Klęska konfiguracji albo konfiguracja klęski. Swoich wysiłków ku skłonieniu czytnika poczty Mutt do współpracy nie potafię podsumować optymistycznie. O ile w pełni zgadzam się z pierwszą częścią sloganu all mail clients suck, this one just sucks less
, to w kwestii drugiej niebawem zacznę nabierać poważnych wątpliwości. GNOME nie oferuje żadnych interesujących programów do obsługi maili, tymczasem ja potrzebę zdobycia jakiegoś odczuwam coraz gwałtowniej. Evolution jest ciężkie, niedopracowane i zdecydowanie przekombinowane, z Thunderbirdem nie chcę mieć nic wspólnego, tak jak z innymi programami firmowanymi przez Mozillę. Claws Mail i Balsa mogłyby sprawować się całkiem nieźle, jednak ich obsługa i konfiguracja doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Mógłbym oczywiście używać znakomitego interfejsu Gmaila, póki co tak właśnie robię, jednak moje przywiązanie do pewnych, uczciwych programów trzymanych na dysku twardym jest zbyt silne. Na dodatek chciałbym też przetrzymywać lokalnie całą swoją pocztę, nie polegać na jakichś dalekich serwerach w wielkiej Ameryce. Pozostaje mi teraz opisać swoje dotychczasowe zmagania i zaświadczyć z pełnym przekoaniem, że nadziei na sukces jeszcze nie utraciłem.
Swoje maile chcę trzymać w katalogu $HOME/.mail, z zastosowaniem formatu Maildir. Wewnętrzna struktura tego katalogu ma być raczej standardowa:
- inbox – wiadomości nowe, nieprzeczytane,
- mbox – archiwum wiadomości przeczytanych,
- sent – wiadomości wysłane,
- drafts – szkice wiadomości,
- junk – wiadomości usunięte.
Nie przewiduję większych kombinacji, wiec cała sprawa powinna być prosta. Parę tych katalogów, w których wszystkie maile lądują grzecznie w formie pojedynczych plików. Niestety do pobierania poczty, jej dostarczania na swoje miejsce, filtrowania, odczytywania, wreszcie wysyłania, używać muszę osobnych programów, co mojego zadania wcale nie ułatwia. Podobno taka filozofia ma same zalety, ale najwyraźniej jestem krótkowzrocznym ignorantem i zbyt wiele ich nie dostrzegam.
Do pobierania maili z mojego konta Gmail używam Fetchmaila. Pewne kłopoty sprawiła mi składnia pliku konfiguracyjnego, dokładniej zaś kolejność zawieranych w nim ustawień, jednak zdołałem wreszcie doprowadzić go do działania. Po wydaniu polecenia fetchmail -va wiadomości są pobierane, jednak lądują w pojedynczym pliku, co jak rozumiem ma być formatem mbox. Tak być nie będzie. Teraz do akcji wkracza Procmail, mimo usilnych starań tylko w ogólnych zarysach pojmuję jego rolę, więc na jej temat nie będę się produkował. Tu z konfiguracją było nawet prościej, jednak wciąż coś mi się zdecydowanie nie podoba. Pora teraz na zaprezentowanie pliku .fetchmailrc:
poll imap.gmail.com
protocol IMAP
port 993
username "piotr.pyclik@gmail.com"
password "6by9is42"
ssl
keep
mda "/usr/bin/procmail"
Nie zapominam oczywiście o .procmailrc, który jest tu przecież gwoździem programu:
MAILDIR=$HOME/.mail
DEFAULT=$MAILDIR/inbox
LOGFILE=$HOME/.procmaillog
:0
* .*
default
Tragedia rozpoczyna się, gdy przychodzi mi konfigurować samego Mutta – najważniejszy program w tym skomplikowanym zestawie. Nieważne przez ile tutoriali i przykładowych konfiguracji się przekopuję, moje zrozumeinie tematu pozostaje na jednakowo niskim poziomie, a koniec tej całej zabawy zdaje się wcale nie zbliżać. Efekty moich zabiegów są dość mizerne, tak jak mizerny jest mój plik .muttrc:
set realname = "Piotr Pyclik"
set from = "piotr.pyclik@gmail.com"
set signature = $HOME/.signature
set charset = "UTF8"
set editor = "vim"
set mail_check = 10
set sendmail = "/usr/bin/esmtp"
set copy = yes
macro index G "!fetchmail -a"
macro pager G "!fetchmail - a"
set mbox_type = "Maildir"
set folder = $HOME/.mail
set spoolfile = +/inbox
Na koniec zostaje jeszcze wysyłanie wiadomości, które zapewniać ma prosty podobno programik esmpt. Efektów jego działania jeszcze nie widziałem, mam jednak nadzieję, że ten niewielki plik .esmtprc do czegokolwiek się nadaje:
hostname = smtp.gmail.com:465
username = piotr.pyclik@gmail.com
password = 9by6is42
starttls = required
Zbyt wcześnie jeszcze, bym mógł powiedzieć, że to wszystko zaczyna mi działać na nerwy, jednak moment ten zbliża się nieubłaganie. Całkiem możliwe, że wcześniej wykorkuję z tej całej frustracji, ale istnieje też przecież nikła szansa na powodzenie. Pobiorę wtedy swoje wiadomości, z przyjemnością je przeczytam, posortuję w tę i we w tę, na koniec wyślę do kogoś maila z bluzgami. Właśnie powodzenia w konfiguracji Mutta wam i sobie życzę na zbliżający się rok, zaś po życzenia o charakterze bardziej ogólnym odsyłam na inne blogi. May the Force be with you
.