Latający cyklista
Ta buzia nie będzie już nigdy taka gładka. :/ Zapowiadała się intensywna wycieczka z ludźmi z forum Rowerowego Szczecina – kilkadziesiąt kilometrów i porządne tempo, tymczasem jej koniec nadszedł dla mnie, zanim jeszcze się rozpoczęła. Umówionym miejscem spotkania była pętla tramwajowa nad Jeziorem Głębokim, gdzie mogłem dojechać w nieco więcej niż 20 minut. Już prawie u celu, przy zjeździe do alei Wojska Polskiego ulicą Szafera, zaliczyłem klasycznego orła. Jechałem typową śmieszką rowerową i gdy hamowałem przed krawężnikiem, wyrzuciło mnie przez przednie koło. Interesującą obserwacją z punktu widzenia psychologii jest, że po wygrzebaniu się spod całego żelastwa, najpierw zająłem się badaniem roweru, zapominając nieco o własnym stanie. Organizm szybko o sobie przypomniał, bo z okolic nosa dość paskudnie kapała mi krew i musiałem zając się wycieraniem tej masakry. Ogromnie pomocna okazała się woda z bidonu, substytutem lusterka okazał się zaś aparat, który na szczęście wcale nie ucierpiał.

Wyglądałem nienajlepiej, delikatnie rzecz ujmując, jednak znacznie bardziej zirytowały mnie straty materialne. Kompletnie połamała się podstawka do mojej Sigmy BC 1606L DTS, pozdzierała się odrobinę owijka na kierownicy, zaś wygięte fantazyjnie pręty siodełka znacznie utrudniły dalszą jazdę – sensownym był już tylko powrót do domu. Gdy już się zbierałem, zdałem sobie sprawę z braku okularów. Szukałem ich wszędzie naokoło chyba pół godziny, grzebiąc nawet w trawie, jednak nie przyniosło to żadnego rezultatu. Zrezygnowany i wkurzony wsiadałem już na rower, kiedy zauważyłem że dwóch wielbicieli biegania, kręcących się akurat w pobliżu, usiłuje powiesić coś na niedalekim ogrodzeniu. Okazało się, że znaleźli moje okulary w jakimś absurdalnym miejscu i nie bardzo wiedzieli co z nimi zrobić. Dotąd jestem im niesamowicie wdzięczny – okazało się na szczęście, że duch w narodzie nie ginie. Niemal natychmiast zorientowali się, jakiego rodzaju wypadku rowerowego przed momentem doświadczyłem, pierwszym pytaniem zaś było, czy zęby mam wciąż w komplecie. ;)
W domu opatrzyłem wszystkie obtarcia, wyprostowałem pręty w siodełku, podstawkę do licznika spróbuję wieczorem jakoś skleić. Ten wynalazek Sigmy od początku wydawał mi się podejrzanie rachityczny, jednak najprawdopodobniej żadna konstrukcja nie wytrzymałaby takiej wywrotki. Bez kasku więcej z domu nie wyjadę, przekonałem się ostatecznie. Może mnie to odciąć od jazdy na rowerze na jakiś tydzień, jednak wolę więcej nie ryzykować.
Piotr Pyclik
Koniec traumy
Konwencja kulturowa sugeruje mi, że wypadałoby pochwalić się utrzymaniem stanu swojego życia. Wciąż żyję i mam się coraz lepiej. Wiosną każdego łapią jakieś dziwne grypy, katary, zauroczenia, w efekcie czego przez ostatnie dni byłem [...]