Koniec traumy
Konwencja kulturowa sugeruje mi, że wypadałoby pochwalić się utrzymaniem stanu swojego życia. Wciąż żyję i mam się coraz lepiej. Wiosną każdego łapią jakieś dziwne grypy, katary, zauroczenia, w efekcie czego przez ostatnie dni byłem cokolwiek rozkojarzony. Te wszystkie kropelki do nosa, chusteczki, romantyczne spotkania w kawiarniach, spacery i inne nocne zmazy nie wpływają pozytywnie na stan umysłu. Moje komplikacje uczuciowe nadawałyby się raczej na temat psychopatycznej pracy magisterskiej depresyjnego studenta, rozsądniej więc zmierzać do meritum. Kiedy podniosłem się już z platonicznych uczuć, zaś pogoda pokazała swoje słoneczne oblicze, mogłem tylko wsiadać na rower. Pierwszy raz od feralnego wypadku zdecydowałem się na przejażdżkę i była to decyzja słuszna, zważywszy na postępującą niewątpliwie traumę. Traumatyczny bunt umysłu został stłumiony w zarodku, przy okazji wypróbowałem kask i połamaną podstawkę do licznika.
Połamana podstawka okazała się być połamaną bezwzględnie i niewątpliwie. Jej sklejenie niczego tu nie zmieniło i właśnie czekam na dostawę nowej. Zapłaciłem za ten kawałek plastiku okropne pieniądze, jednak nie chciałbym zgubić gdzieś po drodze samego komputerka. Jazda w kasku całkiem mi się spodobała. Nie dostrzegałem żadnych dziwnych spojrzeń, o których tak lubią donosić niektórzy sceptycy. Głowa nie przegrzewała się, tylko paski wymagają jeszcze pewnych regulacji. Szkoda mi jedynie rozwianych włosów, ale bez problemu mogę poczochrać się zawsze po zdjęciu kasku. Odrobinę żałuję teraz, że nie zrobiłem w niedzielę co najmniej dwukrotnie więcej kilometrów, ale nie jechałem sam… Mogę tylko czekać na poprawę pogody.
meak
Pochwal się jeszcze jaki to kask :)