Urwałem się dziś wcześniej z zajęć specjalnie, by wypróbować wreszcie jakim to cudem są pedały zatrzaskowe. Muszę przyznać, że miałem nietęgą minę, gdy zwoziłem rower windą na dół, gdy wyprowadzałem go przed blok i zastanawiałem się ciągle, czym te moje eksperymenty się zakończą. Pierwszą nogę wpiąłem bez problemów, rozpędziłem się nieco i zacząłem wywijać dziwnie drugą nogą. Trwało to odrobinę zbyt długo, ale wreszcie udało mi się i tu wpiąć, po czym pozostało mi już tylko jechać przed siebie, czekając z niepokojem na pierwszy przejazd przez ulicę. Gdy zbliżałem się do przejścia, najwyraźniej trafiło mnie umysłowe zamroczenie, chciałem się wycwanić i wypiąć tylko z jednej strony, co oczywiście okazało się beznadziejnym błędem – przeważyłem zupełnie nie tak, jak zamierzałem i kompromitująco się wywaliłem. Rozcierając obolałe kolano, przeklinając świat i unikając spojrzeń przechodniów, natychmiast wyciągnąłem z incydentu prawidłowe wnioski i odtąd uwalniałem obie nogi przed zatrzymaniem odpowiednio wcześniej. Wywrotka była do przewidzenia, prawdopodobnie nawet nie do uniknięcia, więc nie przejąłem się nadmiernie.
Po paru kilometrach wszystko zaczęło wyglądać dość dobrze i mogłem zacząć czerpać czystą przyjemność z jazdy. Uczucie zespolenia z rowerem i siły w nogach, następujące zaraz po wpięciu obu bloków, jest fantastyczne i zdecydowanie warte wydania tych kilkuset złotych. Średnia prędkość jazdy już teraz odrobinę wzrosła, przyspieszania spod świateł nie można nawet porównywać do tego, jakie możliwe jest z użyciem platform. W wyniku wywrotki piękny napis Shimano
na pedale trochę się już zarysował, ale co robić… Niezarysowanym może być tylko rower stojący w sklepie.
Wreszcie przyszły! Oto są! Po powrocie z uczelni spojrzałem na wyświetlacz komórki i ze zdziwieniem stwierdziłem, że ktoś usilnie próbował się do mnie dodzwonić, nawet nagrał się na pocztę głosową. Numer nieznany, ale oddzwoniłem. Rozmówcą okazał się kurier, mocno starający się doręczyć mi pedały zatrzaskowe i bloki, które niedawno zamawiałem. Byłem potężnie zdziwiony, że mogły dotrzeć prosto do mnie aż tak szybko, CYKLOTUR wysłał je rzekomo we wtorek rano. Tym bardziej dodatni plus dla sklepu, mogłem natychmiast zabrać się za rozpakowywanie przesyłki. Shimanowskie PD-M540 wymagały dość sporego klucza imbusowego, by wkręcić je w korby, musiałem więc pół domu przerzucić w jego poszukiwaniu. Wreszcie się udało i po zamontowaniu pedałów włożyłem bloki SM-SH51 w buty. Rozpocząłem ćwiczenie wpinania i wypinania nogi z zatrzasku i tu trudnością okazało się nie jej uwolnienie, czego się obawiałem, ale precyzyjne trafienie w powierzchnię pedała. Nie mogłem odmówić sobie pewnej regulacji sztywności sprężyny, co poskutkowało wreszcie tym, że nie mogłem uwolnić stopy, jednak powróciłem już do optymalnych ustawień.
Parszywy los jak na złość przyprawił mi nieco nauki na najbliższe dni, więc na ulicę odświeżonym rowerem wyjechać będę mógł dopiero w czwartek wieczorem. Przed momentem znowu poćwiczyłem wpinanie się i poszło mi już znacznie lepiej, parę razy udało mi się wcelować bez najmniejszych komplikacji. Być może pozytywną stroną tego naukowego więzienia jest, że nie wyjadę między ludzi jak wariat, uwięziony żałośnie na rowerze. Odrobina praktyki na sucho też się przyda.
Rozpoczyna się przeokropny miesiąc. Biorąc pod uwagę, iż ostatnio najbardziej kojąco wpływa na mnie jazda na rowerze, musiałbym każdego poranka przedzierać się z jednego końca Szczecina aż na jego obrzeża przy Puszczy Wkrzańskiej. Moje możliwości ku temu są dość ograniczone, co również nie nastraja mnie nadmiernie optymistycznie. Pozostaje mi przeczekać z zaciśniętymi zębami:
- wyjątkowo dolegliwe kolokwia,
- obrzydliwą pogodę,
- przerwę świąteczną łącznie z Wigilią
- hucznego Sylwestra.
Spodziewam się zrozumienia co do niechęci wobec kolokwiów, jednak reszta moich narzekań może wzbudzić poważne wątpliwości. Jako iż moja rowerowa namiętność zdaje się narastać, oczekiwać by można, że na szarawą aurę zdążyłem się już uodpornić. Oficjalnie zapewniam, że sezonu jeszcze nie skończyłem, jednak podejrzanie często dopadają mnie bolesne wspomnienia słonecznych dni spędzanych na dwóch kołach. Gdy takie paskudne myśli dopadają mnie jeszcze, gdy pędzę na dwóch kołach, walcząc z jesiennym wiatrem… Robi się nieprzyjemnie.
Okres świąteczny nieodmiennie wpływa na mnie przygnębiająco. Nie dorabiam do tego ideologii, że niby walczę z komercją czy wszechobecną obłudą, że wyścig szczurów i galopująca homogenizacja kultury, ale jednak tę parę dni wolałbym móc przewinąć. Potem zaraz przychodzi Sylwester, który właściwie lepiej byłoby wyciąć, bo nawet przewijanie nie posiada tu wystarczającego waloru skuteczności. Serdecznie nienawidzę wielkich imprez, ich ogłuszającego hałasu, podpitej wesołości i rytmicznego podrygiwania do najgorszych przebojów myzyki rozrywkowej. Obracam się najwyraźniej w nieodpowiednim towarzystwie, bo w tej niechęci wydaję się być osamotnionym. Skutkuje to dość samotniczym sposobem spędzenia Sylwestra i koniecznością udzielania odpowiedzi na niewygodne pytania, gdy rozrywkowym znajomym alkohol wyparuje z głów. Nie zdobyłem się jeszcze na ostateczną decyzję, co zrobić ze sobą w tym roku, jednak parę argumentów przemawia za nocnym rowerowaniem. Symbolicznie przypieczętuje to nadchodzący rok jako rowerowy, wznosząc poziom mojej cyklozy na niedosięgłe wyżyny, pozwoli na przetestowanie świeżo zakupionych pedałów zatrzaskowych, zahartuje przed nadchodzącą sesją i nie pozostawi na koniec niezrozumiałego smutku, jaki maszeruje razem ze mną zawsze do domu, gdy wracam ze spotkań towarzyskich.
Limit marudzenia przeznaczony na ten miesiąc właśnie wyczerpałem i pozostaje mi już tylko siadać z radością do nauki prawa finansowego. Jutro…