Donald Tusk?
W oczekiwaniu na efekt prac Sejmu, a w zamierzonej ignorancji ich przebiegu, słucham Listy przebojów Piotra Barona w Trójce. W przerwie między utworami, prowadzący, wykazujący pokrewne mojemu zainteresowanie podziwianiem polityki na żywo, poinformował o rozwiązaniu parlamentu. Na antenę przedostała się, ku mojemu szczeremu ubolewaniu, bo przecież unikać chcę fonii w stopniu takim samym jak wizji, transmisja odgłosów bytowania szanownych posłów. Hałasy z Wiejskiej przybierać mogą zadziwiające formy, jednak skandowanie: Donald Tusk! Donald Tusk!
, zdołało wprawić mnie w osłupienie. Osłupienie poważne i groźne wręcz, niezdolne jednak, by pozbawić mnie chęci przemyślenia, jakie to mogły być przyczyny jego powstania. Z braku danych dedukować muszę, że okrzyki wznosili posłowie Platformy Obywatelskiej. Nie wyobrażam sobie entuzjazmu tak ukierunkowanego, wykazywanego przez członków innych partii – groziłoby to uznaniem za plugawych rozłamowców i warchołów.
Wykrzykiwanie nazwiska lidera PO sugerować mogłoby, że jest on odpowiedzialny za rozwiązanie Sejmu, z którego tak radują się niemal wszyscy wybrańcy narodu. Atmosfera euforii minie zapewne, gdy przypomną sobie o przyjemnych dietach, które muszą się niebawem urwać, w wyniku ich nierozważnego postępku. W istocie zasługa Donalda Tuska jest tu taka, jak każdego innego byle posła, nie wyłączając zdrajców należących do innych ugrupowań. O powyższej opcji zapominam, jako iż niewystarczający jest stopień jej uzasadnienia. Analizując dalej problem, zbliżam się do ryzykownej tezy, iż hałasujący skupić usiłują uwagę na swoim Umiłowanym Przewodniczącym. W przeciętnych okolicznościach Tusk niczym się nie wyróżnia, jest przeciętny zupełnie jak okoliczności, w których wydaje się tak niemożliwie przeciętny, że aż przeciętność jego trudno naruszyć, przeciętne okoliczności krusząc donośnym krzykiem. Przecież jeśli kilkudziesięciu mężczyzn, bo kobietom nie przystoją tak nieobyczajne zachowania, skanduje entuzjastycznie czyjeś nazwisko, to jego właściciel musi być co najmniej mężem stanu.
Za takiego Donalda warto by życie oddać, a co dopiero pomóc przy jego kampanii wyborczej. Już wyobrażam sobie, a wyobrażenia moje przybierają wybujałe kształty, jak ten zmyślny zabieg krzykliwych posłów na mnie działa. Już pędzę do siedziby Platformy, już kołaczę do drzwi, nie chcą mnie tam – ktoś widział mnie na konwencji partii rządzącej, padam na kolana, dają się wreszcie przebłagać, już porywam naręcze ulotek, biegnę do ludzi, by wciskać je im do rąk, wracam zaraz po plakaty, rozwieszam do rana, klej i pędzel kupiłem za własne pieniądze, czuję misję i siłę. Wizja wzruszająca, jednak fantastyczna w sposób uwłaczający rzeczywistości. Donald Tusk? Idę zaparzyć sobie czaju.