Eliminacja nieróbstwa

Sesja coraz bliżej. Dostaję dziwnej wysypki na piętach kiedy myślę, że będę w trakcie najostrzejszego rycia i dłubania, gdy moi znajomi egzaminy zostawią już dawno za sobą. Tak już niefortunnie składa się na moim kierunku, że pierwsze egzaminy wymusza się na studentach w połowie czerwca, podczas gdy szczęśliwi politolodzy, socjolodzy i eksperci od stosunków międzynarodowych myślą już o wakacjach. Wyjątkowa to niegodziwość i barbarzyństwo gatunku profesorskiego, jednak nie mogę temu w żaden sposób zaradzić. Racjonalne i możliwe jest wyłącznie złapanie się za opasłe tomiska, cierpliwa nauka i wysiłek zrozumienia tego co dobre i słuszne. Zdecydowanie dobre jest prawo karne materialne, którego nauka przybiera obecnie najkonkretniejszą z fom, a to z racji na przedtermin pod koniec maja. Równie dobre jest prawo konstytucyjne, w odniesieniu do którego przynajmniej wiem już, skąd i czego się uczyć. Słuszne jest prawo finansowe, wymagające wchłonięcia pokaźnych rozmiarów notatek z wykładów, z niezbędnym uzupełnieniem paru pasjonujących ustaw. Gwoździem programu do trumny sesji jest zdecydowanie prawo administracyjne, z którego egzamin co roku jest niespodzianką. Po wydziale krążą pasjonujące legendy o biedakach, którzy odpowiadać musieli na pytania wyciągnięte z czeluści kosmosu. Radość i wiosna, proszę ja państwa!

Przetarło się

Sposób spędzenia pierwszego dnia długiego weekendu od początku był raczej oczywisty. Kwestia kolejnych dni przedstawia się bliźniaczo podobnie. Zamierzałem i zamierzam pojeździć na rowerze za wszystkie czasy. Mój pogodowy pech nie zawiódł i dziś od rana padał paskudny deszcz. Taki deszcz, który nie wie nawet w którą stronę padać, zbyt leniwy by wypadać się konkretnie i skończyć wreszcie swoją robotę. Deszczowi towarzyszyć musiał wiatr, jednak nie przeszkadza mi on już jak dawniej. W głowie zaczynały mi krążyć myśli, żeby wszystko sobie odpuścić, ale postanowił pojechać ze mną ojciec. Towarzystwo jest zawsze sporą mobilizacją, więc miałem powody do wdzięczności. Wyjechaliśmy w momencie kiedy pogoda przecierała się, zza chmur nawet wyglądało słońce, mżawka na parę chwil podarowała sobie. Planowaliśmy dotrzeć do Gryfina, ale już w Podjuchach zaczęło konkretnie padać, wystarczyła chwila i przemokliśmy dokładnie od góry do dołu. Odrobinę głupio było rezygnować i parliśmy naprzód, życzliwy deszcz wreszcie wziął sobie wolne.

W Gryfinie trwały przygotowania do Dni Gryfina – imprezy masowej niekiedy nawet ciekawszej od szczecińskich Dni Morza. Z sensowniejszych zespołów miały grać Hurt i Coma… Może nawet byśmy zostali, ale przecież Krzysztof Krawczyk występuje dopiero jutro. ;) Skierowaliśmy się na Mescherin, niemiecką stroną i niemieckim asfaltem dotarliśmy aż do przejścia w Rosówku. W domu czekał przepyszny sernik, ostatnie kilometry pokonaliśmy więc ekspresowym tempem. :) Liczyłem na odrobinę dłuższą wyprawę, ale 50 kilometrów też ujdzie. Może jutro będzie więcej?