Po kilku dniach naukowej niedoli związanej z sesją uznałem, że zasłużyłem na porządną rowerową wycieczkę. Okoliczności międzyludzkie ułożyły się znakomicie, bo dzięki ogłoszeniu na forum Rowerowego Szczecina miałem nawet z kim wyruszyć. Sprecyzowaniu uległa trasa, która miała prowadzić przez Trzebież do Nowego Warpna. Z nadzieją że taki dystans nie wykończy mnie do reszty, stawiłem się o umówionej godzinie na pętli tramwajowej przy Jeziorze Głębokim. Na miejscu czekała pomysłodawczyni Justyna, poczekaliśmy chwilę na kpro i ruszyliśmy w kierunku Tanowa. Do Trzebieży dojechaliśmy drogą przez Tatynię i muszę przyznać, że trzymaliśmy porządne tempo. W Trzebieży na przystani poleniliśmy się chwilę, przekąsiliśmy co nieco i popędziliśmy dalej. Pęd wkrótce skończył się boleśnie, na niesławnej kostce brukowej wsi Brzózki. Ten pełen podskoków kilometr był niezapomnianym przeżyciem, chwilę później dotarliśmy do Nowego Warpna. Rozsiedliśmy się tam na ławeczce, wyjęliśmy prowiant, oddaliśmy się relaksowi i widokom Zalewu Szczecińskiego.
Padł ciekawy pomysł, żeby przeprawić się promem do Altwarp i wrócić do Szczecina niemiecką stroną. Promy kursują co godzinę, płatne około 15 złotych za głowę z rowerem – następnym razem koniecznie trzeba się na to zdecydować. O ile do Nowego Warpna jechało mi się bezproblemowo, to droga powrotna już mnie wymęczyła. Odcinek w kierunku Dobieszczyna przebił nawet Brzózki, na perfekcyjnie dziurawym asfalcie nie telepało jak na bruku, jednak ciągnęło się to znacznie dłużej. W końcu wydostaliśmy się stamtąd, ale wtedy zaczął łapać mnie skurcz, przez co musiałem kilka razy się zatrzymywać. Za każdym razem reperacji lewej nogi towarzyszyło opędzanie się od gigantycznych, monstrualnych, wręcz końskich much. ;) Dotarliśmy wreszcie nad Jezioro Głębokie, gdzie byczyliśmy się jeszcze dość długo. Oczywiście kpro od razu popędził dalej, zaliczył nawet jeszcze podjazd pod Miodową – 100 kilometrów nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia. ;) Towarzyszom podróży dziękuję za wyrozumiałość i liczę na kolejne wyprawy. Jakby nie patrzeć, będzie już tylko lepiej. :)
Sesja sprzyja marnowaniu czasu na wszelkie możliwe do wyobrażenia sposoby. Niejaki nastoletni fan i aktywny członek projektu Fedora
Livio od dawna już intryguje mnie swoją żywą i pełną zapału niechęcią do Fedory. Z jakichś powodów postanowiłem przekonać się na własne oczy, co też w tej dystrybucji jest tak radykalnie beznadziejnego. Trafiła się akurat świeża wersja, zaraz obok świeża czysta płyta – pozostało tylko ściągnąć obraz instalacyjny i zabrać się do roboty. Instalator początkowo odpalił się w zaniżonej rozdzielczości, po dodaniu odpowiednich parametrów przy uruchamianiu wszystko zmieniło się na korzyść. Niemal wszystko. Właściwie zmieniło się niewiele, bo zyskałem tylko wielkie czarne obramowanie naokoło ekranu instalatora i dziwnie poszarpane czcionki. Kłopotliwy instalator sprawiał wrażenie sensownego, wszelkie opcje były na miejscu, zdziwiła mnie tylko konieczność dodatkowej konfiguracji po pierwszym uruchomieniu Fedory. Samo uruchomienie do eleganckich z pewnością nie należało, raz grafika, raz znowu tryb tekstowy, ciągłe miganie ekranu…
Ekran logowania zaskoczył mnie swoim wyglądem, tak odmiennym od znanego z Ubuntu, jednak prawdziwie zaskoczyła mnie kulawa obsługa touchpada. Zmuszanie niewinnego człowieka do klikania klawiszem jest sadyzmem w czystej postaci. Świeżo po instalacji dźwięk nie działał, niezbędna była prosta edycja malutkiego pliczku konfiguracyjnego, zbyt trudna najwyraźniej dla twórców Fedory. Usprawiedliwiając ich muszę stwierdzić, że czerpią bezpośrednio z chwalebnych praktyk autorów najpopularniejszej dystrybucji dla ludu. Ogromnie spodobała mi się domyślna konfiguracja Compiza, dreszcze za to przechodzą mnie na wspomnienie losowego rozmieszczenia pozycji w menu GNOME. Nie spodobał mi się wygląd czcionek, miejscami raziły też w oczy niedopasowane ikonki. Prawdziwą zagadką okazał się instalator oprogramowania, w klasyczny sposób mieszający uczucia nieszczęsnego użytkownika. Z podziwem patrzyłem jak ślicznie instaluje programy i jak minimalistyczny jest jego interfejs. Niestety interfejs szybko okazał się na tyle minimalistyczny, że nie znalazłem nawet możliwości dodania repozytoriów czy zainstalowania kilku paczek za jednym razem.
Z przykrością muszę stwierdzić, że żywa i pełna zapału niechęć bywa niekiedy uzasadniona. Jest to przykra wiadomość, szczególnie we współczesnym świecie pełnym miłości i tolerancji. Być może Fedora 19 okaże się lepsza?
Znowu nudzenie o Linuksie i znowu wyłącznie narzekanie. Moje zdolności techniczne, w tym wypadku szczególnie zaś informatyczne, są na poziomie raczej niskopodłogowym. W oprogramowaniu lubię rozwiązania na tyle proste i logiczne, żebym był w stanie choć mniej więcej je zrozumieć, zyskując pewną ułudę kontroli. Być może jeszcze ważniejsza jest elegancja, spójność wyskakujących na ekranie okienek. Takie bzdurne detale, jak podobne rozmieszczenie przycisków, jednolite nazewnictwo i schematy ikonek, są dla mnie niezwykle istotne. Jeżeli w oczy rzucają mi się tu uchybienia, niezależnie jak znakomity byłby zestaw programów, mam wrażenie używania produktów amatorskich. Właśnie spójność przekonała mnie kiedyś do środowiska GNOME, które na długi czas uznałem za lepsze od KDE. W GNOME irytujący w końcu stał się ewidentny zastój, tymczasem na horyzoncie pojawiło się niebywale interesujące KDE4. Tu zaczął się dramat, mówiąc cokolwiek dramatycznie.
Znalezienie dystrybucji Linuksa, która dostarczyłaby najnowsze KDE w zadowalający sposób, okazało się kompletnie niemożliwe. Odważnej próby podjęli się twórcy Fedory, jednak uznać muszę ją za nieudaną. Narzędzia konfiguracji systemu w tej dystrybucji od zawsze nakierowane były na użytkowników GNOME. Z racji stosowania GTK2, nie może być mowy o elementarnej nawet spójności z KDE4. Amator Fedory dostaje tylko wątpliwej użyteczności mieszaninę, zawiesinę nawet… Marnie przedstawia się też sytuacja Kubuntu, wciąż pozostającego nieco w tyle za Ubuntu. W każdej kolejnej wersji pojawia się tu sporo niedociągnięć, istotnych zmian oczekiwać można dopiero w październiku. Jak mam niby dotrwać do tego czasu?
Poszukiwania doprowadziły mnie w końcu do zainstalowania świeżutkiej bety openSUSE. W rozmaitych dystrybucjach Linuksa brakowało mi zawsze czegoś zbliżonego do znanego z Windowsa panelu sterowania, YaST w jakiś sposób wydawał się nawiązywać do jego konstrukcji. Niestety zawiodłem się, nawet pomimo ogromnych możliwości konfiguracji skupionych w jednym miejscu. O całkowitym przepisaniu narzędzia na Qt4 oczywiście nie można nawet marzyć, szczerze wątpię też by twórcy openSUSE zdążyli z tym do wydania finalnej wersji. Nie jest to nawet największym problemem, YaST zrobił na mnie wrażenie narzędzia skomplikowanego i nieprawdopodobnie bałaganiarskiego, szkoda. Wersji 11.0 z pewnością dam jeszcze szansę, być może w jakiś tajemniczy sposób dam się przekonać?
Najnowsza wersja Ubuntu zupełnie nie przypadła mi do gustu. Gustu wyrafinowanego dostatecznie, by irytowały drobne niedoróbki, liczne niespójności i nierozwiązane problemy. Przekonany o konieczności instalacji czegoś innego, ściągnąłem wczoraj na dysk obrazy openSUSE i Fedory. Fedory od początku nie traktowałem poważnie, pamiętałem jak zachowały się jej ostatnie wersje przedpremierowe. Zielona dystrybucja nie chciała się zainstalować, choć właściwie i tak nie byłem do niej szczególnie przekonany. W moim chorym umyśle zaczął krążyć pomysł podarowania drugiej szansy Windowsowi Vista, ale szczęśliwie w porę przypomniałem sobie o Archu. Postanowiłem pomęczyć się z konfiguracją i dopasowaniem wszystkiego do siebie i mieć w końcu system, z którego mógłbym być zadowolony. Poki co Archa zainstalowałem na osobnej partycji i jestem na etapie powolnego konfigurowania. Kiedy trudne to zadanie uznam za skończone, skopiuję pliki konfiguracyjne w bezpieczne miejsce i przeprowadzę porządną instalację, usuwając ostatecznie Ubuntu. Aktualnie usiłuję wymyślić, jaki menedżer okien by tu zastosować. Najbardziej kusi mnie znacznie zmodyfikowane Xfce, z przewagą własnych koncepcji i niedowagą graficznych narzędzi. W innym wypadku nie byłbym najprawdopodobniej w stanie korzystać z zalet mojej znośnej karty graficznej, a Compiza zamierzam sobie podarować. Przede mną jeszcze sporo problemów, ale potem…
Całe popołudnie zajęło mi dziś mocowanie nowego wspornika kierownicy. Już na początku okazało się, że rozmaite trudności zamierzają pojawiać się jedna za drugą. Liczyłem że będę mógł ponownie wykorzystać owijki, te jednak podarły się przy zdejmowaniu - klej z czasem zaczyna trzymać mocniej, co właściwie dobrze o nim świadczy. Jutro muszę kupić nowe i dopiero wtedy wszystko będzie gotowe. Stary mostek wyjąłem jednym płynnym ruchem, jednak włożenie nowego okazało się niemal niemożliwe. Znakomita rurka okazała się najzwyczajniej zbyt długa i trzeba było odpiłować kilka jej centymetrów. Po chwili okazało się, że nie przeszkadzałoby odpiłować jeszcze z pół centymetra, ale tu już poradziłem sobie młotkiem. Przy okazji dostało się też trochę farbie na nowym mostku, ale przynajmniej w miejscach niewidocznych. Trauma odpryskującego lakieru niedługo minie. W procesie składania roweru do kupy stosowałem niewiarygodne ilości smaru, wykorzystując zalecenia szkoły mojego ojca - mechanika samochodowego. Mostki klasyczne działają na zasadzie klina, więc trochę zacierać po prostu się muszą, być może jednak dzięki smarowi nie będzie potrzeba czołgu do ponownego rozbierania, które zapewne kiedyś nastąpi. Mimo nieprzewidzianych trudności jestem zadowolony, rower wygląda bojowo.