Filmowe wzruszenia

Trudno mnie wzruszyć. Dramatycznie u mnie z większością emocji, kiedy należy poddawać się im, przyjmując reguły tkwiące korzeniami w naszej kulturze. Często zamiast dać im się porwać, obserwuję rzeczywistość z ubocza, oceniając chłodno i dziwiąc się niezmiernie, o co też może tym wszystkim ludziom chodzić? Doceniam wartość wniosków, jakie jestem w stanie ze swych zdumień wyciągać, jednak zawsze towarzyszy mi bolesne wrażenie, iż wiele tracę i nie jestem w stanie zaradzić temu w żaden sposób. Wzruszenie nieodmiennie fascynuje mnie, zaskakuje mnie w tych niewielu sytuacjach, zdobywając na wartości za każdym razem. Wybitne kino pozwala mi doświadczać tej wyjątkowej emocji, dając mi złudzenie kontroli, której jednak wcale nie oczekuję. Wciąż wiele nie rozumiem, ale wydaje mi się słusznym założenie, że nad swoimi uczuciami człowiek nie powinien oczekiwać władzy – niszczyłoby to ich istotę. Trzy wyjątkowe filmy: Lost in Translation, Amélie i Joe Black, mogę oglądać zawsze z prawdziwą przyjemnością. Dziś miałem okazję zrozumieć od nowa ostatni z nich.

Wariaci na wyspie

Biegają całymi dniami dookoła, nocami wyciągają pochodnie – pochodnie oczywiście nie gasną wcale, nawet kiedy pada rzęsisty deszcz. Nie mają bladego pojęcia co wokół nich się dzieje, generalnie strzelają, mordują i rozgryzają swoje codzienne zagadki. Kobietom kosmetyki nie skończyły się do tej pory… Może to i lepiej? Do widoku nieszczęsnych bohaterów serialu Lost okrutnie się już przyzwyczaiłem. Mój telewizor wyposażony jest niestety jedynie w kilka podstawowych kanałów, nie mam więc żadnego eleganckiego dostępu do najnowszych odcinków. Pozostaje dostęp znacznie mniej elegancki, związany ściśle z zaprzęganiem internetowych łączy i malutkich pliczków .torrent. Ku mojemu zadowoleniu, serial oglądać mogę w języku oryginalnym, pomagając sobie tylko angielskimi napisami. Prawdziwą radością jest choć na chwilę wybawić się od szeptanki, trzymającej się polskiej telewizji bezwzględnie mocno. Z czwartą serią wariatów na wyspie jestem na bieżąco i muszę stwierdzić z zadowoleniem, że serial staje się coraz ciekawszy. Zakończenie każdego odcinka przynosi nowe pytanie, będące mocnym końcowym uderzeniem na koniec… Taki akcent końcowy, wręcz wyjście smoka. Niestety kolejnego odcinka dopiero 2%… Jak mam się doczekać?

Film na przetrwanie

Mogłoby się wydawać, że siedzę na kanapie, leniwie z filiżanką typowej herbaty i oglądam bez przerwy filmy, jeden za drugim. Nie ma tu miejsca na jakiekolwiek wątpliwości, toteż natychmiast wyjaśniam, że tak absolutnie nie jest. Robię mnóstwo innych rzeczy, przeważnie zupełnie pozbawionych związku z nauką, choć przecież z zasady powinny być z nią związane, ale na pewno nie wgapiam się bez przerwy w kineskop. Skoro pewne sprawy zostały już wyjaśnione, ze spokojnym sumieniem polecić mogę czytelnikom film Survive Style 5+. Sam miałem przyjemność się z nim zapoznać już dość dawno temu, jednak dopiero wczoraj sobie o nim przypomniałem, kiedy przeglądałem zawartość serwisu Filmweb.pl. W tamtejszym katalogu filmów zaciekawiła mnie kategoria surreallistyczne, oryginalnie przez dwa l, w której to serwis wyświetlić raczył właśnie Survive Style 5+. Natychmiast skojarzyłem znakomitą muzykę, dziwaczną fabułę, rozbrajający humor i akcję utrzymaną w sensownym tempie. Jak miałbym nie polecać takiej mieszanki?

Samolot Włamywacze

Survive Style 5+ jest wykwitem kinematografii japońskiej, której znawcą zdecydowanie nie jestem, jednak zdobyłem już zdolność natychmiastowego jej rozpoznawania. Zdobyłem ją natychmiastowo. Reżyser Gen Sekiguchi przedstawia pięć historii, początkowo wcale ze sobą niezwiązanych, splątujących się jednak razem w finale. Zarówno owo splątanie jak i same historie trudno byłoby uznać za należące do codzienności, chyba że Japonia jest krajem aż tak egzotycznym. Mamy tu znerwicowanego mężczyznę, każdego wieczora nieskutecznie mordującego własną żonę, ojca rodziny zamienionego w koguta i jego rodzinę, próbującą żyć z tym ciężarem, trójkę młodocianych włamywaczy, których problemy z seksualnością są niebywale wręcz skomplikowane. Nie można zapominać też o autorce reklam, dziwnych zresztą jak cały film i płatnym zabójcy, importowanym prosto z Wielkiej Brytanii na potrzeby lokalnego przedsiębiorstwa usługowego.

Głowa rodziny Świąteczny prezent

Scenografia stanowi znakomite uzupełnienie fabuły, ponieważ zaś postarałem się zaprezentować ją na załączonych obrazkach, wyobrazić można sobie jakim rodzajem opowieści raczą nas autorzy filmu. Dykta, dykta i jeszcze raz dykta, jaskrawe i kontrastowe kolory, mnóstwo plastiku, kiczowatych świecidełek, ozdóbek i najzwyklejszych śmieci. Być może zapędzam się tu w interpretowaniu, ale całość wydaje się być karykaturą współczesnego świata, tylko odrobinę bardziej skupioną na Japonii. Muzyka w kinie jest dla mnie ogromnie ważna, nie może stanowić tylko bezpłciowego tła, o którym natychmiast się zapomina. W Survive Style 5+ znakomicie spełnia swoje zadanie, gitarowa i elektroniczna, ale przede wszystkim zawsze szybka, rytmiczna, z melodiami wpadającymi w ucho. Pasuje do stylu filmu Sekiguchiego, jest zawsze na swoim miejscu, dokładnie taka, jaką powinna być.

Jeśli oczekujesz czytelniku filmu skłaniającego do refleksji, przy którym można podumać i uspokoić skołatane nerwy, zdecydowanie odradzam Survive Style 5+, musiałoby się to wiązać z ogromną ilością dobrej woli i heroicznego wysiłku. Gdyby jednak wymagania sprowadzić do rozrywki, dynamicznej akcji i przezabawnej fabuły, to wybór jest raczej oczywisty. Można by najpewniej znaleźć mnóstwo innych filmów, ale po co szukać daleko?

Czy wspominałem o Japonkach? ;)

Przegadany, ale to Tarantino

Uwielbiam filmy Quentina Tarantino. Ponad wszystko i mimo wszystko. Nie mam zadatków na płatnego zabójcę, złodzieja, narkomana czy innego kaskadera, życie chwilą jest mi taktyką zupełnie obcą, nie ubieram się w skórzane kurtki i nie noszę spluwy, pięciu granatów ani maczety za paskiem. Jestem spokojnym i poukładanym studentem prawa, jednak od czasu do czasu, regularnie i w sposób dający się przewidzieć, dopada mnie pewien specjalny nastrój. Sprzyja on przełamywaniu rowerowych barier, pokonywaniu własnych słabości na polu kilometrów w poziomie i metrów w pionie, jeżdżę wtedy daleko i pod górę. W tym nastroju trzeba mi wielkiej drogi, jednak nawet ona nie zawsze okazuje się wystarczająca. Kusi mnie wtedy, by obejrzeć jakiś western, film drogi albo chociaż krwisty sensacyjny, ale najlepiej wpływa na mnie dowolna produkcja Tarantino. Zasiadając przed ekranem nie zamierzam bynajmniej pozbywać się swojego nastroju, zbyt dobrze się w nim czuję, odczuwam wyłącznie pierwotny przymus by zobaczyć, jak kolejny samotnik przemierza Teksas w poszukiwaniu zemsty, demoluje bary i strzela do skorumpowanych policjantów. Po kilku dniach mi przechodzi, aż do następnego razu.

Łatwo mi teraz zarzucić kiepski refleks i kulturalne zacofanie, ale dopiero wczoraj miałem okazję obejrzeć Death Proof – najnowszy film Quentina Tarantino. Trudno uznać Death Proof za produkcję pokroju Pulp Fiction, ale przecież już samo porównanie do Pulp Fiction świadczy na jej korzyść. Akcja rozwija się powoli, jak w jakimś podrzędnym melodramacie, nabiera się aż wątpliwości, czy będzie jakakolwiek szansa zobaczyć eksplodujące samochody, pościgi i strzelaniny. Film jest przegadany, skoro dialogi już tak się ciągną, mogłyby chociaż same zostawać człowiekowi w głowie i rzucać się po niej jeszcze długie miesiące, przecież do takich przyzwyczaił Tarantino. Wyjątkowo spodobała mi się stylizacja Death Proof, który przypominać ma stary, niskobudżetowy film sensacyjny. Mogłaby być bardziej konsekwentna, irytował trochę widok telefonów komórkowych i zupełnie współczesnych samochodów. Nie mam zamiaru nadmiernie się znęcać, więc tyle mógłbym powiedzieć na temat wad, i tak zresztą można je wybaczyć. Akcja wreszcie przecież się rozkręciła i warto było na nią zaczekać, znakomita ścieżka dźwiękowa już wylądowała na moim dysku i najpewniej jeszcze długo będzie mi towarzyszyć. Fabuła jest głupia jak nieszczęście, aktorki wyjątkowo urodziwe, słysząc niektóre dialogi, można jednak solidnie się uśmiać. Właściwie niczego więcej nie oczekiwałem.

Fotograficzne omamy

Padam na twarz, z drugiej strony jednak nie jestem w stanie najzwyczajniej rzucić się na łóżko. Gdyby dzień nie był wyjątkowy, już od dawna drzemałbym spokojnie, ale niefortunny zbieg okoliczności mi na to nie pozwala. Okoliczności tych nagromadziło się zbyt wiele, na dodatek są one absorbującego czas rodzaju. Punktualnie o 6:30 mam autobus do Warszawy, gdzie jadę na parę dni w rodzinne odwiedziny. Mogłem spakować się już dawno i pracować teraz na komfortowe osiem godzin snu, szans jednak na to nie miałem. Godzinę temu wróciłem z Wałów Chrobrego, gdzie próbowałem ustrzelić zdjęcie życia na The Tall Ships' Races – niestety bez większych sukcesów.

Musiałem walczyć z napierającym zewsząd tłumem, rozstawiając jednocześnie statyw i poszukując interesującego kadru. Reakcje ludzi na mój widok były doprawdy zadziwiające. Wystarczy ustawić się ze statywem firmy innej niż Hama i aparatem, który wygląda choć odrobinę bardziej profesjonalnie od małpki, a już dostaje się propozycje zajebistego kadru od podchmielonych młodzieńców i odpowiadać trzeba na pytania, czy lepiej na manualu i dlaczego z samowyzwalaczem. Wykazałem się cierpliwością, tkwiłem więc na swoim stanowisku całkiem długo, opierając się obiektywnym trudnościom. Efektem okazały się niestety same pocztówki, fotografie infantylne i pozbawione wartości, na dodatek słabe technicznie, którymi chwalić się nie widzę powodu.

0001 0002 0003 0004

Wydawać by się mogło, że poniosłem druzgocącą klęskę. Całe szczęście jednak, że przez ostatnie dni nie próżnowałem, czego efektem są cztery fotografie, z których jestem całkiem zadowolony. Pochlebiam sobie, że dostrzec można kształtujący się styl, równie dobrze mogą to być jednak omamy, wynikające ze zmęczenia. Pójdę już lepiej spać.