Odrobinę przykuty
Brać uczniowska już niebawem z radością popędzi ku szkołom, a ja postanawiam zmienić nieco formułę swoich wakacji, które mają przecież ciągnąć się jeszcze przez miesiąc. Gdyby nie okoliczność, że pora na gimnazja i licea już poza mną, a ponadto udało mi się zaliczyć egzaminy bez komplikacji, mój nastrój wykazywałby teraz naukowe odchylenie. Zamierzam już niebawem zacząć hartować swój organizm, wystawiając siebie i rower na działanie parszywej pogody. Być może to niespotykanie ambitny plan, ale na zimową przerwę od swojej pasji nie chcę sobie pozwalać. Ciemniejące krajobrazy zmieniają się na korzyść, wzbudzają coraz częściej moje zainteresowanie i ochotę, by czym prędzej je uwiecznić, dołączając do skromnego albumu fotografii. Uważny czytelnik moich zapisków może pomyśleć, że dążenia autora wcale się nie zmieniły, łudząco przypominając dotychczasowe i sugerując monotonię trybu jego życia. Spieszę z zapewnieniem, że opinia taka jest błędna, czego chciałbym tu dowieść.
Codzienne rozrywki i obowiązki nie pozwalają mi na chwilę melancholii, jednak nie do przecenienia jest rola zakupu, jakiego przedwczoraj dokonałem. W dawnych czasach, kiedy świat był jeszcze czarno-biały, a ja chodzić musiałem pilnie do szkoły, zagrywałem się do znudzenia w gry z serii Baldur's Gate. Dziwny trafem zacząłem od drugiej części, do pierwszej dotarłem znacznie później, jednak żadnej nie zdołałem nigdy przejść. Przyczyną było rosnące znużenie przemierzaniem Zapomnianych Krain, poza tym typowo – żona, dzieci, rozpaczliwy brak czasu. Gdy tylko w oko wpadło mi wydanie całej sagi na DVD, w fantastycznie niskiej cenie, co skojarzyłem zaraz z zasobem gotówki, jaki nieraz posiadam, wahań nie było. Pobiegłem w podskokach do domu, gdzie dalsze godziny minęły mi na wysiłkach, by starutkiego Baldura uruchomić na Ubuntu. Stabilność rozwiązania, do jakiego wreszcie doszedłem, nie przekonywała mnie zupełnie – wyobrażałem sobie tylko, jak w czasie ważnej walki komputer się zawiesza, monitor eksploduje, literki z klawiatury strzelają na wszystkie strony, wiatraczek chłodzący dotąd procesor, odlatuje w siną dal z radiatorem.
Wylądowałem ostatecznie na Windowsie, pod kontrolą którego gra działa tylko znośnie, a nie tak perfekcyjnie, jak można by się tego spodziewać. Wylosowałem cechy głównej postaci, którą uczyniłem magiem, podług swojego odwiecznego upodobania, dołączyłem do niej trójkę dzielnych bohaterów i mogłem wreszcie zaczynać. Moje oczekiwania względem gier są najprawdopodobniej niedzisiejsze, jednak Baldur's Gate nie zestarzał się znacząco. Współczesny gracz, za którego ja zdecydowanie się nie uważam – wystarczy spojrzeć na parametry mojego komputera, nie wiedziałby zapewne z której strony się za to zabrać, widząc płaski obraz na ekranie i ani śladu trójwymiarowej grafiki. Znany powszechnie banał, iż znaczenie ma wyłącznie grywalność, dla której wszelkie mankamenty można wybaczyć, znajduje potwierdzenie. Jestem odrobinę przykuty do ekranu, trudno mnie choć na moment oderwać.