Radosne postanowienia

Dość tych bzdur. Na te bzdury nie mam czasu. Jutro zwyczajnie instaluję Evolution i używam programu pocztowego, który niewątpliwie sucks more, ale przynajmniej wiem, z której strony się za niego złapać. Co więcej, jutro wstaję równo o 8:00, ochlapuję twarz, myję zęby i wsiadam na rower. Przed południem jestem w domu i mogę zabierać się za naukę prawa cywilnego. Jakoś trzeba sensownie ułożyć ten dzień, bo moja irytacja własnym lenistwem i rozmontowaniem niebezpiecznie narasta. Styczeń dla każdego studenta jest trudnym miesiącem, więc muszę już teraz się do niego solidnie przygotować. Na koncie mam wreszcie kasę na kolejne rowerowe zakupy i wiem już dokładnie, w jaki sposób ją spożytkować. Za jakiś czas będę mógł pochwalić się nową sztycą, kusi mnie też nowy mostek i owijki na kierownicę zamiast chwytów. Ostatni pomysł trakotwać należy jako formę ekstrawagancji, kwestia mostka wymagać zaś będzie pewnych przygotowań – będę musiał wyjąć jakoś mój aktualny, żeby dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. Przydałyby się też nowe rogi, zaś zakupem w dalszej perspektywie niezbędnym będzie solidny bagażnik i sakwy Crosso. Jeszcze wydam mnóstwo pieniędzy, żeby w ogóle dało się jakoś na tym moim rowerze jeżdzić. ;)

W kwestii postanowień noworocznych planowałem pierwotnie przygotować solidną rozpiskę, jednak taka chaotyczna forma wydaje się lepiej spełniać swoje zadanie. Zamierzam więcej jeździć na rowerze, rozsądnym założeniem będzie przekroczenie 5000 kilometrów w ciągu przyszłego sezonu. Swoje osiągnięcia uwieczniać będę w serwisie BIKEstats.pl już od pierwszego dnia przyszłego roku. O ile mi się powiedzie, a nic nie stoi na przeszkodzie, przebieg może być znacznie większy, bo w czasie wakacji chciałbym pracować jako goniec. W takim wypadku celowe byłoby skompletowanie stroju kolarskiego, eleganckie buty już na szczęście mam i jestem z nich ogromnie zadowolony. Po znakomicie zdanej sesji zimowej czeka mnie semestr letni, który wymagać może ode mnie pewnego wysiłku, z racji na wyniszczający charakter przedmiotów. Przedmioty te są też bezwględnie dobijające i przerażająco obszerne. Olaboga! Już wiem, że będzie świetnie.

Konfiguracja klęski

Klęska konfiguracji albo konfiguracja klęski. Swoich wysiłków ku skłonieniu czytnika poczty Mutt do współpracy nie potafię podsumować optymistycznie. O ile w pełni zgadzam się z pierwszą częścią sloganu all mail clients suck, this one just sucks less, to w kwestii drugiej niebawem zacznę nabierać poważnych wątpliwości. GNOME nie oferuje żadnych interesujących programów do obsługi maili, tymczasem ja potrzebę zdobycia jakiegoś odczuwam coraz gwałtowniej. Evolution jest ciężkie, niedopracowane i zdecydowanie przekombinowane, z Thunderbirdem nie chcę mieć nic wspólnego, tak jak z innymi programami firmowanymi przez Mozillę. Claws Mail i Balsa mogłyby sprawować się całkiem nieźle, jednak ich obsługa i konfiguracja doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Mógłbym oczywiście używać znakomitego interfejsu Gmaila, póki co tak właśnie robię, jednak moje przywiązanie do pewnych, uczciwych programów trzymanych na dysku twardym jest zbyt silne. Na dodatek chciałbym też przetrzymywać lokalnie całą swoją pocztę, nie polegać na jakichś dalekich serwerach w wielkiej Ameryce. Pozostaje mi teraz opisać swoje dotychczasowe zmagania i zaświadczyć z pełnym przekoaniem, że nadziei na sukces jeszcze nie utraciłem.

Swoje maile chcę trzymać w katalogu $HOME/.mail, z zastosowaniem formatu Maildir. Wewnętrzna struktura tego katalogu ma być raczej standardowa:

  • inbox – wiadomości nowe, nieprzeczytane,
  • mbox – archiwum wiadomości przeczytanych,
  • sent – wiadomości wysłane,
  • drafts – szkice wiadomości,
  • junk – wiadomości usunięte.

Nie przewiduję większych kombinacji, wiec cała sprawa powinna być prosta. Parę tych katalogów, w których wszystkie maile lądują grzecznie w formie pojedynczych plików. Niestety do pobierania poczty, jej dostarczania na swoje miejsce, filtrowania, odczytywania, wreszcie wysyłania, używać muszę osobnych programów, co mojego zadania wcale nie ułatwia. Podobno taka filozofia ma same zalety, ale najwyraźniej jestem krótkowzrocznym ignorantem i zbyt wiele ich nie dostrzegam.

Do pobierania maili z mojego konta Gmail używam Fetchmaila. Pewne kłopoty sprawiła mi składnia pliku konfiguracyjnego, dokładniej zaś kolejność zawieranych w nim ustawień, jednak zdołałem wreszcie doprowadzić go do działania. Po wydaniu polecenia fetchmail -va wiadomości są pobierane, jednak lądują w pojedynczym pliku, co jak rozumiem ma być formatem mbox. Tak być nie będzie. Teraz do akcji wkracza Procmail, mimo usilnych starań tylko w ogólnych zarysach pojmuję jego rolę, więc na jej temat nie będę się produkował. Tu z konfiguracją było nawet prościej, jednak wciąż coś mi się zdecydowanie nie podoba. Pora teraz na zaprezentowanie pliku .fetchmailrc:

poll imap.gmail.com
protocol IMAP
port 993
username "piotr.pyclik@gmail.com"
password "6by9is42"
ssl
keep

mda "/usr/bin/procmail"

Nie zapominam oczywiście o .procmailrc, który jest tu przecież gwoździem programu:

MAILDIR=$HOME/.mail
DEFAULT=$MAILDIR/inbox
LOGFILE=$HOME/.procmaillog

:0
* .*
default

Tragedia rozpoczyna się, gdy przychodzi mi konfigurować samego Mutta – najważniejszy program w tym skomplikowanym zestawie. Nieważne przez ile tutoriali i przykładowych konfiguracji się przekopuję, moje zrozumeinie tematu pozostaje na jednakowo niskim poziomie, a koniec tej całej zabawy zdaje się wcale nie zbliżać. Efekty moich zabiegów są dość mizerne, tak jak mizerny jest mój plik .muttrc:

set realname = "Piotr Pyclik"
set from = "piotr.pyclik@gmail.com"
set signature = $HOME/.signature
set charset = "UTF8"
set editor = "vim"
set mail_check = 10
set sendmail = "/usr/bin/esmtp"
set copy = yes
macro index G "!fetchmail -a"
macro pager G "!fetchmail - a"

set mbox_type = "Maildir"
set folder = $HOME/.mail
set spoolfile = +/inbox

Na koniec zostaje jeszcze wysyłanie wiadomości, które zapewniać ma prosty podobno programik esmpt. Efektów jego działania jeszcze nie widziałem, mam jednak nadzieję, że ten niewielki plik .esmtprc do czegokolwiek się nadaje:

hostname = smtp.gmail.com:465
username = piotr.pyclik@gmail.com
password = 9by6is42
starttls = required

Zbyt wcześnie jeszcze, bym mógł powiedzieć, że to wszystko zaczyna mi działać na nerwy, jednak moment ten zbliża się nieubłaganie. Całkiem możliwe, że wcześniej wykorkuję z tej całej frustracji, ale istnieje też przecież nikła szansa na powodzenie. Pobiorę wtedy swoje wiadomości, z przyjemnością je przeczytam, posortuję w tę i we w tę, na koniec wyślę do kogoś maila z bluzgami. Właśnie powodzenia w konfiguracji Mutta wam i sobie życzę na zbliżający się rok, zaś po życzenia o charakterze bardziej ogólnym odsyłam na inne blogi. May the Force be with you.

Zakup z przeszkodami

Kierownica wreszcie dotarła, ale łatwo na pewno nie było. W środę późnym popołudniem znalazłem zatkniętą za drzwi karteczkę od kuriera, z prośbą o kontakt w sprawie dostawy i numerem telefonu. Natychmiast zadzwoniłem, niestety najwyraźniej skończył już na ten dzień pracę i zaproponował czwartek, na co musiałem przystać. Cały niemal dzień miałem spędzić na uczelni, jednak nie musiałem przecież odbierać przesyłki osobiście, dom nie stoi pusty. Kurier miał przyjść po amerykańsku – w samo południe. Następnego dnia, gdy siedziałem na pasjonujących ćwiczeniach z prawa karnego, gość parę razy próbował się do mnie dodzwonić. Na przerwie oddzwoniłem, a ten wyrecytował mi standardową formułkę, jakbyśmy gadali o mojej przesyłce pierwszy raz i na nic się wcześniej nie umawiali. Przypomniałem mu nasze ustalenia, o których najwyraźniej zapomniał, na co lekko zdenerwowany odpowiedział, że ma okropny młyn i przywiezie mi kierownicę w piątek, też w okolicach południa. Dziś wreszcie dotarł, zapłaciłem i w moje ręce trafiła prosta kierownica Easton EA30. Jakiś kwadrans siłowalem się z rozcięciem opakowania, tych wszystkich taśm klejących i grubej folii, wreszcie udało się.

Rany, jakie to lekkie! Czarny lakier, lekko matowy, piaskowany, sprawia wrażenie solidniejszego, niż na mojej dotychczasowej kierownicy. O wytrzymałości EA30 niczego oczywiście powiedzieć nie mogę. Z pewnością napiszę zaraz, kiedy tylko się złamie. W pudełku jeszcze instrukcja, jakby tu wiele mogło być do tłumaczenia… Nie pozostało mi nic innego, jak tylko zabrać się za wymianę i tu zaczęły się schody, drabiny i studzienki kanalizacyjne. Łatwo odkręciłem lewy róg, lekko zszokowany, że jest cięższy od całej kierownicy, złapałem się za chwyt, po czym moja irytacja zaczęła narastać. Jego ściąganie było prawdziwym koszmarem! Siedział tak mocno, że po półgodzinie poszło raptem kilka centymetrów, po pełnej godzinie wreszcie się udało, zdjąłem klamkę, manetkę i podstawkę do licznika. Problemy dopiero miały się zacząć, bo szybko okazało się, że prawego roga w żaden sposób nie jestem w stanie odkręcić. Próbowałem najzwyklejszą siłą, potem uderzałem w klucz imbusowy młotkiem, ale jedynym efektem tych zabiegów było, że klucz pogiął się w miejscu styku ze śrubą. Powoli konczą mi się pomysły, zaczynam się zastanawiać nad przepiłowaniem śruby. Dociera do mnie też, że zaraz po ewentualnym sukcesie, czeka mnie mozolne zdejmowanie drugiego chwytu.

Siedzę teraz i myślę, za co mnie takie przekleństwo dotknęło. Na dodatek zauważyłem, że tylny hamulec zachowuje się conajmniej dziwnie. Po przyciśnięciu klamki oba ramiona zbliżają się równo do obręczy, jednak nacisnąć mogę ją jeszcze trochę dalej, w wyniku czego prawe ramię dociska się bardziej i po puszczeniu klamki zostaje już w takiej pozycji. Czeka mnie grzebanie w hamulcach, a Masa Krytyczna już o 18:00. Wszystko wskazuje na to, że nie ma większych szans, bym mógł na nią pojechać. :/

Rurki na święta

Przeceniłem swoje cwaniactwo. Odważnie zapragnąłem jednocześnie kupić wspornik siodełka i kierownicę, płacąc tylko raz za przesyłkę, oszczędzając całe 15 złotych. Niestety okazało się, że w hurtowni, z której sztyca miała być specjalnie zamawiana, trwa właśnie inwentaryzacja i zakończenia całej transakcji nie należy spodziewać się przed styczniem. Ta ponura wiadomość dotarła bez większych opóźnień, a mi rozczarowanemu, bez większych opóźnień, pozostało zrezygnować na razie z jej zakupu, pozostając przy samej kierownicy. Dziś cały dzień usiłował dobić się do mnie kurier, zawiniłem w klęsce jego starań i umówiłem się dopiero na jutro. Ciekawi mnie ogromnie, jak pakuje swoje produkty taka firma jak Easton, jakością samego produktu też jestem zainteresowany, choć tu zaskoczeń spodziewam się mniejszych – przemaglowałem dziesiątki wątków na forach. Kierownica ma być w miarę lekka, wytrzymała aż do pierwszego pęknięcia i prosta, dzięki czemu wreszcie wygodnie zamontuję klamki – na kokpicie robi się już cokolwiek ciasno. Kiedy tak myślę i myślę, widzę w opóźnieniu zakupu sztycy taką dobrą stronę, że znika zupełnie ryzyko różnego malowania owych dwóch rurek. Obie mają być oczywiście czarne, ale kwestie takie, jak stopień ich matowości czy błyszczenia są dla mnie szalenie ważne. Rower przecież musi jakoś wyglądać.

Sprawunki na koniec roku

Najgorszy okres w roku zbliża się nieubłaganie, a ja wprost nie mogę się go doczekać. Niech nadejdzie czym prędzej, wtedy zmierzę się z nim i zostawię go daleko za sobą. Przeczekam jakoś tych parę dni, zostanie mi po nich wiele otarć i potłuczeń, jednak będę zadowolony, że to już minęło, że aż rok spokoju przede mną. Zaczyna się ostatni tydzień nauki, czeka mnie dość paskudne koło z prawa konstytycujnego i równie paskudne, jednak powtarzające się regularnie, z karnego materialnego. Wezmę się za naukę, przejrzę parę książek, ponabijam sobie głowę mądrymi słowami i napiszę to. Żadne wyzwanie. Potem jednak najchętniej zawinąłbym się w kołdrę i niewzruszenie przekimał, aż do stycznia. Coś takiego oczywiście nie może mi się udać, więc zawczasu postarałem się o coś odtruwającego. Kosztowało odrobinę zbyt wiele, pojęcia nie mam kiedy dotrze, ale ogromną przyjemnością będzie zamontować w rowerze nową kierownicę i sztycę pod siodełko. To pewne, choćby śnieg i grad, wichura, deszcz i błyskawice improwizowały przeciwko mnie, że wypróbuję całość jeszcze tego samego dnia. Oczywiście zanim to nastąpi, jeszcze dziesięć razy będzie mnie ciągnęło na rower, muszę więc wyregulować wreszcie ten tylny hamulec, przyjrzeć się przerzutce i pozbyć się błota z niedostępnych zakamarków. Przy takiej robocie nie marzną przynajmniej palce.