Ogórków smutny los

Snułem się bez celu po domu, lawirowałem między telewizorem i balkonem, zajrzałem wreszcie do kuchni – ta chwila odmieniła całe moje życie. Mój wzrok przyciągnął od razu wielki słój z ogórkami kiszonymi, przejrzałem na oczy by zobaczyć obraz prawdziwy i przerażający. Pływające zwłoki, tonące we własnej krwi, martwe i pożerane. Przecież człowiek nie może być takim potworem…

Żywe ogórki

Ogórki w naturalnym środowisku są warzywami pogodnymi i pełnymi energii. Lubią wygrzewać się na słońcu, by po chwili baraszkować między łodygami, kryć się w ceniu olbrzymich liści. Tworzą kulturę pokoju, szanują odmienność każdego ogórkowego bytu, są tolerancyjne i otwarte na nowe wyzwania. Tak odmienne od nas, ludzi… Być może dlatego nie możemy ich znieść, porywamy je, kroimy, miażdżymy, kisimy… Gotujemy im los najgorszy z możliwych.

Martwe ogórki

Nie musi tak być, już dziś wspólnymi siłami możemy to zmienić! Czy ogórki nie zasługują na godne życie? Swój apel kieruję szczególnie do wegetarian, którzy zdołali już wyrzec się pożerania mordowanych zwierząt. Ratując ogórki, uczyńmy świat lepszym miejscem. Dla siebie, dla nich.

Kwestia opon

Spojrzałem na swoje biedne popękane opony i zdecydowałem się na krok desperacki. Desperacki ściśle finansowo, bolesny w sensie nominalizmu, przeszywający swą walutowością. Fatalne były to chwile podwójnie, nieszczęśliwym wszakże zrządzeniem losu mój rower wyposażony został w odległej fabryce przez kadrę inżynierską w dwa aż koła. Do katastrofy finansowej przyczyniły się jeszcze dętki, gdyż obecne do nowych opon byłyby nieco zbyt grube. Nie mam w tej kwestii doświadczenia i właściwie może jakoś by współpracowały, ale i tak były już połatane i nieciekawe. Ciężką ręką wydałem okrągłą sumkę i już wkrótce dotrzeć powinny do mnie opony Schwalbe Speed Cruiser, o dętkach oczywiście również nie zapominam. Szczerze w tymi miejsu wyznaję, absolutnie nie szukając dla siebie usprawiedliwień, że zaszalełem z odchyleniem szosowym. Obecne moje opony są w wymiarze 700x38C i bieżnik mają raczej agresywny, choć przypiłowany już znacznie przejechanymi kilometrami. Zamówione Schwalbe bieżnika nie mają prawie wcale, zaś rozmiaru są 700x30C. Czyż nie jest to szokująca różnica? Obłędna wręcz, powiadam. Nie mogę się już wprost doczekać, kiedy wynagrodzę sobie ból wydawania oszczędności, pierwszą jazdą testową. :)

Książki mi się kończą

Książek nie kupuję. Raz jeden zdarzyło mi się na prezent, ale dla siebie nigdy. Czytać lubię ogromnie, jednak przyjemność tą uznaję wyłącznie w darmowej formie. Niestety w mojej ukochanej bibliotece kończą mi się dobre czytadła. Coraz częściej chodzę między regałami i mam ogromny problem z wyborem. Dochodzi nawet do tego, że wypożyczam ponownie te same książki. Trzeba by zmienić bibliotekę albo gust w kwestii literackich gatunków, ewentualnie zaś jedno i drugie. Ostatnio w moje czytelnicze ręce trafiła króciutka powieść Deus Irae autorstwa Philipa K. Dicka i Rogera Zelaznego, którą ponownie jestem totalnie zauroczony. Przeczytałem ją nieco niedbale i z niewielkim zrozumieniem, gdy wypożyczałem ją po raz pierwszy. Tym razem pełniej zrozumiałem mętne wizje Dicka, przynajmniej zbliżyłem się do zrozumienia. Świat zniszczony wojną totalną, degenerująca się ludzkość i niszczejąca technologia – mógłbym o tym czytać bez końca. Z przerwami na Świat Dysku, który też już mi się kończy…

– Czy słyszałeś o Albercie Einsteinie? – spytało kobiece przedłużenie wielkiego komputera, a jego metalowe dłonie zamknęły się w żelaznym ucisku na dłoniach Pete'a.
– Względność – odparł Pete. – Teoria…
– Chodźmy do środka, tam o tym pomówimy – powiedziało przedłużenie, ciągnąc go za sobą.
– Och, nie – zaprotestował. Przez całe życie dość się nasłuchał o tej zrujnowanej, półżywej konstrukcji. Gdy był dzieckiem, potwornie bał się komputera i tego, że mógłby się z nim spotkać. I oto się spotkał. – Nie możesz mnie zmusić, bym tam wszedł – powiedział, myśląc o wannie wypełnionej kwasem, do której wpadały ofiary. Ale nie ja, pomyślał i spróbował się oswobodzić. Ciągnął z całych sił, próbując wyrwać dłonie z uścisku.
– Zadaj mi pytanie – domagało się przedłużenie, nie przestając ciągnąć.

Doniesienia z frontu

Nie mam zielonego pojęcia co robiłem przez ostatnie kilkanaście dni. Trochę jeździłem na rowerze, zacząłem grać w Icewind Dale II, zdążyłem przeczytać parę niesamowitych książek i odbyć woniące drętwotą spotkanie sentymentalne po latach, takie licealne i wpływające na racjonalizację postrzegania świata. Zaskakująco szczegółowe informacje jak na kogoś, kto zapadł na domniemaną amnezję. Dziwny to stan, jednak znam jego przyczynę – jest nią zalegająca i przewalająca się na głowie robota. Do końca tego miesiąca muszę napisać dwie opinie prawne, czego robić mi się rozpaczliwie nie chce. Każdego dnia zabieram się za to, piszę mądry akapit i wymyślam sobie szybko najrozmaitsze inne zajęcia. W gruncie rzeczy napisanie takich opinii nie jest zadaniem specjalnie pracochłonnym, ale przecież niby mam wakacje. To nieludzkie, podłe i zwierzęce doprawdy, żebym musiał męczyć się z poczuciem obowiązku. Tak uwielbiam budzić się rano ze świadomością, że dziś niczego nie muszę robić, nikt niczego ode mnie nie oczekuje… W przypadku studiów jakiekolwiek oczekiwania nie mają oczywiście charakteru osobistego. Zignorowaniem swojej powinności nie zawiodę nikogo, nie zepsuję nikomu dobrze rozpoczętego dnia. Tak zwyczajnie tylko nie zaliczę przedmiotu. Nic to przecież… Jutro zabieram się za robotę. Głupie studia sobie wybrałem.

Przed wyprawą

W pierwszych dniach sierpnia wybieram się na Mazury. Precyzyjniej rzecz ujmując wyprawiam się, bo razem z kilkoma zapaleńcami zamierzam dojechać tam rowerem. Planowana trasa przebiegać będzie wzdłuż wybrzeża, noclegi zapewnią namioty i leśne chaszcze. Jak na pierwszą rowerową wyprawę założenie jest ambitne, więc do Szczecina wracać będę już pociągiem. Towarzysze podróży drogę powrotną chcą też przebyć rowerami, jednak zahaczając przy okazji o Toruń, co całą eskapadę może wydłużyć do 3 tygodni. Dla mnie byłoby to jeszcze zbyt dużo. Oprócz trwających od jakiegoś czasu treningów kondycyjnych, poczyniłem mordercze dla portfela przygotowania sprzętowe. Śpiwór i karimatę na szczęście już mam, musiałem kupić sakwy, bagażnik i namiot.

Sakwy

Z całego tego zestawu jedynie namiot może okazać się katastrofą. Najprawdopodobniej będzie przemakał, wilgoć będzie skraplała się we wnętrzu, całość poszybuje wysoko przy byle podmuchu, ale przynajmniej był tani. Sakwy i bagażnik na szczęście są porządne i zapewne posłużą mi jeszcze na niejednej wyprawie. Dziś mocowałem je na próbę do roweru, jak widać na powyższym obrazku wyglądają elegancko. ;)