Filmowe wzruszenia
Trudno mnie wzruszyć. Dramatycznie u mnie z większością emocji, kiedy należy poddawać się im, przyjmując reguły tkwiące korzeniami w naszej kulturze. Często zamiast dać im się porwać, obserwuję rzeczywistość z ubocza, oceniając chłodno i dziwiąc się niezmiernie, o co też może tym wszystkim ludziom chodzić? Doceniam wartość wniosków, jakie jestem w stanie ze swych zdumień wyciągać, jednak zawsze towarzyszy mi bolesne wrażenie, iż wiele tracę i nie jestem w stanie zaradzić temu w żaden sposób. Wzruszenie nieodmiennie fascynuje mnie, zaskakuje mnie w tych niewielu sytuacjach, zdobywając na wartości za każdym razem. Wybitne kino pozwala mi doświadczać tej wyjątkowej emocji, dając mi złudzenie kontroli, której jednak wcale nie oczekuję. Wciąż wiele nie rozumiem, ale wydaje mi się słusznym założenie, że nad swoimi uczuciami człowiek nie powinien oczekiwać władzy – niszczyłoby to ich istotę. Trzy wyjątkowe filmy: Lost in Translation, Amélie i Joe Black, mogę oglądać zawsze z prawdziwą przyjemnością. Dziś miałem okazję zrozumieć od nowa ostatni z nich.
Aciddrinker
Dla mnie takim filmem jest „American Beauty”. Nie jest to mój ulubiony obraz, mimo to budzi we mnie wielkie wzruszenie. Kapitalne kino