Czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę od jak dawna, od jak niewiarygodnie długiego już czasu noszę się z zamiarem wymiany wspornika kierownicy? To dramatyczne, ale w rzeczywistości trwa to stanowczo zbyt długo. Mój znakomity rower do najnowocześniejszych konstrukcji z pewnością nie należy, stąd konieczne są pewne błyskotliwe kombinacje, by móc zamontować w nim dowolny kozacki mostek. Tak, to wszystko szpan i głupota. Najmniejszego znaczenia nie ma tu fakt, że obecny wspornik jest stalowy, toporny i wyposażony we wznios pasujący do roweru emeryta. Wydało się, teraz nic nie będzie jak dawniej… W każdym razie zdążyłem już zamówić BBB Extender, nad samym mostkiem zastanowię się po ewentualnym udanym montażu tej części. Wiem że w sklepach dostępna jest dwukrotnie tańsza alternatywa, ale ta ślicznotka było po prostu miłością od pierwszego wejrzenia. Dostawa najprawdopodobniej w okolicach poniedziałku, tymczasem mnie już skręca z niecierpliwości. Tak to już jest, kiedy ubogiemu studentowi przytrafia się odrobina gotówki…
Zimno jak w jakimś grudniu, ale wieczorem pojeżdżę, przemogę się… Za kilka miesięcy będę jednak jeździł na zupełnie innym rowerze. Nie mam tu na myśli przerabiania obecnego, które jest procesem stałym i prędko się nie zakończy, ale zakup nowych dwóch kółek. Przeglądając fora tematyczne, z zainteresowaniem czytam relacje ludzi, którzy za śmieszne pieniądze, z użyciem starych części, składają od podstaw całkiem ciekawe rowery. Przez część wakacji zamierzam popracować i będę mógł wydać na taki wynalazek jakieś 400 złotych. Najbardziej podobają mi się ostre koła, z tą szosową geometrią, cieniutkimi oponami, barankami i staroświeckim wyglądem. Wizja kusząca, bo takim rowerkiem mógłbym bez obaw jeździć na uczelnię, a raczej bez obaw zostawiać go przed uczelnią na czas zajęć. W praktyce składanie przysporzy mi zapewne gigantycznych problemów, ale nie ma innego sposobu na przekonanie się o tym, niż spróbować samemu. Gdybym zabrał się za to we wrześniu, o ile nie będę miał żadnych egzaminów do poprawienia, to na październik drugi rower powinien być gotowy. :)
Nie zdarza się często, bym relacjonował zajęcia ze swojej uczelni. Jeśli już to czynię, muszę mieć ku temu powody ważne, na pewno zaś wystarczająco interesujące. Dzisiejsze ćwiczenia z prawa konstytucyjnego nabrały dość ciekawego przebiegu, jako że wywiązała się na nich dyskusja dotycząca realiów polskich wyborów. Omawiane były wady rozmaitych systemów wyborczych, sposoby w jakie rozkład oddanych głosów może przekładać się na obsadzenie mandatów. Narzekaniom na brak politycznej świadomości wyborców musiał towarzyszyć obrazek stereotypowej babci – wiernej słuchaczki Radia Maryja, głosującej jak jej nakazano. Babcia taka miała być klasycznym przykładem wyborcy nieświadomego, którego głos jest przecież pełnowartościowy z punktu widzenia prawa, ale w gruncie rzeczy coś z nim jest nie tak. Krytyce rzecz jasna poddano przypadki chowania staruszkom dowodów osobistych, jednak mój kolega z grupy przedstawił swój sposób na poprawę babcinej świadomości politycznej…
Genialnym rozwiązaniem problemu politycznej niewiedzy, miało być towarzyszenie babci w drodze do komisji wyborczej i nawracanie jej na słuszną opcję tak długo, aż przejrzy wreszcie na oczy. Taką receptę na naprawę polskiej demokracji przyjęto ze śmiechem, jednak we mnie narodziła się poważna wątpliwość. Polityczne zbłądzenie nieszczęsnej babci mialo polegać na fakcie, iż słucha ona wiernie sugestii Radia Maryja. Dlaczego kiedy słucha ona już sugestii swojego wnuczka, ze stanem jej politycznego rozeznania wszystko jest w porządku? Gdzie tkwi różnica między agitacją radia, a rozpolitykowanego wnuczka? Można by pomyśleć, że problemem jest wyłącznie kwestia opcji politycznej, za jaką optują obie strony. Stronnictwo Radia Maryja jest wsteczne, fanatyczne i niegodne, ale wnuczkowe jest już wzorem wszelkich cnót. Czy nie świadczyłoby to o hipokryzji?
Konwencja kulturowa sugeruje mi, że wypadałoby pochwalić się utrzymaniem stanu swojego życia. Wciąż żyję i mam się coraz lepiej. Wiosną każdego łapią jakieś dziwne grypy, katary, zauroczenia, w efekcie czego przez ostatnie dni byłem cokolwiek rozkojarzony. Te wszystkie kropelki do nosa, chusteczki, romantyczne spotkania w kawiarniach, spacery i inne nocne zmazy nie wpływają pozytywnie na stan umysłu. Moje komplikacje uczuciowe nadawałyby się raczej na temat psychopatycznej pracy magisterskiej depresyjnego studenta, rozsądniej więc zmierzać do meritum. Kiedy podniosłem się już z platonicznych uczuć, zaś pogoda pokazała swoje słoneczne oblicze, mogłem tylko wsiadać na rower. Pierwszy raz od feralnego wypadku zdecydowałem się na przejażdżkę i była to decyzja słuszna, zważywszy na postępującą niewątpliwie traumę. Traumatyczny bunt umysłu został stłumiony w zarodku, przy okazji wypróbowałem kask i połamaną podstawkę do licznika.
Połamana podstawka okazała się być połamaną bezwzględnie i niewątpliwie. Jej sklejenie niczego tu nie zmieniło i właśnie czekam na dostawę nowej. Zapłaciłem za ten kawałek plastiku okropne pieniądze, jednak nie chciałbym zgubić gdzieś po drodze samego komputerka. Jazda w kasku całkiem mi się spodobała. Nie dostrzegałem żadnych dziwnych spojrzeń, o których tak lubią donosić niektórzy sceptycy. Głowa nie przegrzewała się, tylko paski wymagają jeszcze pewnych regulacji. Szkoda mi jedynie rozwianych włosów, ale bez problemu mogę poczochrać się zawsze po zdjęciu kasku. Odrobinę żałuję teraz, że nie zrobiłem w niedzielę co najmniej dwukrotnie więcej kilometrów, ale nie jechałem sam… Mogę tylko czekać na poprawę pogody.
Kumpel kupił sobie laptopa z najnowszym Windowsem, którego oczywiście natychmiast chciał się pozbyć. Tak, Vista… Niestety na dysku oprócz tego osobliwego kawałka oprogramowania znalazły się pliki, które powinny były przetrwać. Tu pojawiłem się ja ze swoim laptopem i wolną przestrzenią dyskową. Wiadomo że nic prostszego, niż połączyć kabelkiem oba komputery i przekopiować ważne dane z jednego na drugi. Dysponowaliśmy jedynie skrętką, więc szybko podłączyliśmy co trzeba i tu zaczęły się problemy. Zarówno Vista jak i Ubuntu mają być podobno systemami operacyjnymi dla zwykłych ludzi. Może to dziwne, ale oczekiwałem, w którymkolwiek z nich, pojawienia się okienka z plikami i tyle… Niestety nie wydarzyło się nic godnego uwagi, choć mam podstawy by podejrzewać, że komputery wzajemnie się widziały. Przekopałem sporo poradników na temat Samby, jednak zwyczajnie nie miałem do tego cierpliwości. Nie miałem czasu ani ochoty, by eksperymentować z efektami edycji pliku konfiguracyjnego. Narastała we mnie raczej irytacja, bo dawno już przekroczyłem wiek, w którym możliwość rozgryzania takich łamigłówek by mnie bawiła. Ubuntu przy wykonywaniu codziennych zadań jest znakomite, okazuje się jednak, że gdy sytuacja staje się mniej typowa, wciąż oczekiwane jest od użytkownika podejście zrób to sam. Rozwiązanie pewnie było proste, ale komu by się chciało?