Szepty przedwyborcze
Przeciętny wyborca mógłby liczyć, że poczuje wreszcie ulgę, na którą tak przecież zasłużył. Włączy telewizor i ani słowa o polityce, włączy radio i też cisza, gazetę otworzy, by zobaczyć białe strony i nekrologi, otworzy lodówkę i nie wyskoczy z niej przewodniczący Lepper w narodowym dresie, ale wypadnie najwyżej parę puszek konserw i marchewka. Nakaz ciszy przedwyborczej obwarowano w końcu porządnymi sankcjami, więc wydawać by się mogło, iż rosądny człowiek zatrzyma się w pędzie kampanii, ochłonie i nie zechce się narażać. Być może jednak się opłaca? Od kilku już lat obserwuję intensywnie polską politykę i niewiele rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć. Wiem doskonale, że by uciułać parę głosów niezdecydowanych wyborców, chwytać trzeba się sztuczek niewiarygodnie prymitywnych. Sztuczki muszą być dla nich specjalnie przeznaczone, z dedykacją. Widziałem już polityków robiących fikołki, stających na głowie, skaczących przez płot, obiecujących płomienną miłość, trzy miliony mieszkań czy dobre zarrrobki i cud gospodarczy, ale coś takiego?
Nie potrafię wylegiwać się w łóżku do wieczora, więc swój dzień rozpoczynam przeważnie dość wcześnie, nawet kiedy nigdzie mi się nie spieszy. Właśnie dziś tak było i wczesną jeszcze porą, szedłem przez pustawe osiedle do sklepu, gdy moją uwagę zwrócił powoli sunący samochód. Zatrzymywał się co kilkanaście metrów, otwierały się drzwi pasażera i na ulicy lądowały ulotki w foliowych woreczkach. Godna podziwu zapobiegliwość, inaczej momentalnie by zamokły, a ja nie mógłbym przeczytać treści. Ulotki okazały się zawierać znakomitą historię życia kandydata na posła, jego zdjęcie, dramatyczny apel o głos i kilka przeuroczych haseł. Jak na możliwości niezdecydowanego wyborcy, do czytania było stanowczo zbyt wiele, toteż w efekt szczerze wątpię. Tym efektem na dodatek, zamiast ciepłej posadki w Warszawie, może być grzywna. Ja kablować nie będę, w tej metodzie jest coś rozczulającego.
Berbel
umarłem xD