać się zawsze po zdjęciu kasku. Odrobinę żałuję teraz, że nie zrobiłem w niedzielę co najmniej dwukrotnie więcej kilometrów, ale nie jechałem sam… Mogę tylko czekać na poprawę pogody.