Idea muzyki

Rezygnując chwilowo z regionalnego patriotyzmu, przyznaję otwarcie, że Szczecin jest dużym miastem tylko, jeżeli za wskaźnik wielkości uznać jego powierzchnię. Pod względem liczby mieszkańców do czołówki Polskich miast mu daleko, również inne przesłanki sugerują jego prowincjonalność. Jednej z nich, w sposób nadzwyczaj dobitny, doświadczyłem dzisiejszego popołudnia, kiedy to autentyczna, cygańska orkiestra dęta cofała mnie o parę dziesiątek lat cywilizacyjnego rozwoju, przenosząc mnie jednocześnie na piastowską wieś. Ponad miesiąc temu, gdy pogrążony byłem w nauce przed sesją, spotkała mnie podobna sytuacja, co niezwykle mnie irytowało. Dziś wyczyny muzyczne zdecydowanie mnie rozbawiły, na co wpływ miał nie tylko czas wakacji, ale i dobór repertuaru.

Czteroosobowa orkiestra, wyposażona w dwie trąbki i waltornie, zaszczyciła swą obecnością moje osiedle kilka minut po 18:00. Jej członkowie prezentowali się doprawdy doskonale, odziani w modne stroje, w rodzaju czerwonych marynarek czy niebieskich kamizelek. Z początku tony skocznej melodii dobiegały z daleka, ich natężenie stopniowo jednak wzrastało, ku mojemu jawnemu zadowoleniu. Gdy wreszcie się pojawili, z radosnym dźdobry! na ustach, z okien bloku posypały się monety, całe stosy monet… Zagalopowałem się, czuję się w obowiązku sprostować moje nadużycie: opłaty były w rzeczywistości raczej skromne, rzucane z widoczną niechęcią, co gorsza miały najpewniej zachęcić do zakończenia występów, nie zaś ich kontynuowania. Niezrażeni muzykanci pomaszerowali dalej, prawie o nich zapomniałem.

Zdążyłem wrócić z krótkiej rowerowej przejażdżki, gdy znajoma melodia ponownie dobiegła moich uszu. Przenośna orkiestra zapewniała odrobinę kultury mieszkańcom szarego blokowiska przez ponad godzinę, bez przerwy grając dokładnie to samo. Zapewne celem tej monotonii było dopracowanie kompozycji, tak by jej wykonanie zbliżało się do ideału. Przyznaję szczerze, że sporo do niego jeszcze brakowało, stąd wytrwały rozwój przez praktykę spotkał się z moją otwartą aprobatą. Muzykantów usprawiedliwiało, że trudno jest grać na trąbce, o waltorni nawet nie wspominam, jednocześnie poszukując w trawie rzuconych monet. Mój podziw wzbudził jeden z waltornistów, który bez przerwy wydmuchiwał bohatersko ten sam motyw, złożony z czterech nut.

Gdy siedzę teraz i rozmyślam, wspominając wygrywane melodie, żałuję ogromnie, że orkiestra musiała się wreszcie oddalić, pędzona zapewne terminami innych koncertów. Z niecierpliwością czekam na jej powrót, kolejną porcję zakurzonej kultury w najczystszym wydaniu. Strach aż pomyśleć, jaką perfekcję osiągną muzycy, w ciągu kilku chociaż miesięcy dalszych występów. Jeszcze o nich usłyszymy.

Niecierpliwy klient

Muzyka jest dla mnie ważna, bez dwóch zdań. Nie będę tu pisał, że niby bez niej moje życie byłoby li tylko nędzną egzystencją, ale tak, koniecznie muszę czasem czegoś posłuchać. Owa konieczność nachodzi mnie zazwyczaj poza domem, stąd przykra konieczność posiadania porządnych słuchawek. Nie jestem żadnym wyrafinowanym zboczeńcem, ale różnicę między mikroskopijnymi, chińskimi pchełkami, produkowanymi na plastikowe tony, a firmowym hełmofonem, w którym strach i wstyd wyjść na ulicę, bez problemu usłyszę. Muzyka musi też porządnie wybrzmieć, tak żeby można było ją poczuć, pewnie dlatego moje ambientowe szaleństwo nie trwało zbyt długo.

Dotąd miałem jakieś nędzne wkładki do uszu Sennheisera, ale dźwięk jaki wydawały zaczął mnie ostatnio irytować, zwłaszcza że miałem możliwość przekonania się, co potrafi mój odtwarzacz. Rozgrzebałem trochę sieć i znalazłem, Sennheiser PX 100 sprawiały wrażenie odpowiednich. Złożyłem zamówienie w pierwszym lepszym sklepie i…

Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku. Wpis nie miałby jednak sensu, gdyby nie wydarzyło się nic podejrzanego. Chciałem pobawić się w śledzenie przesyłki na stronie internetowej, to przecież rzecz tak nowoczesna… Powszechnie poza tym wiadomo, że każdy śledzący w ten sposób przesyłki, odnosi sukcesy zawodowe, ma piękną żonę i trzy kochanki, jedną powabniejszą od drugiej, reklamy nie kłamią. Dowiedziałem się niestety rzeczy wysoce niepokojących, które każdemu skutecznie zepsułyby nastrój.

Odmowa przyjęcia

Jakiś drugi ja otworzył drzwi doręczycielowi, stanowczo odmówił przyjęcia przesyłki i ustalił z nim inny termin. Pojęcia nie mam jaki to termin, słuchawki mogą więc nigdy do mnie nie trafić. Sprawa wyjaśni się pewnie już jutro, kiedy to wyślę do sklepu standardowego maila z bluzgami. Do kogo jednak dotrze odpowiedź? Poza tym, kto za ten cały sprzęt wreszcie zapłaci? Już nawet mniejsza o to, że jest mnie dwóch, zwyczajnie chcę moje słuchawki!