Koniec migracji
Wykonałem dziś istotny wysiłek, by wreszcie móc zakończyć tą przynudzającą serię komputerowych wpisów. Zainstalowałem na laptopie Ubuntu, przeniosłem wszystkie pliki, skonfigurowałem co nieco i mam już święty spokój. W krótkim czasie zdążyłem wypróbować najnowszego Windowsa i dwie dystrybucje z KDE4. O ile świeże KDE delikatnie mówiąc nie jest jeszcze gotowe, to na Vistę gotowy nie jestem najwyraźniej ja. Udało mi się z jej pomocą co prawda rozwikłać problem podłączenia laptopa do telewizora, jednak w bezlitosny sposób zszarpało to moje biedne nerwy. Doprawdy nie wiem, jak ludzie mogą używać tego systemu. Początkowo zamierzałem poświadczyć swoją oryginalność, redagując pozytywną recenzję Visty, jednak zwyczajnie nie jestem w stanie, po prostu nie mogę… Wszystko zaczęło się od prościutkiej instalacji, po której byłem pełen nadziei. Nie na długo.
Po pierwszym uruchomieniu system poprosił mnie o utworzenie konta użytkownika, które jednocześnie miało być kontem administratora. W rozwiązaniu takim można doszukiwać się pewnej racjonalności, jednak to znane z Ubuntu wydaje się bardziej sprzyjać bezpieczeństwu. Zalogowałem się i natychmiast rozpoczęła się aktualizacja, o czym poinformował mnie dymek w rogu ekranu. Nawet przyjemna sprawa, jednak można było zapytać… Kompletnie nie przypadł mi do gustu panel sterowania, w którym zwyczajnie nie mogłem się połapać. Sporo zmieniło się od czasu Windowsa 2000, którego do tej pory uważam za najlepszą wersję systemu Microsoft. Prawdziwą męczarnią okazało się korzystanie z Explorera. Tu zmian pojawiło się już tyle, że przez długi czas nie mogłem nawet zrozumieć gdzie podziało się stare dobre drzewo katalogów. Przebrnąłem jakoś przez to wszystko, w międzyczasie zainstalowały się nowsze sterowniki do karty graficznej. Tu już zupełnie nie spodobało mi się, że serio zainstalowały się w międzyczasie – nigdzie nawet nie wyrażałem życzenia ich aktualizacji. Pół biedy gdyby wszystko było z nimi w porządku, ale z jakichś przyczyn zainstalowały się w polskiej wersji językowej, podczas gdy Vista była po angielsku.
Dawno temu już straciłem orientację, w czym teraz modnie jest oglądać filmy na Windowsie. Dostarczony z systemem ciężkawy program nie był w stanie zainstalować odpowiednich kodeków, poza tym i tak nigdzie nie doszukałem się opcji obsługi napisów. Buszowałem w internecie i instalowałem sporo rozmaitych odtwarzaczy, jednak wszystkie okazywały się mieć elementarne braki. Niektóre zupełnie nie chciały ładować pliku, czasem brakowało dźwięku, zazwyczaj protestem kończyła się próba wczytania napisów. Przy okazji przeraził mnie wygląd większości programów, któremu brakuje nie tylko jakiejkolwiek jednolitości, ale przeważnie też choć szczątkowej estetyki. Po frustrująco długiej walce udało mi się wreszcie znaleźć jakiś działający odtwarzacz filmów i rozpocząć seans. Podarowałem już nawet, że z nieznanych mi przyczyn obraz dziwnie haczył co kilka sekund. Koszmar, dobrze że wróciłem już do Ubuntu. :/ Nawet animacje Compiza są płynniejsze i efektowniejsze od tych, jakie zaobserwowałem w Aero. Jak dobrze być w domu… ;)
jrk
Do oglądania filmów polecam MPlayera (win32).