Trudno mnie wzruszyć. Dramatycznie u mnie z większością emocji, kiedy należy poddawać się im, przyjmując reguły tkwiące korzeniami w naszej kulturze. Często zamiast dać im się porwać, obserwuję rzeczywistość z ubocza, oceniając chłodno i dziwiąc się niezmiernie, o co też może tym wszystkim ludziom chodzić? Doceniam wartość wniosków, jakie jestem w stanie ze swych zdumień wyciągać, jednak zawsze towarzyszy mi bolesne wrażenie, iż wiele tracę i nie jestem w stanie zaradzić temu w żaden sposób. Wzruszenie nieodmiennie fascynuje mnie, zaskakuje mnie w tych niewielu sytuacjach, zdobywając na wartości za każdym razem. Wybitne kino pozwala mi doświadczać tej wyjątkowej emocji, dając mi złudzenie kontroli, której jednak wcale nie oczekuję. Wciąż wiele nie rozumiem, ale wydaje mi się słusznym założenie, że nad swoimi uczuciami człowiek nie powinien oczekiwać władzy – niszczyłoby to ich istotę. Trzy wyjątkowe filmy: Lost in Translation, Amélie i Joe Black, mogę oglądać zawsze z prawdziwą przyjemnością. Dziś miałem okazję zrozumieć od nowa ostatni z nich.
Doprawdy, jak ja nie cierpię tego współczesnego obrazu nadczłowieka – kreatywnego i inteligentnego, ambitnego, znakomicie przystosowanego, jednocześnie wykastrowanego z moralności. Z reguły nie przyznaję przed sobą, że jestem z siebie zadowolony, jednak w tym wypadku nie mam sobie wiele do zarzucenia. Mam tu na myśli oczywiście priorytety – z odrobinę niepełnym przekonaniem zakładam, że nie będę nigdy wciśniętym w garnitur zdobywaczem awansów. Przynajmniej dopóki nie zażyczę sobie więcej pieniędzy, potem jeszcze więcej, a na koniec przecież jeszcze by się przydało… Już teraz zauważam, że grubość portfela jest dopiero jednym z odleglejszych czynników, wpływających na szczęście. Mam wrażenie, że przekonanie to jest w moim życiu obecne dość wcześnie, przynajmniej jak na dwudziestolatka. W dodatku nie jest połączone z żałosnym lenistwem – mój jego poziom spełnia wszelkie standardy, charakterystyczne dla studenta. Do przemyśleń tak niebywałych skłonić musiało mnie szczególne wydarzenie, z reguły przecież nie wpadam na pomysł, by czymś takim się dzielić. Wydarzenie miało miejsce na pewno, ale czy szczególne?
Na zeszłotygodniowe kolokwium z części ogólnej prawa cywilnego przygotowałem się dobrze. Potem poszedłem na uczelnię i mina natychmiast zrzedła mi, gdy zapytałem się dla pewności z czego miało ono być. Zagadnienie osób fizycznych opanowałem, zdumiało mnie jednak jak zgodni są wszyscy w opinii, że obowiązują jeszcze osoby prawne, właściwie to może nawet jeszcze wszystko, co było wcześniej na ćwiczeniach. Byłem odrobinę niepocieszony, ku uciesze ogółu – w sensie humorystycznym rzecz jasna. Dziś przyszła pora na wyniki, co się okazało? Ja miałem rację, w dodatku nie tylko dlatego, że pytania ostatecznie dotyczyły wyłącznie osób fizycznych, ale jeszcze dostałem okrągłą piąteczkę. Pierwsza piątka na tych studiach, aż nieco słabiej trzymałem się na nogach. Morał z tego taki, że korzystniej nauczyć się mniej, za to dokładniej. Wiadomo czemu mniej, po prostu mniej jest przyjemniej. Co prawda jest tu warunek, by ta skąpa wiedza faktycznie była zakresem wystarczającym, ale to przecież szczegóły… Wgapiając się w ocenę, już wyobraziłem siebie w jakimś biurowcu, garniturze, za biurkiem – szybko zdołałem wyprzeć ten obraz. Już niebawem egzamin, ocena z cywilnego z pewnością wybije mi takie pomysły z głowy. Potem poprawka. ;)
Kibole to dopiero mają życie. Czasem sam aż żałuję, że obwód mojego bicepsu nie przerasta obwodu głowy, że zainteresowania moje zdecydowanie nie dotyczą krwi, połamanych kości i wywróconego na lewą stronę honoru, że nie pasjonuję się nawet piłką nożną – sportem tak sprzyjającym rozwijaniu tych pasji. Nie zdaża mi się pakować na siłowni, wypisywać bluzgów na piłkarskich forach, wreszcie umawiać się na ustawki i zwierać szyki przeciw życiowym wrogom: psom i ciotom z jakiejś Legii czy Lecha. Być może gdybym inaczej planował swoją przyszłość, odstawił czasem komputer, książkę, poszedł z kumplami na wódkę i wyrywanie panienek takich, co nawet na trzeźwo są łatwe. Gdybym wreszcie miał takich kumpli… Niestety trafiłem w nieodpowiednie towarzystwo, bez winy z pewnością nie pozostają też rodzice, już do młodego umysłu sączony jad kultury, przeklęte dobra wychowanie. Wielka szkoda, bo może teraz mógłbym wyjechać na wakacyjny obóz przetrwania, wydający się przecież miłą odmianą od stadionowych wojen. W ciągu tych paru tygodni z pewnością jeszcze bym przypakował, w dodatku jakich wspaniałych chwytów mógłbym się nauczyć! Jednym szarpnięciem wyrywałbym krzesła, ze zwinnością leśnego gibona przeskakiwałbym poręcze i płoty, waliłbym w podłe ryje bez opamiętania i większego wysiłku! Gdyby tylko moje życie potoczyło się inaczej…
Władze Krakowa chcą edukować agresywnych zadymiarzy podczas górskich wspinaczek, skoków na spadochronie, spływów kajakowych i biegów na orientację. Jak poinformował Adam Młot, pełnomocnik Prezydenta Krakowa ds. bezpieczeństwa imprez sportowych, ma to być sposób na zmniejszenie napięcia i agresji, którą kibice wyładowują na stadionach. Nie łudzę się, że nagle z miłości rzucą się sobie w ramiona, ale mam nadzieję, że jeśli jeszcze niedawno kogoś się asekurowało na linie podczas wspinaczki czy spływu górskim potokiem, to na ulicy nie potraktuje się go nożem czy pałką bejsbolową
- powiedział pełnomocnik prezydenta.
Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego jest podobno ośrodkiem naukowym, kuźnią intelektualistów, wylęgarnią jajogłowych, cudownym miejscem. Na opinię taką dzielnie pracuje kadra i aktywni studenci, organizując rozliczne konferencje. Podstawową ich zaletą jest, że przeważnie umykają w międzyczasie ćwiczenia i wykłady, dzięki czemu można świątecznie zorganizować sobie czas. Zorganizowanie świąteczne wyraża się jedynie w swojej niecodzienności, wyłamaniu się z rytuny, nie ma nic wspólnego z bombkami i specyficznymi czapeczkami. Dziś odbyła się kolejna mądra konferencja, której obecnością swoją nie zaszczycałem nadmiernie, jednak kiedy już wreszcie się pojawiłem… Warto było. Przyciągnęło mnie nazwisko jednego z prelegentów i pierwotnie zamierzałem wysłuchać tylko jego, jednak sprawy przybrały nieco inny obrót. Zostałem niejako uwięziony na referacie redaktora Krytyki Politycznej, średnio porywającym i nieco naiwnym, jak zresztą mogłem się spodziewać. Dopiero po dłuższej chwili wywód swój zaczął redaktor Najwyższego Czasu. Czy wiadomo już o kogo chodzi? Kogo mógł oczekiwać taki Piotr jak ja?
Najpierw pojawiła się muszka, zaraz po niej cała osoba Janusza Korwin-Mikkego. Wyjaśniać miał szanownym studentom związek między konstytucją a praktyką funkcjonowania państwa i nawet trzymał się tematu, ku mojemu szczeremu zaskoczeniu. Korwin-Mikke nie zostawił suchej nitki na polskiej praktyce prawnej, procesach tworzenia i stosowania prawa, ale też na demokracji ogólnie. Choć parę wtrąceń było niepotrzebnych, w większości kwestii w pełni się z nim zgadzałem, na co znaczny wpływ musiała mieć błyskotliwa i dowcipna argumentacja. Wydaje się, że nawet wymowa nieco się poprawiła… Po zakończeniu pojawiło się oczywiście mnóstwo pytań, wbrew moim obawom przeważnie sensownych i życzliwych, a odpowiedzi na nie były nawet ciekawsze, niż główna część wykładu. Najprawdopodobniej z tej prostej przyczyny, że dyskusja nabrała charakteru nieco bardziej ogólnego. Tu dostało się również socjalistom, tajemniczym masonom, państwom zachodniej Europy i oczywiście Marianowi Jurczykowi. Nawet o Jurczyku warto było posłuchać; powinien żałować, kto nie przyszedł albo studiuje poza Szczecinem. Może kiedyś Korwin-Mikke zawita też na twoją uczelnię? ;)
Przeciętny wyborca mógłby liczyć, że poczuje wreszcie ulgę, na którą tak przecież zasłużył. Włączy telewizor i ani słowa o polityce, włączy radio i też cisza, gazetę otworzy, by zobaczyć białe strony i nekrologi, otworzy lodówkę i nie wyskoczy z niej przewodniczący Lepper w narodowym dresie, ale wypadnie najwyżej parę puszek konserw i marchewka. Nakaz ciszy przedwyborczej obwarowano w końcu porządnymi sankcjami, więc wydawać by się mogło, iż rosądny człowiek zatrzyma się w pędzie kampanii, ochłonie i nie zechce się narażać. Być może jednak się opłaca? Od kilku już lat obserwuję intensywnie polską politykę i niewiele rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć. Wiem doskonale, że by uciułać parę głosów niezdecydowanych wyborców, chwytać trzeba się sztuczek niewiarygodnie prymitywnych. Sztuczki muszą być dla nich specjalnie przeznaczone, z dedykacją. Widziałem już polityków robiących fikołki, stających na głowie, skaczących przez płot, obiecujących płomienną miłość, trzy miliony mieszkań czy dobre zarrrobki i cud gospodarczy, ale coś takiego?
Nie potrafię wylegiwać się w łóżku do wieczora, więc swój dzień rozpoczynam przeważnie dość wcześnie, nawet kiedy nigdzie mi się nie spieszy. Właśnie dziś tak było i wczesną jeszcze porą, szedłem przez pustawe osiedle do sklepu, gdy moją uwagę zwrócił powoli sunący samochód. Zatrzymywał się co kilkanaście metrów, otwierały się drzwi pasażera i na ulicy lądowały ulotki w foliowych woreczkach. Godna podziwu zapobiegliwość, inaczej momentalnie by zamokły, a ja nie mógłbym przeczytać treści. Ulotki okazały się zawierać znakomitą historię życia kandydata na posła, jego zdjęcie, dramatyczny apel o głos i kilka przeuroczych haseł. Jak na możliwości niezdecydowanego wyborcy, do czytania było stanowczo zbyt wiele, toteż w efekt szczerze wątpię. Tym efektem na dodatek, zamiast ciepłej posadki w Warszawie, może być grzywna. Ja kablować nie będę, w tej metodzie jest coś rozczulającego.