Lód wypożyczony

Polowałem na najnowszą powieść Jacka Dukaja już długo, wreszcie trafiłem! Po perełkach w rodzaju Perfekcyjnej Niedoskonałości czy Innych Pieśni, musiałem po prostu zostać kimś w rodzaju maniakalnego nałogowca. Dla nałogowca Lód to nadmiarowe spełnienie marzeń – jest taką większą cegłą, grubszy od obu wymienionych wcześniej powieści razem wziętych.

Lód

Książnica Pomorska po raz kolejny pozytywnie mnie zaskoczyła. Niebawem zabieram się za czytanie, ale przy okazji przypomniała mi się pewna kwestia związana z oprogramowaniem. Już od dawna chcę stworzyć prostą bazę danych, zawierającą spis przeczytanych przeze mnie książek. Z pobieżnych poszukiwań wnioskuję, że najwłaściwsze dla takiego celu będzie SQLite. Muszę jeszcze tylko zrozumieć obsługę tego cuda.

Użytkownik niewygodny

Niezwykłe zmiany zaszły ostatnio w moim komputerowym życiu, w ich wyniku niestety nieco zbyt często klepię w klawisze. Już niedługo czasu na rzeczywiste przyjemności powinienem znaleźć więcej, bo dobiegnie końca etap konfigurowania i grzebania. Jeszcze niedawno wygodnie używałem Ubuntu, nadal nie dam złego słowa powiedzieć o tej dystrybucji. Przed paroma tygodniami pozmieniało mi się i powróciłem do Debiana, co jest sentymentalnym nawiązaniem do czasów licealnego przynudzania informatycznego. Wyjątkowo upodobałem sobie to nawiązanie, zaczynam już orientować się w środowisku konsoli i cokolwiek dzikich menedżerów okien. Początkowo na dysku wylądował Fluxbox – napisałem już dla niego całkiem zgrabną konfigurację, nie pominąłem również kwestii wyglądu. Do odtwarzania muzyki zaprzęgłem MPD razem z ncmpc, do dostarczania aktualności i nowinek Newsbeutera, ogólnie pojętej kradzieży służy mi rTorrent. Bezużytecznych informacji dostarcza mi Conky, pliki przeglądam zwyczajnie z terminala lub z niewielką pomocą MC. Jedynie rTorrenta chętnie zastąpiłbym jakimś programem rozdzielonym na klienta i serwer, ale może kiedyś coś takiego znajdę… Prawdziwie potężnie jestem zadowolony, że wreszcie poczyniłem pierwsze kroki w kierunku zrozumienia Vim-a. Informatyzacja mojej osobowości posunęła się już na tyle, że Fluxbox wydał mi się dziś zbyt ograniczony i zainstalowałem FVWM. Ohyda początkowego wyglądu przeraziła mnie, jednak powoli zaczynam ogarniać…

Powrócił z wycieczki

Z pewnością nigdy nie twierdziłem, że jestem umięśnionym komandosem, odpornym na wszelkie przeciwności dzikiej przyrody, z pieśnią na ustach tarzającym się w łajnie. Dopiero teraz o tym piszę, ale ze swojej rowerowej wycieczki powróciłem nieco wcześniej, niż było to pierwotnie planowane. Nie było oczywiście mowy o trudnościach związanych z łajnem, tarzaniem się i patriotycznym śpiewem, jednak w pewnym momencie stwierdziłem, że jak na pierwszy raz wystarczy mi wrażeń. Ze Szczecina wyruszyłem jedynie z Bartoszem – niestety reszta towarzystwa wykruszyła się wcześniej, gdzieś na etapie planowania. Bartosz dojechał dzielnie na Mazury, ja niedzielnie odpadłem na Helu. Było wprost fantastycznie, na wspomnienie wyprawy wciąż się uśmiecham, jednak do dłuższego znoszenia rozlicznych niewygód muszę jeszcze się przyzwyczaić. Popełniłem parę błędów w przygotowaniach, odrobinę nad swoją kondycją będę musiał jeszcze popracować… Sezon wyprawowy kończy się, czasu mam więc bardzo wiele.

Rowery Ja na plaży Bartosz na plaży Rower w słońcu Latarnia w Niechorzu Obozowisko

Początek wyprawy zaskoczył nas niemile, dojeżdżając do Kamienia Pomorskiego zmagać musieliśmy się z przeokropnym wiatrem. Na szczęście następnego dnia pogoda przestała stroić sobie żarty, ale już wtedy pojawił się problem chłodu… Najzwyklejszy zmarźluch ze mnie, w przyszłości będę musiał jakoś lepiej sobie z tym radzić. Sakwy Crosso Dry były wyjątkowo wygodne w zakładaniu i zdejmowaniu, tworzyły idealny zestaw z rozciągliwymi linkami do przyczepiania dodatkowego bagażu. Wyjątkowo trudno jedynie utrzymać w nich porządek, często musiałem całą ich zawartość wyrzucać na ziemię. Foliowe reklamówki nie wydają się być niestety dobrym rozwiązaniem, wypadałoby wymyślić coś lepszego. Obaj wydawaliśmy śmiesznie mało pieniędzy na jedzenie, za dzikie noclegi nie musieliśmy wcale płacić. W Jastrzębiej Górze zdarzyło nam się tylko nocować na polu namiotowym, co nie okazało się najlepszym rozwiązaniem. Gdzieś w polu, w leśnym zagajniku, sen nie jest raczej niczym zakłócany. Na polu namiotowym oczywiście rozwaliło się obok nas bojowe małżeństwo, więc połowę nocy zajęła idiotyczna kłótnia, potem przyszedł czas na koszmarne chrapanie.

Osobliwy znak Bagna Kładka na bagnach Ja nad morzem Umocnienia Hel Port na Helu Port w Gdańsku

Jazda rowerem z sakwami jest genialna, chyba aż specjalnie będę zabierał ze sobą na przejażdżki po kilka worków ziemniaków. ;) Trudno jest się rozpędzić, ale osiągniętą prędkość utrzymać można niemal bez wysiłku. Dzięki dociśnięciu tylnego koła i pedałom zatrzaskowym pokonywanie podjazdów było przeżyciem niemal przyjemnym, przed Jarosławcem trafiła się nawet góra podobna do szczecińskiej ulicy Miodowej. :) Po przejechaniu dziennego dystansu nie bolały mnie nogi, nie pojawiały się też zakwasy… Niestety do czasu, ostatniego dnia lewa stopa zupełnie odmówiła mi posłuszeństwa, zbuntowało się też kolano. Ledwo zdołałem dotrzeć do końca Mierzei Helskiej i zapakowałem się na tramwaj wodny do Gdańska. Bartek tego dnia zwiedził całe Trójmiasto, ja w tym czasie targałem rower po schodach dworca w Gdańsku. Później ciemną nocą targałem też rower po schodach dworca w Poznaniu, jako że trafiła mi się linia z przesiadką. Po powrocie do domu długo nie mogłem zabrać się za porządne zrelacjonowanie wyprawy. Ostatecznie napisałem coś takiego i dodałem parę zdjęć. Efety jak widać…

Większa droga

Opony wymienione, bagażnik przymocowany, sakwy napełnione. Wszelkie przygotowania do wyprawy na Mazury już poczyniłem, jutro wreszcie wyruszam. :D Podobno dramatyzowałem przed miesiącem na temat swoich planów, dziś jestem niewątpliwie zniecierpliwiony i zdenerwowany. Zniecierpliwiony jestem koniecznością odespania jeszcze paru godzin przed wyruszeniem w drogę, zdenerwowany migającą się od solidnej słonecznej roboty pogodą. Z przyjemnością odetnę się na czas jakiś od internetu i telewizji, z nowoczesnych radości zabieram ze sobą tylko odtwarzacz i słuchawki – tu pojawia się interesujący problem doboru muzyki. Nadal zamierzam z Olsztyna wracać pociągiem, zapisałem więc sobie starannie godziny odjazdów. Nie mogłem przy tym nie zauważyć, że pociągom pospiesznym i zwykłym dojazd do Szczecina zajmuje mniej więcej taki sam czas. Wyprawowe niedole dokumentować zamierzam aparatem, pomagając sobie przy tym darem selektywnej pamięci. Wkrótce powinienem wykazać się stosunkowo interesującą relacją. :) Życzcie mi szczęścia drogowego. :D

Mniejszy maraton

Człowiekowi czasem przychodzi ochota także na komputerowe maratony. Spokojnie siedząc i opalając się blaskiem monitora, rozwiązywać można bezsensownie nieżyciowe łamigłówki. Najbardziej przecież lubimy problemy, które tworzymy sobie sami. Niedawno przebieg swojego maratonu opisać raczył inzaghi89, wreszcie i na mnie przyjść musiała pora. Zaczęło się od standardowej dyskusji o wyższości dowolnego oprogramowania nad Ubuntu, w której oczywiście musiał pojawić się D4rky miłujący Debiana. Rozmowa z nim przeniosła się wkrótce na grunt prywatny, gdzie przekonujących mnie argumentów za Debianem nie otrzymałem. Zabawę z dystrybucjami dla komputerowych twardzieli postanowiłem przypomnieć sobie i tak. Na dysku wylądował Debian w wersji Sid.

Instalacja przebiegła bez większych komplikacji… Odrobinę szkoda tylko, że na płycie przeznaczonej do instalacji z użyciem repozytoriów internetowych nie znalazły się sterowniki do mojej karty sieciowej. Ściągnąłem GNOME, parę dodatkowych programów i otrzymałem środowisko pracy podobne do tego z Ubuntu. Powalczyć będę musiał z ustawieniami touchpada, dźwięk i hibernacja cheć do współpracy wykazały natychmiast. Jeszcze tylko Firefox, przezwany przez rzeczników koszernego oprogramowania Iceweaselem, prezentuje paskudnie obdrapane czcionki, ale zapewne i na to znajdzie się rozwiązanie. Nieprzewidzianych komplikacji jak widać nie jest wiele, Debian jest znacznie mniej upierdliwy od Archa. Nic tylko używać, ale czy warto?

W rozmowie z D4rkym dowiedziałem się, że używając Ubuntu świadomie ograniczam możliwości swojego komputera. Z jakiegoś powodu nie dałem temu wiary. Debian rzekomo miał uruchamiać się znacznie szybciej, niestety niczego takiego nie zauważyłem. Oczywiście nie siedziałem i nie mam zamiaru siedzieć ze stoperem w ręku, ale żadnych różnic pod tym względem nie odczułem. Znacznie szybciej uruchamiał się za to Iceweasel, jednak nie zdążyłem zainstalować do niego żadnych rozszerzeń. W gruncie rzeczy nie ma to dla mnie większego znaczenia, czy widzę go na ekranie kilka sekund wcześniej czy później… Ostatecznie postanowiłem potraktować dodatkową partycję z Debianem jako kącik zabaw. Zamiast dążyć do zrobienia z Debiana lepszego Ubuntu, usunąłem GNOME i zainstalowałem Fluxboksa. Podłubałem przez parę chwil w konfiguracji skrótów klawiaturowych, skonstruowałem własny układ menu, z pewną nostalgią przypomniałem sobie stare dobre czasy… Może kiedyś wyjdzie z tego prześliczny pulpit, ale zdecydowanie nie bawi mnie to już jak dawniej.