Po trzykroć głupi

Niech będzie przeklęty ten dzień, w którym z idiotyczną beztroską wsiadłem na rower! Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się przebić dętki, jednak za każdym razem zabierałem do plecaka klucz, łatki, klej, pompkę… Dziś coś mnie podkusiło i pojechałem ot tak, bez niczego, z wiatrem na plecach. Co się stało? Co po prostu musiało się stać? Bez jakiego zdarzenia rzeczywistość rozpadłaby się na kawałki? Oczywiście najechałem na jakieś szkło i pękła mi dętka. Oczywiście stało się to daleko od domu i oczywiście musiałem najzwyczajniej wracać pieszo. Początkowo do głowy wpadł mi pomysł, żeby skorzystać z telefonu komórkowego – na jednym z forów rowerowych ktoś chwalił się kiedyś, że ten współczesny cud techniki wyciąga go zawsze z najrozmaitszych kłopotów. Zdjąłem tylną klapkę, wyjąłem baterię, dokładnie przyjrzałem się wnętrzu obudowy, jednak nigdzie nie znalazłem klucza, zapasowej dętki, nawet łatek i kleju. :/ Liczyłem już nawet na łatki samoprzylepne, które jak wiadomo są też samoodlepne, jednak tu też się zawiodłem.

Powrót do domu w butach do pedałów zatrzaskowych nie należał do przyjemnych. Z zazdrością spoglądałem na ludzi na rowerach, których koła były tak perfekcyjnie napompowane… Koła tych rowerów rzecz jasna, ale być może jest to już rodzaj delirium. Oprócz paskudnych odcisków, wzbogaciłem się o kilka postanowień:

  • zestaw do reperacji dętek zabierać do plecaka nawet, gdy nie wybieram się na rower,
  • nigdy, nigdy, ale to przenigdy więcej nie jeździć chodnikami,
  • zapytać się na jakimś forum o te komórki z narzędzami rowerowymi w środku. ;)

Jutro na rower wychodzę obładowany narzędziami. Przezorny zawsze ubezpieczony. ;)

Zakochałem się

Znaczy się – nie całkiem, z pewnością nie na pewno, właściwie odmiennie przedmiotowo… Może i na serio tak, kto to wie, jednak nie o tym teraz i tu. Ma być tak odrobinę żartobliwie, z pełną powagą nie na serio. Przemierzając czyste i zadbane ulice szczecińskiej metropolii, gawędząc z kumplem o niedolach studenckiego życia, zabijając czas w okienku między zajęciami, kombinując nad kolejnymi przymiotnikami dla tego zdania, w me oczy uderzył nagle intensywny blask. Oto na crossowym rowerze Scott jechała przepiękna istota płci przepięknej. Normalnie widząc sylwetkę rowerzysty, zaraz skupiłbym się na jego pojeździe ignorując całkowicie właściciela, jednak rowerzystka jest przecież taką rzadkością… Ma się rozumieć, że najpierw popatrzyłem na rower – elegancko malowana czarna rama, 28 calowe koła, delikatna crossowa kontrukcja. Po pozytywnej ocenie pojazdu, mój wzrok podążył natychmiast za właścicielką. Zaraz oświadczyłem koledze, czyniąc to z pełnym przekonaniem, że zakochałem się na umór. Pełne przekonanie było jedynie dowcipną formą, ale jednak… Co was dziewczyny napadło z tym bieganiem? Nie lepiej wyciągnąc z piwnicy rower? ;)

Rower owinięty

Znowu odrobinę zaszalałem… W sensie rowerowym oczywiście. Niedawno zmieniłem ustawienie rogów na bardziej płaskie, dzięki czemu mogę przyjmować pozycję sprzyjającą wyciskaniu większych prędkości. Genialna sprawa i nie wiem doprawdy, czemu dopiero teraz na to wpadłem. :) Parę dni temu zamówiłem nowe manetki – takie zwyczajne na dźwigienki, zupełnie niemodne w tych bezwględnych czasach. Przy okazji skusiłem się na owijki Eastona i dziś zamiast uczyć się, pół dnia spędziłem na ich okręcaniu. Być może przesadzam, ale czas przecież tak leci, gdy chodzi o rowerowe przyjemności. :)

Owijki

Jutro czeka mnie mocowanie linek do przerzutek i ostateczne dopracowanie ułożenia owijki. Nie jest z niego jeszcze zadowolony, jednak myślę że jak na pierwszy raz… Czyżbym miał naturalne zdolności? ;)

Masa z wyskokiem

Długo nie potrafiłem się zmusić, by opisać swoje potworne przeżycia związane z ostatnią Masą Krytyczną, jednak wreszcie nadszedł ten czas. Przed głównym punktem programu postanowiłem pojeździć trochę po Szczecinie, zwyczajnie dla rozgrzania mięśni. Nieco okrężną drogą pojechałem nad Jezioro Głębokie, stające się z wolna moim stałym miejscem wypadowym. Przypomina mi to o konieczności poznania prawego brzegu Odry, w którego kwestii posiadam zawstydzające luki. Rzecz jasna, zrobiłem szybką rundkę naokoło jeziora i zaraz pędziłem na rowerowy spęd. Ostatnio wyjątkowo modne stało się bieganie – w szczecińskich parkach widzi się mnóstwo ludzi w strojach sportowych, fason na trzy paski. Wcale nie trzeba przed nimi uciekać, co jeszcze do niedawna byłoby naturalną reakcją, o ile nie chce się zarobić w japę i stracić komórki. Dziwi mnie, że jazda na rowerze nie jest tak popularna, ale kto to zrozumie? Przynajmniej na Masie Krytycznej ludzi było sporo, z czego już wkrótce przestałem się jednak cieszyć…

Być może moja obserwacja jest błędna, ale liczba rowerowych akrobatów zdaje się wzrastać ostatnio w coraz szybszym tempie. Jeszcze parę lat temu zaczynało się od makrokeszów – wcale nie tak tragicznych, o ile wiedziało się, do czego je wykorzystywać, jak o nie dbać i w których miejscach ramy poszukiwać pierwszych pęknięć. ;) Teraz wszyscy kupują takie śmieszne, małe rowerki, z dziwaczną geometrią ramy, nisko umieszczonym siodełkiem, gigantycznymi amortyzatorami i hamulcami, które właściwie są brakiem hamulców. Zapewne trudno z ich pomocą przejechać więcej niż 30 kilometrów, toteż jedyną możliwością ich wykorzystania pozostaje wykonywanie akrobacji – efektownych podskoków czy obrotów. Z przyczyn oczywistych kończy się to wywrotkami znacznie częściej, niż zwyczajna, uczciwa jazda do celu lub bez celu. Zupełnie by mnie to nie martwiło, gdyby mistrzowie cyrkowych sztuczek doskonalili swe umiejętności we własnym towarzystwie, niezagrażając przy tym osobom spoza swojego grona. Niestety przyjeżdżają oni na Masę Krytyczną, zaś stopień w jakim są wkurzający, wydaje się wzrastać równomiernie z ich umiejętnościami.

Kiedy jeszcze wszyscy uczestnicy Masy czekają na jej rozpoczęcie, mężni akrobaci wykonują swoje podskoki i obroty, przejeżdżając możliwie najbliżej innych rowerzystów. Już to nie wydaje się nadmiernie rozsądne, jednak szczyt głupoty zostaje osiągnięty, gdy cały peleton już przemierza swą trasę. Dzielni młodzieńcy nie trzymają się w miarę stałego miejsca, ale jeżdżą między innymi, wciąż praktykując swoje wybitne sztuczki, przy czym zadziwiająco często spadają im łańcuchy. Tu już zdarzają się przewrotki i trzeba bez przerwy uważać, by nie doszło do zderzenia. Najwyraźniej owi cyrkowcy sami mają kłopoty z myśleniem, myśleć więc należy za nich. Zagrożenie jakie stwarzają, wbrew pozorom nie stanowi dla mnie głównego problemu – Masa Krytyczna traci przez nich ten klimat przyjaźni, pewnej wspólnoty rowerzystów, pozytywnego przeżycia. Oprócz dźwięku nienasmarowanych łańcuchów, bo jego niesmarowanie należy najwyraźniej do etosu akrobatów, wciąż słyszy się niepotrzebne wulgaryzmy, kpiące uwagi na temat innych rowerzystów… Szkoda. Następnym razem będę trzymał się raczej tyłu Masy, gdzie atmosfera wydaje się spokojniejsza.