Wrześniowa sesja zbliża się nieubłaganie, jako porządny student musiałem znaleźć więc zajęcie, które możliwie najskuteczniej oderwie mnie od nauki. Przechadzając się wczoraj po bliżej nieokreślonym sklepie, zaplątałem się w okolice półek z grami komputerowymi. Parę chwil później z uśmiechem na ustach wracałem do domu, trzymając w garści Diamentową Edycję gry Neverwinter Nights. Instalacja na Debianie szcześliwie nie okazała się nadmiernie skomplikowaną, co pozwoliło mi na skrócenie nudnego etapu gry wstępnej. O grze właściwej zbyt wiele powiedzieć jeszcze nie mogę, jednak zdążyłem już zauważyć wiele podobieństw do serii Baldur's Gate czy Icewind Dale.
Niestety na płycie z Diamentową Edycją nie znalazłem plików przeznaczonych specjalnie dla Linuksa, w procesie instalacji musiałem więc skorzystać ze starego dobrego Wine. Oczywiście mogłem skorzystać z automagicznego profesjonalnego graficznego instalatora, jednak byłoby to zupełnie nie w moim stylu. ;) Banalnie prostą i odrobinę nużącą operację rozpocząłem, używając Wine do zainstalowania Neverwinter Nights razem z dodatkami: Shadows of Undrentide, Hordes of the Underdark i Kingmaker.
W tym radosnym momencie Wine przestało być potrzebne, nadszedł czas na rozpakowywanie licznych archiwów i kopiowanie ich zawartości. Utworzyłem katalog na linuksową instalację Neverwinter Nights, po czym z katalogu instalacji z Wine przeniosłem do niego:
- katalog ambient
- katalog data
- katalog dmvault
- katalog hak
- katalog localvault
- katalog modules
- katalog music
- katalog nwm
- katalog override
- katalog portraits
- katalog saves
- katalog servervault
- katalog texturepacks
- plik chitin.key
- plik dialog.tlk
- plik xp1.key
- plik xp1patch.key
- plik xp2.key
- plik xp2patch.key
Po tym wszystkim rozpoczęło się instensywne ściąganie sporych plików z internetu. Najpierw ściągnałem linuksowego klienta dla wersji Gold i zawartość archiwum rozpakowałem do katalogu linuksowej instalacji. Potem musiałem ściągnąć linuksowego klienta dla HotU i z archiwum zrobić dokładnie to samo.
Ostatnią prawie czynnością było ściągnięcie znakomitej nieoficjalnej łatki dla linuksowego klienta w polskiej wersji językowej. Tu również musiałem rozpakować archiwum do katalogu z linuksową instalacją Neverwinter Nights. Teraz właściwie wystarczyło już tylko wydać w katalogu z grą polecenia ./fixinstall i oczywiście ./nwn, by wkroczyć w świat metroseksualnych elfów, nadmiernie owłosionych krasnoludów i półnagich driad.
Dla mnie jako posiadacza Debiana Sid rzeczywistość nie okazała się aż tak łaskawą. Gra stanowczo odmawiała uruchomenia, jednak wystarczyło ze zmiennej środowiskowej LD_LIBRARY_PATH w skrypcie nwn usunąć odwołanie do katalogu /lib. W ten sposób uzyskałem w pełni sprawne i spolszczone Neverwinter Nights w wersji 1.69.8109. Wracam do gry. :D
Zapisałem się kiedyś do testowania SUSE Studio, chcąc sprawdzić możliwości tego współczesnego cudu sztuki programowania. Chciałem zbadać dokładnie ten cud na okoliczność posiadania cechy cudowności, być w ocenie obiektywnym i dokładnym, niepozbawionym jednak zdrowego entuzjazmu. Wszystko to zdarzyło się już bardzo dawno temu, zdążyłem nawet zapomnieć. Dziś okazało się, że twórcy SUSE Studio nie zapomnieli jednak o mnie. Wolałbym oczywiście dostać zaproszenie właściwe, ale taka uspokajająca informacja i tak przypadła mi do gustu:
Thanks for registering for the SUSE Studio alpha program!
We've been overwhelmed by the response to SUSE Studio so far, and we're working hard to include you in the alpha. We know that you've been waiting patiently to receive an invitation, and so we're just sending this note to say thanks for your patience; we haven't forgotten you!
Throughout the fall we will be increasing our capacity and selecting as many participants as possible to include in the alpha.
Stay tuned!
Polowałem na najnowszą powieść Jacka Dukaja już długo, wreszcie trafiłem! Po perełkach w rodzaju Perfekcyjnej Niedoskonałości czy Innych Pieśni, musiałem po prostu zostać kimś w rodzaju maniakalnego nałogowca. Dla nałogowca Lód to nadmiarowe spełnienie marzeń – jest taką większą cegłą, grubszy od obu wymienionych wcześniej powieści razem wziętych.
Książnica Pomorska po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczyła. Niebawem zabieram się za czytanie, ale przy okazji przypomniała mi się pewna kwestia związana z oprogramowaniem. Już od dawna chcę stworzyć prostą bazę danych, zawierającą spis przeczytanych przeze mnie książek. Z pobieżnych poszukiwań wnioskuję, że najwłaściwsze dla takiego celu będzie SQLite. Muszę jeszcze tylko zrozumieć obsługę tego cuda.
Niezwykłe zmiany zaszły ostatnio w moim komputerowym życiu, w ich wyniku niestety nieco zbyt często klepię w klawisze. Już niedługo czasu na rzeczywiste przyjemności powinienem znaleźć więcej, bo dobiegnie końca etap konfigurowania i grzebania. Jeszcze niedawno wygodnie używałem Ubuntu, nadal nie dam złego słowa powiedzieć o tej dystrybucji. Przed paroma tygodniami pozmieniało mi się i powróciłem do Debiana, co jest sentymentalnym nawiązaniem do czasów licealnego przynudzania informatycznego. Wyjątkowo upodobałem sobie to nawiązanie, zaczynam już orientować się w środowisku konsoli i cokolwiek dzikich menedżerów okien. Początkowo na dysku wylądował Fluxbox – napisałem już dla niego całkiem zgrabną konfigurację, nie pominąłem również kwestii wyglądu. Do odtwarzania muzyki zaprzęgłem MPD razem z ncmpc, do dostarczania aktualności i nowinek Newsbeutera, ogólnie pojętej kradzieży służy mi rTorrent. Bezużytecznych informacji dostarcza mi Conky, pliki przeglądam zwyczajnie z terminala lub z niewielką pomocą MC. Jedynie rTorrenta chętnie zastąpiłbym jakimś programem rozdzielonym na klienta i serwer, ale może kiedyś coś takiego znajdę… Prawdziwie potężnie jestem zadowolony, że wreszcie poczyniłem pierwsze kroki w kierunku zrozumienia Vim-a. Informatyzacja mojej osobowości posunęła się już na tyle, że Fluxbox wydał mi się dziś zbyt ograniczony i zainstalowałem FVWM. Ohyda początkowego wyglądu przeraziła mnie, jednak powoli zaczynam ogarniać…
Człowiekowi czasem przychodzi ochota także na komputerowe maratony. Spokojnie siedząc i opalając się blaskiem monitora, rozwiązywać można bezsensownie nieżyciowe łamigłówki. Najbardziej przecież lubimy problemy, które tworzymy sobie sami. Niedawno przebieg swojego maratonu opisać raczył inzaghi89, wreszcie i na mnie przyjść musiała pora. Zaczęło się od standardowej dyskusji o wyższości dowolnego oprogramowania nad Ubuntu, w której oczywiście musiał pojawić się D4rky miłujący Debiana. Rozmowa z nim przeniosła się wkrótce na grunt prywatny, gdzie przekonujących mnie argumentów za Debianem nie otrzymałem. Zabawę z dystrybucjami dla komputerowych twardzieli postanowiłem przypomnieć sobie i tak. Na dysku wylądował Debian w wersji Sid.
Instalacja przebiegła bez większych komplikacji… Odrobinę szkoda tylko, że na płycie przeznaczonej do instalacji z użyciem repozytoriów internetowych nie znalazły się sterowniki do mojej karty sieciowej. Ściągnąłem GNOME, parę dodatkowych programów i otrzymałem środowisko pracy podobne do tego z Ubuntu. Powalczyć będę musiał z ustawieniami touchpada, dźwięk i hibernacja cheć do współpracy wykazały natychmiast. Jeszcze tylko Firefox, przezwany przez rzeczników koszernego oprogramowania Iceweaselem, prezentuje paskudnie obdrapane czcionki, ale zapewne i na to znajdzie się rozwiązanie. Nieprzewidzianych komplikacji jak widać nie jest wiele, Debian jest znacznie mniej upierdliwy od Archa. Nic tylko używać, ale czy warto?
W rozmowie z D4rkym dowiedziałem się, że używając Ubuntu świadomie ograniczam możliwości swojego komputera. Z jakiegoś powodu nie dałem temu wiary. Debian rzekomo miał uruchamiać się znacznie szybciej, niestety niczego takiego nie zauważyłem. Oczywiście nie siedziałem i nie mam zamiaru siedzieć ze stoperem w ręku, ale żadnych różnic pod tym względem nie odczułem. Znacznie szybciej uruchamiał się za to Iceweasel, jednak nie zdążyłem zainstalować do niego żadnych rozszerzeń. W gruncie rzeczy nie ma to dla mnie większego znaczenia, czy widzę go na ekranie kilka sekund wcześniej czy później… Ostatecznie postanowiłem potraktować dodatkową partycję z Debianem jako kącik zabaw. Zamiast dążyć do zrobienia z Debiana lepszego Ubuntu, usunąłem GNOME i zainstalowałem Fluxboksa. Podłubałem przez parę chwil w konfiguracji skrótów klawiaturowych, skonstruowałem własny układ menu, z pewną nostalgią przypomniałem sobie stare dobre czasy… Może kiedyś wyjdzie z tego prześliczny pulpit, ale zdecydowanie nie bawi mnie to już jak dawniej.