Przegadany, ale to Tarantino

Uwielbiam filmy Quentina Tarantino. Ponad wszystko i mimo wszystko. Nie mam zadatków na płatnego zabójcę, złodzieja, narkomana czy innego kaskadera, życie chwilą jest mi taktyką zupełnie obcą, nie ubieram się w skórzane kurtki i nie noszę spluwy, pięciu granatów ani maczety za paskiem. Jestem spokojnym i poukładanym studentem prawa, jednak od czasu do czasu, regularnie i w sposób dający się przewidzieć, dopada mnie pewien specjalny nastrój. Sprzyja on przełamywaniu rowerowych barier, pokonywaniu własnych słabości na polu kilometrów w poziomie i metrów w pionie, jeżdżę wtedy daleko i pod górę. W tym nastroju trzeba mi wielkiej drogi, jednak nawet ona nie zawsze okazuje się wystarczająca. Kusi mnie wtedy, by obejrzeć jakiś western, film drogi albo chociaż krwisty sensacyjny, ale najlepiej wpływa na mnie dowolna produkcja Tarantino. Zasiadając przed ekranem nie zamierzam bynajmniej pozbywać się swojego nastroju, zbyt dobrze się w nim czuję, odczuwam wyłącznie pierwotny przymus by zobaczyć, jak kolejny samotnik przemierza Teksas w poszukiwaniu zemsty, demoluje bary i strzela do skorumpowanych policjantów. Po kilku dniach mi przechodzi, aż do następnego razu.

Łatwo mi teraz zarzucić kiepski refleks i kulturalne zacofanie, ale dopiero wczoraj miałem okazję obejrzeć Death Proof – najnowszy film Quentina Tarantino. Trudno uznać Death Proof za produkcję pokroju Pulp Fiction, ale przecież już samo porównanie do Pulp Fiction świadczy na jej korzyść. Akcja rozwija się powoli, jak w jakimś podrzędnym melodramacie, nabiera się aż wątpliwości, czy będzie jakakolwiek szansa zobaczyć eksplodujące samochody, pościgi i strzelaniny. Film jest przegadany, skoro dialogi już tak się ciągną, mogłyby chociaż same zostawać człowiekowi w głowie i rzucać się po niej jeszcze długie miesiące, przecież do takich przyzwyczaił Tarantino. Wyjątkowo spodobała mi się stylizacja Death Proof, który przypominać ma stary, niskobudżetowy film sensacyjny. Mogłaby być bardziej konsekwentna, irytował trochę widok telefonów komórkowych i zupełnie współczesnych samochodów. Nie mam zamiaru nadmiernie się znęcać, więc tyle mógłbym powiedzieć na temat wad, i tak zresztą można je wybaczyć. Akcja wreszcie przecież się rozkręciła i warto było na nią zaczekać, znakomita ścieżka dźwiękowa już wylądowała na moim dysku i najpewniej jeszcze długo będzie mi towarzyszyć. Fabuła jest głupia jak nieszczęście, aktorki wyjątkowo urodziwe, słysząc niektóre dialogi, można jednak solidnie się uśmiać. Właściwie niczego więcej nie oczekiwałem.

Fotograficzne omamy

Padam na twarz, z drugiej strony jednak nie jestem w stanie najzwyczajniej rzucić się na łóżko. Gdyby dzień nie był wyjątkowy, już od dawna drzemałbym spokojnie, ale niefortunny zbieg okoliczności mi na to nie pozwala. Okoliczności tych nagromadziło się zbyt wiele, na dodatek są one absorbującego czas rodzaju. Punktualnie o 6:30 mam autobus do Warszawy, gdzie jadę na parę dni w rodzinne odwiedziny. Mogłem spakować się już dawno i pracować teraz na komfortowe osiem godzin snu, szans jednak na to nie miałem. Godzinę temu wróciłem z Wałów Chrobrego, gdzie próbowałem ustrzelić zdjęcie życia na The Tall Ships' Races – niestety bez większych sukcesów.

Musiałem walczyć z napierającym zewsząd tłumem, rozstawiając jednocześnie statyw i poszukując interesującego kadru. Reakcje ludzi na mój widok były doprawdy zadziwiające. Wystarczy ustawić się ze statywem firmy innej niż Hama i aparatem, który wygląda choć odrobinę bardziej profesjonalnie od małpki, a już dostaje się propozycje zajebistego kadru od podchmielonych młodzieńców i odpowiadać trzeba na pytania, czy lepiej na manualu i dlaczego z samowyzwalaczem. Wykazałem się cierpliwością, tkwiłem więc na swoim stanowisku całkiem długo, opierając się obiektywnym trudnościom. Efektem okazały się niestety same pocztówki, fotografie infantylne i pozbawione wartości, na dodatek słabe technicznie, którymi chwalić się nie widzę powodu.

0001 0002 0003 0004

Wydawać by się mogło, że poniosłem druzgocącą klęskę. Całe szczęście jednak, że przez ostatnie dni nie próżnowałem, czego efektem są cztery fotografie, z których jestem całkiem zadowolony. Pochlebiam sobie, że dostrzec można kształtujący się styl, równie dobrze mogą to być jednak omamy, wynikające ze zmęczenia. Pójdę już lepiej spać.

Idea muzyki

Rezygnując chwilowo z regionalnego patriotyzmu, przyznaję otwarcie, że Szczecin jest dużym miastem tylko, jeżeli za wskaźnik wielkości uznać jego powierzchnię. Pod względem liczby mieszkańców do czołówki Polskich miast mu daleko, również inne przesłanki sugerują jego prowincjonalność. Jednej z nich, w sposób nadzwyczaj dobitny, doświadczyłem dzisiejszego popołudnia, kiedy to autentyczna, cygańska orkiestra dęta cofała mnie o parę dziesiątek lat cywilizacyjnego rozwoju, przenosząc mnie jednocześnie na piastowską wieś. Ponad miesiąc temu, gdy pogrążony byłem w nauce przed sesją, spotkała mnie podobna sytuacja, co niezwykle mnie irytowało. Dziś wyczyny muzyczne zdecydowanie mnie rozbawiły, na co wpływ miał nie tylko czas wakacji, ale i dobór repertuaru.

Czteroosobowa orkiestra, wyposażona w dwie trąbki i waltornie, zaszczyciła swą obecnością moje osiedle kilka minut po 18:00. Jej członkowie prezentowali się doprawdy doskonale, odziani w modne stroje, w rodzaju czerwonych marynarek czy niebieskich kamizelek. Z początku tony skocznej melodii dobiegały z daleka, ich natężenie stopniowo jednak wzrastało, ku mojemu jawnemu zadowoleniu. Gdy wreszcie się pojawili, z radosnym dźdobry! na ustach, z okien bloku posypały się monety, całe stosy monet… Zagalopowałem się, czuję się w obowiązku sprostować moje nadużycie: opłaty były w rzeczywistości raczej skromne, rzucane z widoczną niechęcią, co gorsza miały najpewniej zachęcić do zakończenia występów, nie zaś ich kontynuowania. Niezrażeni muzykanci pomaszerowali dalej, prawie o nich zapomniałem.

Zdążyłem wrócić z krótkiej rowerowej przejażdżki, gdy znajoma melodia ponownie dobiegła moich uszu. Przenośna orkiestra zapewniała odrobinę kultury mieszkańcom szarego blokowiska przez ponad godzinę, bez przerwy grając dokładnie to samo. Zapewne celem tej monotonii było dopracowanie kompozycji, tak by jej wykonanie zbliżało się do ideału. Przyznaję szczerze, że sporo do niego jeszcze brakowało, stąd wytrwały rozwój przez praktykę spotkał się z moją otwartą aprobatą. Muzykantów usprawiedliwiało, że trudno jest grać na trąbce, o waltorni nawet nie wspominam, jednocześnie poszukując w trawie rzuconych monet. Mój podziw wzbudził jeden z waltornistów, który bez przerwy wydmuchiwał bohatersko ten sam motyw, złożony z czterech nut.

Gdy siedzę teraz i rozmyślam, wspominając wygrywane melodie, żałuję ogromnie, że orkiestra musiała się wreszcie oddalić, pędzona zapewne terminami innych koncertów. Z niecierpliwością czekam na jej powrót, kolejną porcję zakurzonej kultury w najczystszym wydaniu. Strach aż pomyśleć, jaką perfekcję osiągną muzycy, w ciągu kilku chociaż miesięcy dalszych występów. Jeszcze o nich usłyszymy.

Rodzaj autoportretu

Pisząc tekst w rodzaju takiego, który niebawem nastąpi, odczuwa się wyrzuty sumienia. Człowiek uczony od dziecka, że egocentryzm uznać można raczej za wadę, czuje wręcz wewnętrzną odrazę z powodu przekraczania granicy, do której zbliżać się nawet nigdy nie powinien. Obierając za temat wpisu własną osobę, analizując swą psychikę, rozczulając się nad sobą, popada się w głęboką beznadzieję. Już nie ważne jest nawet, czy grozi to śmiesznością w oczach czytelników. Pod uwagę bierze się tylko znowu ryzyko nadwątlenia własnego mniemania o sobie; ponowny egocentryzm i tym większa klęska.

Zauważyć można, że doskonale zdaję sobie sprawę z błędu, jaki zamierzam za chwilę popełnić. Usprawiedliwić mogę się przekonaniem, iż ubranie paru myśli w słowa pozwoli mi dokładniej zdefiniować ewentualny problem. Nie zamierzam rozpoczynać z nim zorganizowanej walki, skłaniam się raczej by żyć ze sobą w zgodzie. Przechodząc wreszcie do rzeczy, chcę przedstawić niepokojącą prawidłowość w kwestii postaci literackich czy kinowych, z jakimi zazwyczaj się identyfikuję.

Do psychologii nie mam nadmiernego zaufania. Zdaję sobie sprawę oczywiście, że nauka ta opisuje to, co w człowieku niebywale istotne, jednak wciąż tkwi we mnie podejrzenie, że coś oni tam kręcą. Psychologia popularna, której ekspertem można zostać po lekturze najpodlejszej jakości gazet, przeważnie przekonuje, iż możliwe jest poznanie charakteru człowieka dzięki wypytaniu go, jacy bohaterowie filmów lub książek są mu najbliżsi. Bohaterowie silni i zdecydowani, mimochodem wręcz odnoszący niebywałe zwycięstwa, podobają się najczęściej osobom, które same można by tak opisać. Analogicznie, ponuracy, melancholicy i innej maści wykolejeńcy, zostają przeważnie ulubieńcami ponuraków, melancholików i innej maści wykolejeńców.

Poczynione przeze mnie obserwacje są wysoce niepokojące. Jakkolwiek bym nie próbował zakamuflować prawdziwego obrazu, wpisują mnie w drugi typ osobowości. Zupełnie nie mam z czego się cieszyć i zastanawiam się nawet, czy nie byłoby rozsądniej zacząć to zmieniać, nosić się jak Neo albo Vincent Vega. Przypomniałem sobie, że ten drugi zginął straszną śmiercią, podaruję to sobie.

Kino:

  • Marvin z The Hitchhiker's Guide to the Galaxy,
  • Sam Lowry z Brazil,
  • Bob Harris z Lost in Translation.

Literatura:

  • Karl Rossman z Ameryki Franza Kafki,
  • Samuel Vimes z serii Świat Dysku Terry'ego Pratchetta,
  • Wilfred Barclay z Papierowych Ludzi Williama Goldinga.

Choć konieczna jest znajomość paru powieści i filmów, nie trzeba być mistrzem intelektu by zauważyć, że wydaję się lepiej rozumieć postaci stawiane w conajmniej niekomfortowych sytuacjach. Poddają one otaczający je świat krytycznej ocenie, z doświadczeniem cynika wiedzą, że nie należy oczekiwać nigdy zbyt wiele. Umiejętnie oceniają swoje możliwości, nie odpowiadają życiu kontrofensywą, gdy pozbawieni są szans na zwycięstwo. Zachowam dla siebie nasuwające mi się wnioski, zdradzić mogę jedynie, że trudno byłoby uznać je za błyskotliwe. Odrażające koncentrowanie całej swojej uwagi wyłącznie na sobie, jakie tu zaprezentowałem, świadczy niezbicie, że potrzeba mi przejechania solidnej porcji kilometrów na rowerze.

Trudny to wyczyn

Nie znoszę robić zdjęć ludziom. Pojęcia nie mam, gdzie ta niechęć ma swoje źródło, ale nie potrafię nigdy wykrzesać z siebie nawet odrobiny ochoty, by ją przełamać. Może ludzie są zbyt ruchliwi, uciekają ciągle z kadru? Albo też nie potrafię dostrzec w nich niczego ciekawego, jeżeli wcześniej nie gadam z nimi godzinami? Mówi się też, że wszyscy są tacy sami… Jakiejkolwiek przyczyny by się nie doszukiwać, smutna prawda jest taka, że wśród moich fotograficznych prób dominują landszafty. Przyroda przełamywana jest na nich z reguły wtrąceniem, w postaci betonowych konstrukcji, słupów wysokiego napięcia, kominów fabrycznych. Pośrednio jest w tych zdjęciach trochę człowieka, inaczej wychodziłyby mi zapewne pocztówki.

Nietrudno teraz musi być zrozumieć, jakim problemem jest dla mnie zrobienie zdjęcia sobie, żeby móc potem wstawić je na bloga. Nie chodzi nawet o radykalny spadek ilości odwiedzin, który niezawodnie nastąpi tego samego jeszcze dnia. Samo już wymyślenie, jak takie zdjęcie winno wyglądać, jak się na nim zaprezentować, znacznie mnie przerasta. Zapewnić mogę, że moje kompleksy mieszczą się w normie, problem jest tu czysto fotograficznej natury.

Na nieszczęście przypomniałem sobie wczoraj o blogu Fotka Pe eL, doskonałym skądinąd, jednak przyprawiającym mi dodatkowych trudności. Przecież jak tylko zacznę teraz ustawiać się przed obiektywem, skojarzenia napadną mnie natychmiast, wręcz mnie paraliżując. A co, jeśli nieświadomie sportretuję siebie, w sposób kojarzący się z serwisem Fotka.pl? Jest w tej możliwości coś odrażającego. Obawiam się niestety, że wyprodukować będę musiał kilka gram silnej woli i wreszcie się zdecydować. Powinienem mieć na swoim blogu zdjęcie, wiem jak brakuje mi zawsze widoku autorów, których zapiski czytam.