Czeka mnie Bornholm
Gdy przeziębienie dopada, rowerzyści się nudzą. Zaczęło się przedwczoraj i nie chce mnie puścić, bez przerwy kicham i pociągam nosem. Jak na złość, pogoda doskonała na przejażdżkę, nałóg tym mocniej daje o sobie znać. Masa Krytyczna już w ten piątek, a przecież może zdarzyć się tak pechowo, tak potwornie i bezwględnie pechowo, że nie zacznę do jej czasu prawidłowo funkcjonować. Z takimi oto czarnymi myślami tułam się po domu i snuję plany wyprawy na Bornholm, usiłująć poprawić swój beznadziejny nastrój. Muszę się nieźle naharować, by utrzymywać nastrój na odpowiednim poziomie – na stronie mojego wydziału ukazały się niedawno rozkłady zajęć, z których wynika, że będę całymi dniami biegał między wykładami i ćwiczeniami z siedmiu przedmiotów. Parę dni wakacji jeszcze mi zostało, wolę więc zbyt intensywnie o tym nie myśleć, pomarzę lepiej o Bornholmie.
Wyspa jest podobno rajem dla rowerzystów, pełna porządnych ścieżek, pięknych widoków, ziemia uprzejmych kierowców i tanich kempingów. Na przeprawę promową w obie strony potrzebować będę około 250 złotych, noclegi na polach namiotowych nie są zbyt kosztowne, a wałówkę mogę zabrać przecież ze sobą. Moje plany są odległe, bo wyprawić się zamierzam na początku maja, ale do tej pory zdążę dorobić się namiotu i jakichś sakw na wszelkie niezbędne graty. Jestem ubogim studentem, jednak finansowo najprawdopodobniej podołam, kondycja też nie powinna stanowić przeszkody. Jedynym problemem może być brak towarzystwa w podróży, choć samotność w tym wypadku nie jest niczym nadzwyczajnym. Moi znajomi zupełnie nie wykazują skłonności rowerowych, ich liczba nie wykazuje też znaczniejszych przyrostów, co wiele mówi czytelnikom o moim charakterze. Do maja wiele może się jeszcze zmienić, jednak czuj się zaproszona… Niech będzie – zaproszony też. ;)
klisu
Bornholm jest rajem dla rowerzystów. Żona jak nie była żoną to sprawdziła i potwierdza.