Ambitny i utalentowany

Doprawdy, jak ja nie cierpię tego współczesnego obrazu nadczłowieka – kreatywnego i inteligentnego, ambitnego, znakomicie przystosowanego, jednocześnie wykastrowanego z moralności. Z reguły nie przyznaję przed sobą, że jestem z siebie zadowolony, jednak w tym wypadku nie mam sobie wiele do zarzucenia. Mam tu na myśli oczywiście priorytety – z odrobinę niepełnym przekonaniem zakładam, że nie będę nigdy wciśniętym w garnitur zdobywaczem awansów. Przynajmniej dopóki nie zażyczę sobie więcej pieniędzy, potem jeszcze więcej, a na koniec przecież jeszcze by się przydało… Już teraz zauważam, że grubość portfela jest dopiero jednym z odleglejszych czynników, wpływających na szczęście. Mam wrażenie, że przekonanie to jest w moim życiu obecne dość wcześnie, przynajmniej jak na dwudziestolatka. W dodatku nie jest połączone z żałosnym lenistwem – mój jego poziom spełnia wszelkie standardy, charakterystyczne dla studenta. Do przemyśleń tak niebywałych skłonić musiało mnie szczególne wydarzenie, z reguły przecież nie wpadam na pomysł, by czymś takim się dzielić. Wydarzenie miało miejsce na pewno, ale czy szczególne?

Na zeszłotygodniowe kolokwium z części ogólnej prawa cywilnego przygotowałem się dobrze. Potem poszedłem na uczelnię i mina natychmiast zrzedła mi, gdy zapytałem się dla pewności z czego miało ono być. Zagadnienie osób fizycznych opanowałem, zdumiało mnie jednak jak zgodni są wszyscy w opinii, że obowiązują jeszcze osoby prawne, właściwie to może nawet jeszcze wszystko, co było wcześniej na ćwiczeniach. Byłem odrobinę niepocieszony, ku uciesze ogółu – w sensie humorystycznym rzecz jasna. Dziś przyszła pora na wyniki, co się okazało? Ja miałem rację, w dodatku nie tylko dlatego, że pytania ostatecznie dotyczyły wyłącznie osób fizycznych, ale jeszcze dostałem okrągłą piąteczkę. Pierwsza piątka na tych studiach, aż nieco słabiej trzymałem się na nogach. Morał z tego taki, że korzystniej nauczyć się mniej, za to dokładniej. Wiadomo czemu mniej, po prostu mniej jest przyjemniej. Co prawda jest tu warunek, by ta skąpa wiedza faktycznie była zakresem wystarczającym, ale to przecież szczegóły… Wgapiając się w ocenę, już wyobraziłem siebie w jakimś biurowcu, garniturze, za biurkiem – szybko zdołałem wyprzeć ten obraz. Już niebawem egzamin, ocena z cywilnego z pewnością wybije mi takie pomysły z głowy. Potem poprawka. ;)

Zwyczajnie sesyjnie

Czy muszę kogokolwiek przekonywać, że styczeń jest okropnym miesiącem? Na samym końcu czekają mnie egzaminy, a moja nauka jest odrobinę w proszku. Poradzę sobie, co do tego wątpliwości mieć nie mogę, jednak nawet to przekonanie nie jest w stanie nastroić mnie pozytywnie do ogółu. Zdecydowanie najchętniej, a raczej najkonieczniej, pouczyłbym się prawa cywilnego, jednak oczywiście muszę poprawić zaległe kółko z prawa karnego. Bedę pisał je dokładnie czwarty raz i choć za każdym podejściem byłem nauczony, zawsze zdarzało się coś przykrego, nieprzewidzianego i paskudnego. Zwyczajnie nie zaliczałem. Tym razem będzie tak samo… Ewentualnie inaczej, bo przecież muszę być optymistą. W czwartek bezczelnie piszę te przeklęte środki karne, w piątek słyszę radosne: niezaliczone – środki karne i tego samego dnia podchodzę do próby piątej. W niedzielę jeszcze szansa na pojedynek szósty, a jeżeli sprawy nie uda zamknąć się w tym tygodniu, mam jeszcze wiele okazji do końca tego miesiąca. Wolałbym uczyć się w tym czasie prawa cywilnego, w przerwach filozofii prawa, na koniec zaś teorii organizacji i zarządzania, ale priorytet przecież musi być jeden – prawo karne materialne. Pech.

Parę słówek

Zorganizowałem niedawno przedpremierowy pokaz I Am Legend – dość zręcznego amerykańskiego filmu, w którym nie brakuje ani przesłania ani akcji, jest trochę strzelania i pościgów, na końcu zaś powiewa na wietrze flaga naszego ulubionego mocarstwa. Film zdobyłem z sobie tylko znanych źródeł, z tych samych źródeł zdobyłem powieść Richarda Mathesona, na której podstawie był podobno kręcony. Czytam ją niestety z monitora i w oryginale, co wymusza na mnie niewygodną pozycję przy biurku i zaglądanie do słownika, choć to szczęśliwie niezbyt często. Ciekawsze i nieznane mi angielskie slowa lubię odnotować na boku, żeby kiedyś, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota, wreszcie nauczyć się ich już pożądnie, tak do grobowej deski. Pojawia się tu potrzeba odnalezienia dwóch programów dla mojego Ubuntu: słownika angielsko-polskiego i prostej bazy danych. Używanie książkowego słownika niespecjalnie mnie bawi, jednak moje nadzieje na programowy wydają się płonne. Pośród tych, przeznaczonych dla środowiska GNOME, nie znalazłem zupełnie nic ciekawego. Najwyrażniej pozostaje mi korzystanie z jakiegoś wynalazku przez przeglądarkę. Równie niewesoło, to zakakuje mnie jeszcze bardziej, przedstawia się sytuacja z prostą bazą danych.

Interesujący wydaje się polski Incollector, choć nie podoba mi się jego sposób przechowywania danych i przekombinowany interfejs, nieprzystający nadmiernie do HIG. OpenOffice.org Base jest rozwiązaniem poważniejszym, jednak jego powaga wyraża się przede wszystkim w prędkości uruchamiania. Na dodatek cały pakiet OpenOffice.org ma się do GTK2 jak Firefox, co wygląda nadzwyczaj nędznie. Ostatnim programem, który udało mi się odnaleźć dotąd w odmętach internetu był Glom – początkowo wydawał się spełniać moje oczekiwania, niestety jednak okazał się przerastać moje skromne potrzeby. Znalezienie programu, w którym zwyczajnie zapisać można by słowo w oryginale i jego tłumaczenie, wydawało się prostym zadaniem… Jednak Incollector?