W pierwszych dniach sierpnia wybieram się na Mazury. Precyzyjniej rzecz ujmując wyprawiam się, bo razem z kilkoma zapaleńcami zamierzam dojechać tam rowerem. Planowana trasa przebiegać będzie wzdłuż wybrzeża, noclegi zapewnią namioty i leśne chaszcze. Jak na pierwszą rowerową wyprawę założenie jest ambitne, więc do Szczecina wracać będę już pociągiem. Towarzysze podróży drogę powrotną chcą też przebyć rowerami, jednak zahaczając przy okazji o Toruń, co całą eskapadę może wydłużyć do 3 tygodni. Dla mnie byłoby to jeszcze zbyt dużo. Oprócz trwających od jakiegoś czasu treningów kondycyjnych, poczyniłem mordercze dla portfela przygotowania sprzętowe. Śpiwór i karimatę na szczęście już mam, musiałem kupić sakwy, bagażnik i namiot.

Z całego tego zestawu jedynie namiot może okazać się katastrofą. Najprawdopodobniej będzie przemakał, wilgoć będzie skraplała się we wnętrzu, całość poszybuje wysoko przy byle podmuchu, ale przynajmniej był tani. Sakwy i bagażnik na szczęście są porządne i zapewne posłużą mi jeszcze na niejednej wyprawie. Dziś mocowałem je na próbę do roweru, jak widać na powyższym obrazku wyglądają elegancko. ;)
Niesympatyczny sesyjny czas dobiega już końca. W sobotę czeka mnie ostatni egzamin, niestety mam dość mało czasu na przygotowania do niego. W najgorszym wypadku wrzesień zostanie utracony dla wakacyjnego odpoczynku, ale i tak zostają przecież całe 2 miesiące. Sierpień zamierzam rozpocząć od pierwszej dłuższej rowerowej wyprawy, całkiem całkiem długiej. Według zarysów planu mam dotrzeć w nieco ponad tydzień na Mazury, stamtąd wrócić już pociągiem. Cała trasa oczywiście w miłym towarzystwie, kompletującym się powoli w wątku na forum Rowerowego Szczecina. Już teraz strasznie się denerwuję, żeby tylko przeciwności losu nie zwaliły mi się na głowę i coś z tego wyszło. Poczyniłem już nawet przygotowania sprzętowe w kierunku wyprawy, kupując tylne sakwy Crosso Dry. W standardowym międzyczasie okazało się oczywiście, że mój zabytkowy bagażnik zupełnie do niczego się nie nadaje. Czeka mnie zakup jakiejś pancernej konstrukcji…
Wydatki związane z wyprawą na tym się nie kończą. Chciałbym kupić przed nią jakieś węższe i gładsze oponki, w miarę odporne na przebicia. Obecne w rozmiarze 700x38C wydają mi się zbyt szerokie, mają spore opory toczenia i podejrzanie często poddają się szkłu i innym ostrym paskudztwom. Pewnym problemem pozostaje namiot, którego w swoim krótkim życiu nie zdążyłem się dorobić. Na pierwszą parodniową wyprawę nie zamierzam wydawać góry pieniędzy i najpewniej kupię coś namiotopodobnego w supermarkecie. Luksusów nie potrzebuję. ;) Zakupy zakupami, ale nie mogę się doczekać tej długiej drogi. :)
Po kilku dniach naukowej niedoli związanej z sesją uznałem, że zasłużyłem na porządną rowerową wycieczkę. Okoliczności międzyludzkie ułożyły się znakomicie, bo dzięki ogłoszeniu na forum Rowerowego Szczecina miałem nawet z kim wyruszyć. Sprecyzowaniu uległa trasa, która miała prowadzić przez Trzebież do Nowego Warpna. Z nadzieją że taki dystans nie wykończy mnie do reszty, stawiłem się o umówionej godzinie na pętli tramwajowej przy Jeziorze Głębokim. Na miejscu czekała pomysłodawczyni Justyna, poczekaliśmy chwilę na kpro i ruszyliśmy w kierunku Tanowa. Do Trzebieży dojechaliśmy drogą przez Tatynię i muszę przyznać, że trzymaliśmy porządne tempo. W Trzebieży na przystani poleniliśmy się chwilę, przekąsiliśmy co nieco i popędziliśmy dalej. Pęd wkrótce skończył się boleśnie, na niesławnej kostce brukowej wsi Brzózki. Ten pełen podskoków kilometr był niezapomnianym przeżyciem, chwilę później dotarliśmy do Nowego Warpna. Rozsiedliśmy się tam na ławeczce, wyjęliśmy prowiant, oddaliśmy się relaksowi i widokom Zalewu Szczecińskiego.
Padł ciekawy pomysł, żeby przeprawić się promem do Altwarp i wrócić do Szczecina niemiecką stroną. Promy kursują co godzinę, płatne około 15 złotych za głowę z rowerem – następnym razem koniecznie trzeba się na to zdecydować. O ile do Nowego Warpna jechało mi się bezproblemowo, to droga powrotna już mnie wymęczyła. Odcinek w kierunku Dobieszczyna przebił nawet Brzózki, na perfekcyjnie dziurawym asfalcie nie telepało jak na bruku, jednak ciągnęło się to znacznie dłużej. W końcu wydostaliśmy się stamtąd, ale wtedy zaczął łapać mnie skurcz, przez co musiałem kilka razy się zatrzymywać. Za każdym razem reperacji lewej nogi towarzyszyło opędzanie się od gigantycznych, monstrualnych, wręcz końskich much. ;) Dotarliśmy wreszcie nad Jezioro Głębokie, gdzie byczyliśmy się jeszcze dość długo. Oczywiście kpro od razu popędził dalej, zaliczył nawet jeszcze podjazd pod Miodową – 100 kilometrów nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. ;) Towarzyszom podróży dziękuję za wyrozumiałość i liczę na kolejne wyprawy. Jakby nie patrzeć, będzie już tylko lepiej. :)
Całe popołudnie zajęło mi dziś mocowanie nowego wspornika kierownicy. Już na początku okazało się, że rozmaite trudności zamierzają pojawiać się jedna za drugą. Liczyłem że będę mógł ponownie wykorzystać owijki, te jednak podarły się przy zdejmowaniu - klej z czasem zaczyna trzymać mocniej, co właściwie dobrze o nim świadczy. Jutro muszę kupić nowe i dopiero wtedy wszystko będzie gotowe. Stary mostek wyjąłem jednym płynnym ruchem, jednak włożenie nowego okazało się niemal niemożliwe. Znakomita rurka okazała się najzwyczajniej zbyt długa i trzeba było odpiłować kilka jej centymetrów. Po chwili okazało się, że nie przeszkadzałoby odpiłować jeszcze z pół centymetra, ale tu już poradziłem sobie młotkiem. Przy okazji dostało się też trochę farbie na nowym mostku, ale przynajmniej w miejscach niewidocznych. Trauma odpryskującego lakieru niedługo minie. W procesie składania roweru do kupy stosowałem niewiarygodne ilości smaru, wykorzystując zalecenia szkoły mojego ojca - mechanika samochodowego. Mostki klasyczne działają na zasadzie klina, więc trochę zacierać po prostu się muszą, być może jednak dzięki smarowi nie będzie potrzeba czołgu do ponownego rozbierania, które zapewne kiedyś nastąpi. Mimo nieprzewidzianych trudności jestem zadowolony, rower wygląda bojowo.
Sposób spędzenia pierwszego dnia długiego weekendu od początku był raczej oczywisty. Kwestia kolejnych dni przedstawia się bliźniaczo podobnie. Zamierzałem i zamierzam pojeździć na rowerze za wszystkie czasy. Mój pogodowy pech nie zawiódł i dziś od rana padał paskudny deszcz. Taki deszcz, który nie wie nawet w którą stronę padać, zbyt leniwy by wypadać się konkretnie i skończyć wreszcie swoją robotę. Deszczowi towarzyszyć musiał wiatr, jednak nie przeszkadza mi on już jak dawniej. W głowie zaczynały mi krążyć myśli, żeby wszystko sobie odpuścić, ale postanowił pojechać ze mną ojciec. Towarzystwo jest zawsze sporą mobilizacją, więc miałem powody do wdzięczności. Wyjechaliśmy w momencie kiedy pogoda przecierała się, zza chmur nawet wyglądało słońce, mżawka na parę chwil podarowała sobie. Planowaliśmy dotrzeć do Gryfina, ale już w Podjuchach zaczęło konkretnie padać, wystarczyła chwila i przemokliśmy dokładnie od góry do dołu. Odrobinę głupio było rezygnować i parliśmy naprzód, życzliwy deszcz wreszcie wziął sobie wolne.
W Gryfinie trwały przygotowania do Dni Gryfina – imprezy masowej niekiedy nawet ciekawszej od szczecińskich Dni Morza. Z sensowniejszych zespołów miały grać Hurt i Coma… Może nawet byśmy zostali, ale przecież Krzysztof Krawczyk występuje dopiero jutro. ;) Skierowaliśmy się na Mescherin, niemiecką stroną i niemieckim asfaltem dotarliśmy aż do przejścia w Rosówku. W domu czekał przepyszny sernik, ostatnie kilometry pokonaliśmy więc ekspresowym tempem. :) Liczyłem na odrobinę dłuższą wyprawę, ale 50 kilometrów też ujdzie. Może jutro będzie więcej?