Janusz na uczelni

Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego jest podobno ośrodkiem naukowym, kuźnią intelektualistów, wylęgarnią jajogłowych, cudownym miejscem. Na opinię taką dzielnie pracuje kadra i aktywni studenci, organizując rozliczne konferencje. Podstawową ich zaletą jest, że przeważnie umykają w międzyczasie ćwiczenia i wykłady, dzięki czemu można świątecznie zorganizować sobie czas. Zorganizowanie świąteczne wyraża się jedynie w swojej niecodzienności, wyłamaniu się z rytuny, nie ma nic wspólnego z bombkami i specyficznymi czapeczkami. Dziś odbyła się kolejna mądra konferencja, której obecnością swoją nie zaszczycałem nadmiernie, jednak kiedy już wreszcie się pojawiłem… Warto było. Przyciągnęło mnie nazwisko jednego z prelegentów i pierwotnie zamierzałem wysłuchać tylko jego, jednak sprawy przybrały nieco inny obrót. Zostałem niejako uwięziony na referacie redaktora Krytyki Politycznej, średnio porywającym i nieco naiwnym, jak zresztą mogłem się spodziewać. Dopiero po dłuższej chwili wywód swój zaczął redaktor Najwyższego Czasu. Czy wiadomo już o kogo chodzi? Kogo mógł oczekiwać taki Piotr jak ja?

Najpierw pojawiła się muszka, zaraz po niej cała osoba Janusza Korwin-Mikkego. Wyjaśniać miał szanownym studentom związek między konstytucją a praktyką funkcjonowania państwa i nawet trzymał się tematu, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu. Korwin-Mikke nie zostawił suchej nitki na polskiej praktyce prawnej, procesach tworzenia i stosowania prawa, ale też na demokracji ogólnie. Choć parę wtrąceń było niepotrzebnych, w większości kwestii w pełni się z nim zgadzałem, na co znaczny wpływ musiała mieć błyskotliwa i dowcipna argumentacja. Wydaje się, że nawet wymowa nieco się poprawiła… Po zakończeniu pojawiło się oczywiście mnóstwo pytań, wbrew moim obawom przeważnie sensownych i życzliwych, a odpowiedzi na nie były nawet ciekawsze, niż główna część wykładu. Najprawdopodobniej z tej prostej przyczyny, że dyskusja nabrała charakteru nieco bardziej ogólnego. Tu dostało się również socjalistom, tajemniczym masonom, państwom zachodniej Europy i oczywiście Marianowi Jurczykowi. Nawet o Jurczyku warto było posłuchać; powinien żałować, kto nie przyszedł albo studiuje poza Szczecinem. Może kiedyś Korwin-Mikke zawita też na twoją uczelnię? ;)

Szepty przedwyborcze

Przeciętny wyborca mógłby liczyć, że poczuje wreszcie ulgę, na którą tak przecież zasłużył. Włączy telewizor i ani słowa o polityce, włączy radio i też cisza, gazetę otworzy, by zobaczyć białe strony i nekrologi, otworzy lodówkę i nie wyskoczy z niej przewodniczący Lepper w narodowym dresie, ale wypadnie najwyżej parę puszek konserw i marchewka. Nakaz ciszy przedwyborczej obwarowano w końcu porządnymi sankcjami, więc wydawać by się mogło, iż rosądny człowiek zatrzyma się w pędzie kampanii, ochłonie i nie zechce się narażać. Być może jednak się opłaca? Od kilku już lat obserwuję intensywnie polską politykę i niewiele rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć. Wiem doskonale, że by uciułać parę głosów niezdecydowanych wyborców, chwytać trzeba się sztuczek niewiarygodnie prymitywnych. Sztuczki muszą być dla nich specjalnie przeznaczone, z dedykacją. Widziałem już polityków robiących fikołki, stających na głowie, skaczących przez płot, obiecujących płomienną miłość, trzy miliony mieszkań czy dobre zarrrobki i cud gospodarczy, ale coś takiego?

Nie potrafię wylegiwać się w łóżku do wieczora, więc swój dzień rozpoczynam przeważnie dość wcześnie, nawet kiedy nigdzie mi się nie spieszy. Właśnie dziś tak było i wczesną jeszcze porą, szedłem przez pustawe osiedle do sklepu, gdy moją uwagę zwrócił powoli sunący samochód. Zatrzymywał się co kilkanaście metrów, otwierały się drzwi pasażera i na ulicy lądowały ulotki w foliowych woreczkach. Godna podziwu zapobiegliwość, inaczej momentalnie by zamokły, a ja nie mógłbym przeczytać treści. Ulotki okazały się zawierać znakomitą historię życia kandydata na posła, jego zdjęcie, dramatyczny apel o głos i kilka przeuroczych haseł. Jak na możliwości niezdecydowanego wyborcy, do czytania było stanowczo zbyt wiele, toteż w efekt szczerze wątpię. Tym efektem na dodatek, zamiast ciepłej posadki w Warszawie, może być grzywna. Ja kablować nie będę, w tej metodzie jest coś rozczulającego.

Zawsze zły kapitalizm

Data 11 września zdaje się rozmywać w pamięci polityków, dziennikarzy, publicystów, zwykłych ludzi, targających do domów torby z zakupami, parkujących samochody, odprowadzających dzieci do szkół. Reporter lokalnego programu informacyjnego zamierzał zapewne udowodnić wczoraj tezę, którą przytoczyłem, przepytując osoby spotykane na ulicy, z czym też kojarzy im się dzisiejszy dzień. Cel swój osiągnął, a uzyskał nawet oszałamiającą odpowiedź, od kobiety obładowanej reklamówkami, iż może być to rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja. Walorów humorystycznych takiego stwierdzenia nie sposób nie docenić, toteż na podwyżkę w pełni zasłużył – nieszczęsna pani domu na reedukację. Wydarzenia sprzed sześciu lat są przede wszystkim tragedią rodzin ofiar, których cierpienie nie osłabnie jeszcze przez długie lata. Komentowanie ataków terrorystycznych, poszukiwanie ich przyczyn i przewidywanie przemian, jakie dokonać się mogą w ich wyniku, powinno być czynione z zachowaniem pamięci, co jest tu najważniejsze.

Właśnie przemyślenia na temat przemian, jakie czekają świat po 11 września, a które już teraz przecież się dokonują, są najbardziej zajmujące. Dochodzenie przyczyn zamachów obarczone jest znaczną trudnością, prawdy nie dojdziemy być może nigdy, mimo mnożenia fantastycznych teorii i podpierania się, rzekomo pewnymi, dowodami na ich rzecz. Szczególnie zainteresował mnie komentarz Radosława Czajki Sześć lat od końca wieku, w którym autor krytyce poddaje kapitalizm, a z którą to krytyką nie mogę się zgodzić.

Zachód znów zaspał, zapatrzył się w siebie. Ostatnia dekada XX wieku upłynęła mu pod znakiem ogłoszonego przez Fukuyamę końca historii, zaznaczonego upadkiem ZSRR, szerokim konsensusem na rzecz liberalnej demokracji, jako ostatecznego, bo najlepszego z możliwych ustrojów politycznych, i triumfalnym pochodem kapitalizmu, jako najlepszego z możliwych ustrojów gospodarczych. Cóż pozostało do powszechnej szczęśliwości? Jeszcze tylko poczekać chwilę na bardziej zapóźnione regiony świata, jeszcze tylko pociągnąć trochę rozwój nauki, jeszcze tylko odrobinę więcej stabilizacji politycznej, której gwarantem jest ONZ i coraz szersze NATO – i w zasadzie koniec, potem się już tylko bogacić. Biedniejsze regiony się po kolei zdemokratyzuje, urynkowi, wyśle się bratnią pomoc i wszystko będzie cacy. Niedobitki komunizmu muszą zaraz załamać się jak ZSRR i dołączyć do wspólnego marszu. Dumnie pójdziemy razem prostą drogą, na końcu której płoną światła ogólnoświatowego kapitalizmu, który wszystkim ludom przyniesie jutrzenkę pokoju.

Teza o nastaniu końca historii jest absurdalna, oparta nie tylko na błędnych przesłankach, ale i świadcząca o niezrozumieniu istoty historii, która zakończyć się może dopiero, gdy ostatni człowiek zniknie z powierzchni Ziemi. W czasie nauki do tegorocznej sesji egzaminacyjnej, byłem zmuszony wiele naczytać się o socjalistach utopijnych i ich pasjonujących metodach organizacji ludzkości. Wszystkie te falanstery, gminy i wioski miały zapewniać szczęście tak pełne, że ich mieszkańcy zaniechać mieli wszelkich reform, zadowoleni całkowicie ze swojego życia. Ogłosić można było wtedy koniec historii, co wydaje mi się być wizją nie tylko przerażającą, ale i stanowiącą najpoważniejszą słabość socjalizmu. Słabość tą dzielić mają dziś z socjalistami rzecznicy ustroju gospodarczego państw cywylizacji Zachodu. Ustrój ten zdaje się funkcjonować w zadowalający sposób, teoretycznie umożliwia nie tylko bogacenie się najbardziej przedsiębiorczym, ale też prowadzenie godnego życia tym, którzy na rynku pracy przegrywają. Autor tekstu, z którym podjąłem się polemiki, słusznie krytykuje próby narzucania całemu światu jednego modelu gospodarczego, popełnia jednak zasadniczy błąd, gdy nazywa go kapitalizmem.

Ludzkość w żaden sposób nie może dziś dążyć do kapitalizmu, dostrzegać w nim gwarancję ogólnoświatowego pokoju i dobrobytu. Przyczyna tego jest prosta, ale i powszechnie pomijana – kapitalizm jest kwestią przeszłości. Krytycy socjalizmu i gospodarki planowej, w swoich rozważaniach, odnoszą się do historii w taki sam sposób, jak czynią to krytycy kapitalizmu i jego wolnego rynku. Dla ustroju gospodarczego, który jest tak wytrwale promowany dziś przez państwa Zachodu, nie znajduję właściwej nazwy, ale w swoich mechanizmach wydaje się on być wynaturzeniem kapitalizmu i jedynie tyle ma z nim wspólnego. Kapitalizm opiera się na wolnym obrocie towarami, usługami, środkami produkcji, kapitałem, przy czym właśnie ta wolność definiuje cały sposób jego funkcjonowania. Podmioty gospodarcze konkurować mogą w sposób nieskrępowany, tak samo decydować mogą się na współpracę, zawierając między sobą umowy. W ustroju gospodarczym, jaki znamy z praktyki państw Zachodu, z wolności niewiele zostało, a zastąpiono ją koncesjami, zezwoleniami, kontrolami i biurokracją.

Szaleństwo polega zaś na tym, że zamiast, działając zgodnie z tym rozpoznaniem, ograniczać w miarę potrzeby kapitalizm, by ratować liberalną demokrację, Amerykanie (a my z nimi) zdecydowali się bronić kapitalizmu jako złotej wolności, w razie potrzeby ograniczając przy tym demokrację. To jest prawdziwy sens aktualnej wojny z terroryzmem. To sens zgody na ograniczenie swobód obywatelskich na czas wojny, której końca nie widać. To sens walki z terrorem poprzez kolejne inwazje, choć od początku wiadomo, że tak się terroryzmu nie pokona, a także niesienia demokracji na karabinach, choć wszyscy wiedzą, że demokracji się tak nie wprowadzi. I to jest wyjaśnienie narastających po obu stronach barykady fundamentalizmów.

Radosław Czajka szansę na stawienie czoła trudnościom, przed jakimi historia postawiła państwa Zachodu, widzi w ograniczaniu kapitalizmu, jeśli już przyjmiemy jego terminologię. Wiązać się to musi z dalszym rozrostem biurokracji i jej władzy nad procesami gospodarczymi, byłoby to więc jedynie pogłębianiem problemu, istniejącego już teraz. Krytykując kapitalizm postuluje on dalsze brnięcie w tendencje, które kapitalizmu są zupełnym zaprzeczeniem. W ustroju gospodarczym, o którym mówimy, rynkową grę przedsiębiorców zastąpiła gra polityków, którzy niemal dowolnie wpływać mogą na działania podmiotów gospodarczych, z czego, co można zrozumieć, czerpią osobiste korzyści. Procesy takie zachodzą na rynkach lokalnych, ale bardziej spektakularne są ich efekty, gdy odnoszą się do rynków międzynarodowych. Ogromne koncerny, mające szansę rozrosnąć się do swoich rozmiarów jedynie przy wsparciu polityków, dzięki pomocy władz zamożnych państw, z których się wywodzą, wykorzystują nierozwinięte gospodarki państw ubogich, również z udziałem tamtejszych władz. Czy to jest kapitalizm?

Donald Tusk?

W oczekiwaniu na efekt prac Sejmu, a w zamierzonej ignorancji ich przebiegu, słucham Listy przebojów Piotra Barona w Trójce. W przerwie między utworami, prowadzący, wykazujący pokrewne mojemu zainteresowanie podziwianiem polityki na żywo, poinformował o rozwiązaniu parlamentu. Na antenę przedostała się, ku mojemu szczeremu ubolewaniu, bo przecież unikać chcę fonii w stopniu takim samym jak wizji, transmisja odgłosów bytowania szanownych posłów. Hałasy z Wiejskiej przybierać mogą zadziwiające formy, jednak skandowanie: Donald Tusk! Donald Tusk!, zdołało wprawić mnie w osłupienie. Osłupienie poważne i groźne wręcz, niezdolne jednak, by pozbawić mnie chęci przemyślenia, jakie to mogły być przyczyny jego powstania. Z braku danych dedukować muszę, że okrzyki wznosili posłowie Platformy Obywatelskiej. Nie wyobrażam sobie entuzjazmu tak ukierunkowanego, wykazywanego przez członków innych partii – groziłoby to uznaniem za plugawych rozłamowców i warchołów.

Wykrzykiwanie nazwiska lidera PO sugerować mogłoby, że jest on odpowiedzialny za rozwiązanie Sejmu, z którego tak radują się niemal wszyscy wybrańcy narodu. Atmosfera euforii minie zapewne, gdy przypomną sobie o przyjemnych dietach, które muszą się niebawem urwać, w wyniku ich nierozważnego postępku. W istocie zasługa Donalda Tuska jest tu taka, jak każdego innego byle posła, nie wyłączając zdrajców należących do innych ugrupowań. O powyższej opcji zapominam, jako iż niewystarczający jest stopień jej uzasadnienia. Analizując dalej problem, zbliżam się do ryzykownej tezy, iż hałasujący skupić usiłują uwagę na swoim Umiłowanym Przewodniczącym. W przeciętnych okolicznościach Tusk niczym się nie wyróżnia, jest przeciętny zupełnie jak okoliczności, w których wydaje się tak niemożliwie przeciętny, że aż przeciętność jego trudno naruszyć, przeciętne okoliczności krusząc donośnym krzykiem. Przecież jeśli kilkudziesięciu mężczyzn, bo kobietom nie przystoją tak nieobyczajne zachowania, skanduje entuzjastycznie czyjeś nazwisko, to jego właściciel musi być co najmniej mężem stanu.

Za takiego Donalda warto by życie oddać, a co dopiero pomóc przy jego kampanii wyborczej. Już wyobrażam sobie, a wyobrażenia moje przybierają wybujałe kształty, jak ten zmyślny zabieg krzykliwych posłów na mnie działa. Już pędzę do siedziby Platformy, już kołaczę do drzwi, nie chcą mnie tam – ktoś widział mnie na konwencji partii rządzącej, padam na kolana, dają się wreszcie przebłagać, już porywam naręcze ulotek, biegnę do ludzi, by wciskać je im do rąk, wracam zaraz po plakaty, rozwieszam do rana, klej i pędzel kupiłem za własne pieniądze, czuję misję i siłę. Wizja wzruszająca, jednak fantastyczna w sposób uwłaczający rzeczywistości. Donald Tusk? Idę zaparzyć sobie czaju.

Bohaterscy zbrodniarze?

Dziwnym trafem pojawiłem się przed telewizorem akurat w chwili, gdy na antenie produkował się prezenter prowadzący Fakty. Zamierzałem nie oglądać, zamierzałem odciąć się możliwie najskuteczniej, jednak parę słów zdążyłem usłyszeć. Sytuacja gorsza tym bardziej, że słowa te skłoniły mnie do przemyśleń. Materiał traktował o coraz częstszych inicjatywach budowy pomników, organizowania cmentarzy i innych formach upamiętniania żołnierzy Wehrmachtu, walczących na ziemiach Polski. Powiedzieć wypadałoby raczej, że grabiących, mordujących i gwałcących, jednak czy nie tego dopuszczają się przeważnie mundurowi w czasie wojny? Konflikty zbrojne przedstawiały się tak zawsze, nic nie sugeruje też możliwości zmian – trudno wierzyć w ewentualność powrotu średniowiecznego, rycerskiego etosu, a prawo międzynarodowe raczej marnie sprawdza się w praktyce. Kończąc tą dygresję, wyjaśniam pospiesznie, że bodźcem do napisania tych paru zdań było jedno z określeń, jakiego użyto w odniesieniu do żołnierzy III Rzeszy.

Redaktor Faktów stwierdził, że dla wielu Niemców żołnierze Wehrmachtu są bohaterami. Z punktu widzenia Polaka w żaden sposób nie mogę zgodzić się z taką oceną i niczego nie zmienia tu, iż II Wojna Światowa jest dla mnie tylko historią. Przyjąć można uproszczony obraz problemu, uznając najzwyczajniej, że nie sposób dostrzec bohaterstwo w żołnierzach, którzy walczą przeciw krajowi dokonującego oceny. Walczący dopuszczają się zbrodni, jakie zazwyczaj towarzyszą działaniom wojennym, choć akurat, powracając do tematu III Rzeszy, żołnierze niemieccy wyróżnili się swym okrucieństwem i doskonałością jego organizacji. Na uproszczenia wolę się nie godzić, w mojej opinii bliższym rzeczywistości jest założenie, że dla oceny bohaterstwa żołnierzy posiąść trzeba wiedzę, w jakiej sprawie toczy się wojna, której są aktorami. Trudno mi dostrzec bohaterstwo w tych, którzy biorą udział w konflikcie w roli agresorów, napadających na sąsiednie państwo, walczących by zapewnić sobie przestrzeń życiową. Tak pozytywna opinia należy się wyłącznie tym, którzy występują w roli obrońców, to im należą się pomniki. Odrębnym zagadnieniem jest, że upamiętniać w ten sposób rozsądniej jednostki, pobudki działań tłumów zbyt trudno zdefiniować. Uznaję za niepokojący sygnał, że pojawiać zaczynają się wątpliwości, kto w historii Wielkiej Wojny jest bohaterem, kto zbrodniarzem. Żołnierze Wehrmachtu nie zasługują na pomniki.