Czeka mnie Bornholm

Gdy przeziębienie dopada, rowerzyści się nudzą. Zaczęło się przedwczoraj i nie chce mnie puścić, bez przerwy kicham i pociągam nosem. Jak na złość, pogoda doskonała na przejażdżkę, nałóg tym mocniej daje o sobie znać. Masa Krytyczna już w ten piątek, a przecież może zdarzyć się tak pechowo, tak potwornie i bezwględnie pechowo, że nie zacznę do jej czasu prawidłowo funkcjonować. Z takimi oto czarnymi myślami tułam się po domu i snuję plany wyprawy na Bornholm, usiłująć poprawić swój beznadziejny nastrój. Muszę się nieźle naharować, by utrzymywać nastrój na odpowiednim poziomie – na stronie mojego wydziału ukazały się niedawno rozkłady zajęć, z których wynika, że będę całymi dniami biegał między wykładami i ćwiczeniami z siedmiu przedmiotów. Parę dni wakacji jeszcze mi zostało, wolę więc zbyt intensywnie o tym nie myśleć, pomarzę lepiej o Bornholmie.

Wyspa jest podobno rajem dla rowerzystów, pełna porządnych ścieżek, pięknych widoków, ziemia uprzejmych kierowców i tanich kempingów. Na przeprawę promową w obie strony potrzebować będę około 250 złotych, noclegi na polach namiotowych nie są zbyt kosztowne, a wałówkę mogę zabrać przecież ze sobą. Moje plany są odległe, bo wyprawić się zamierzam na początku maja, ale do tej pory zdążę dorobić się namiotu i jakichś sakw na wszelkie niezbędne graty. Jestem ubogim studentem, jednak finansowo najprawdopodobniej podołam, kondycja też nie powinna stanowić przeszkody. Jedynym problemem może być brak towarzystwa w podróży, choć samotność w tym wypadku nie jest niczym nadzwyczajnym. Moi znajomi zupełnie nie wykazują skłonności rowerowych, ich liczba nie wykazuje też znaczniejszych przyrostów, co wiele mówi czytelnikom o moim charakterze. Do maja wiele może się jeszcze zmienić, jednak czuj się zaproszona… Niech będzie – zaproszony też. ;)

Zawsze zły kapitalizm

Data 11 września zdaje się rozmywać w pamięci polityków, dziennikarzy, publicystów, zwykłych ludzi, targających do domów torby z zakupami, parkujących samochody, odprowadzających dzieci do szkół. Reporter lokalnego programu informacyjnego zamierzał zapewne udowodnić wczoraj tezę, którą przytoczyłem, przepytując osoby spotykane na ulicy, z czym też kojarzy im się dzisiejszy dzień. Cel swój osiągnął, a uzyskał nawet oszałamiającą odpowiedź, od kobiety obładowanej reklamówkami, iż może być to rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja. Walorów humorystycznych takiego stwierdzenia nie sposób nie docenić, toteż na podwyżkę w pełni zasłużył – nieszczęsna pani domu na reedukację. Wydarzenia sprzed sześciu lat są przede wszystkim tragedią rodzin ofiar, których cierpienie nie osłabnie jeszcze przez długie lata. Komentowanie ataków terrorystycznych, poszukiwanie ich przyczyn i przewidywanie przemian, jakie dokonać się mogą w ich wyniku, powinno być czynione z zachowaniem pamięci, co jest tu najważniejsze.

Właśnie przemyślenia na temat przemian, jakie czekają świat po 11 września, a które już teraz przecież się dokonują, są najbardziej zajmujące. Dochodzenie przyczyn zamachów obarczone jest znaczną trudnością, prawdy nie dojdziemy być może nigdy, mimo mnożenia fantastycznych teorii i podpierania się, rzekomo pewnymi, dowodami na ich rzecz. Szczególnie zainteresował mnie komentarz Radosława Czajki Sześć lat od końca wieku, w którym autor krytyce poddaje kapitalizm, a z którą to krytyką nie mogę się zgodzić.

Zachód znów zaspał, zapatrzył się w siebie. Ostatnia dekada XX wieku upłynęła mu pod znakiem ogłoszonego przez Fukuyamę końca historii, zaznaczonego upadkiem ZSRR, szerokim konsensusem na rzecz liberalnej demokracji, jako ostatecznego, bo najlepszego z możliwych ustrojów politycznych, i triumfalnym pochodem kapitalizmu, jako najlepszego z możliwych ustrojów gospodarczych. Cóż pozostało do powszechnej szczęśliwości? Jeszcze tylko poczekać chwilę na bardziej zapóźnione regiony świata, jeszcze tylko pociągnąć trochę rozwój nauki, jeszcze tylko odrobinę więcej stabilizacji politycznej, której gwarantem jest ONZ i coraz szersze NATO – i w zasadzie koniec, potem się już tylko bogacić. Biedniejsze regiony się po kolei zdemokratyzuje, urynkowi, wyśle się bratnią pomoc i wszystko będzie cacy. Niedobitki komunizmu muszą zaraz załamać się jak ZSRR i dołączyć do wspólnego marszu. Dumnie pójdziemy razem prostą drogą, na końcu której płoną światła ogólnoświatowego kapitalizmu, który wszystkim ludom przyniesie jutrzenkę pokoju.

Teza o nastaniu końca historii jest absurdalna, oparta nie tylko na błędnych przesłankach, ale i świadcząca o niezrozumieniu istoty historii, która zakończyć się może dopiero, gdy ostatni człowiek zniknie z powierzchni Ziemi. W czasie nauki do tegorocznej sesji egzaminacyjnej, byłem zmuszony wiele naczytać się o socjalistach utopijnych i ich pasjonujących metodach organizacji ludzkości. Wszystkie te falanstery, gminy i wioski miały zapewniać szczęście tak pełne, że ich mieszkańcy zaniechać mieli wszelkich reform, zadowoleni całkowicie ze swojego życia. Ogłosić można było wtedy koniec historii, co wydaje mi się być wizją nie tylko przerażającą, ale i stanowiącą najpoważniejszą słabość socjalizmu. Słabość tą dzielić mają dziś z socjalistami rzecznicy ustroju gospodarczego państw cywylizacji Zachodu. Ustrój ten zdaje się funkcjonować w zadowalający sposób, teoretycznie umożliwia nie tylko bogacenie się najbardziej przedsiębiorczym, ale też prowadzenie godnego życia tym, którzy na rynku pracy przegrywają. Autor tekstu, z którym podjąłem się polemiki, słusznie krytykuje próby narzucania całemu światu jednego modelu gospodarczego, popełnia jednak zasadniczy błąd, gdy nazywa go kapitalizmem.

Ludzkość w żaden sposób nie może dziś dążyć do kapitalizmu, dostrzegać w nim gwarancję ogólnoświatowego pokoju i dobrobytu. Przyczyna tego jest prosta, ale i powszechnie pomijana – kapitalizm jest kwestią przeszłości. Krytycy socjalizmu i gospodarki planowej, w swoich rozważaniach, odnoszą się do historii w taki sam sposób, jak czynią to krytycy kapitalizmu i jego wolnego rynku. Dla ustroju gospodarczego, który jest tak wytrwale promowany dziś przez państwa Zachodu, nie znajduję właściwej nazwy, ale w swoich mechanizmach wydaje się on być wynaturzeniem kapitalizmu i jedynie tyle ma z nim wspólnego. Kapitalizm opiera się na wolnym obrocie towarami, usługami, środkami produkcji, kapitałem, przy czym właśnie ta wolność definiuje cały sposób jego funkcjonowania. Podmioty gospodarcze konkurować mogą w sposób nieskrępowany, tak samo decydować mogą się na współpracę, zawierając między sobą umowy. W ustroju gospodarczym, jaki znamy z praktyki państw Zachodu, z wolności niewiele zostało, a zastąpiono ją koncesjami, zezwoleniami, kontrolami i biurokracją.

Szaleństwo polega zaś na tym, że zamiast, działając zgodnie z tym rozpoznaniem, ograniczać w miarę potrzeby kapitalizm, by ratować liberalną demokrację, Amerykanie (a my z nimi) zdecydowali się bronić kapitalizmu jako złotej wolności, w razie potrzeby ograniczając przy tym demokrację. To jest prawdziwy sens aktualnej wojny z terroryzmem. To sens zgody na ograniczenie swobód obywatelskich na czas wojny, której końca nie widać. To sens walki z terrorem poprzez kolejne inwazje, choć od początku wiadomo, że tak się terroryzmu nie pokona, a także niesienia demokracji na karabinach, choć wszyscy wiedzą, że demokracji się tak nie wprowadzi. I to jest wyjaśnienie narastających po obu stronach barykady fundamentalizmów.

Radosław Czajka szansę na stawienie czoła trudnościom, przed jakimi historia postawiła państwa Zachodu, widzi w ograniczaniu kapitalizmu, jeśli już przyjmiemy jego terminologię. Wiązać się to musi z dalszym rozrostem biurokracji i jej władzy nad procesami gospodarczymi, byłoby to więc jedynie pogłębianiem problemu, istniejącego już teraz. Krytykując kapitalizm postuluje on dalsze brnięcie w tendencje, które kapitalizmu są zupełnym zaprzeczeniem. W ustroju gospodarczym, o którym mówimy, rynkową grę przedsiębiorców zastąpiła gra polityków, którzy niemal dowolnie wpływać mogą na działania podmiotów gospodarczych, z czego, co można zrozumieć, czerpią osobiste korzyści. Procesy takie zachodzą na rynkach lokalnych, ale bardziej spektakularne są ich efekty, gdy odnoszą się do rynków międzynarodowych. Ogromne koncerny, mające szansę rozrosnąć się do swoich rozmiarów jedynie przy wsparciu polityków, dzięki pomocy władz zamożnych państw, z których się wywodzą, wykorzystują nierozwinięte gospodarki państw ubogich, również z udziałem tamtejszych władz. Czy to jest kapitalizm?

Na kolana!

Znowu się rozmarzyłem… Klawiaturę rzuciłem sobie na kolana, monitor postawiłem na taborecie, jednostkę centralną, supermachinę na podłodze, przez całe mieszkanie ciągnie się kabel od internetu. Sam spocząłem na fantastycznie wygodnej kanapie, po lewicy mojej leży myszka, za podkładkę służy stara teczka. Mój pokój popadł w całkowitą ruinę, choć będzie zapewne jeszcze gorzej, bo trzeba przecież zerwać tapety i pozbyć się farby z ram okiennych. Zapowiada się remont, dziś usunąć udało się meble, które plątałyby się wciąż pod nogami, a tak przebiegać on będzie mógł bez przeszkód. Dotąd przed komputerem musiałem siedzieć, męczyć się z niewygodnym krzesłem i biurkiem, teraz przed komputerem odpoczywam. Życie układa się nieraz złośliwie – nieuchronnie zostanę z kanapy usunięty, tak korzystna sytuacja potrwać zbyt długo przecież nie może, toteż trzeba rozejrzeć się za jej negatywną stroną, by żal później był mniejszy.

Wynaleźć choć jedną, zgrabną i paskudnie negatywną, stronę mojej wygody nie jest szczególnie trudno. Przed ekranem spędzam zbyt długi czas, a liczyć mogę go nawet podwójnie, bo na linii wzroku mam jeszcze telewizor. Wracają do tematu mojego rozmarzenia, o którym przypomniało mi kanapowe posiedzenie, wyjaśniam, iż jego tematem jest zakup laptopa. Prędko to nie nastąpi – rozprasza mnie ogromna ilość wydatków koniecznych i zbytkownych, jednak perspektywa możliwości trzymania komputera na kolanach silnie mnie motywuje. Siedzę wygodnie, przeglądam nudziarstwa internetu, piszę jakieś durnoty, ale na pewno nie gadam przez komunikator i nie muszę jednocześnie ślęczeć przy biurku, na kręcącym się krzesełku. Zastanawiam się poważnie, czy nie kupić laptopa używanego – i tak będzie mocniejszy od trupa, jakiego mam teraz, ale to używanie właśnie wcale mi się nie podoba. Pozostaje czekać cierpliwie, pieniędzy nie marnować, skąpić i oszczędzać.

Donald Tusk?

W oczekiwaniu na efekt prac Sejmu, a w zamierzonej ignorancji ich przebiegu, słucham Listy przebojów Piotra Barona w Trójce. W przerwie między utworami, prowadzący, wykazujący pokrewne mojemu zainteresowanie podziwianiem polityki na żywo, poinformował o rozwiązaniu parlamentu. Na antenę przedostała się, ku mojemu szczeremu ubolewaniu, bo przecież unikać chcę fonii w stopniu takim samym jak wizji, transmisja odgłosów bytowania szanownych posłów. Hałasy z Wiejskiej przybierać mogą zadziwiające formy, jednak skandowanie: Donald Tusk! Donald Tusk!, zdołało wprawić mnie w osłupienie. Osłupienie poważne i groźne wręcz, niezdolne jednak, by pozbawić mnie chęci przemyślenia, jakie to mogły być przyczyny jego powstania. Z braku danych dedukować muszę, że okrzyki wznosili posłowie Platformy Obywatelskiej. Nie wyobrażam sobie entuzjazmu tak ukierunkowanego, wykazywanego przez członków innych partii – groziłoby to uznaniem za plugawych rozłamowców i warchołów.

Wykrzykiwanie nazwiska lidera PO sugerować mogłoby, że jest on odpowiedzialny za rozwiązanie Sejmu, z którego tak radują się niemal wszyscy wybrańcy narodu. Atmosfera euforii minie zapewne, gdy przypomną sobie o przyjemnych dietach, które muszą się niebawem urwać, w wyniku ich nierozważnego postępku. W istocie zasługa Donalda Tuska jest tu taka, jak każdego innego byle posła, nie wyłączając zdrajców należących do innych ugrupowań. O powyższej opcji zapominam, jako iż niewystarczający jest stopień jej uzasadnienia. Analizując dalej problem, zbliżam się do ryzykownej tezy, iż hałasujący skupić usiłują uwagę na swoim Umiłowanym Przewodniczącym. W przeciętnych okolicznościach Tusk niczym się nie wyróżnia, jest przeciętny zupełnie jak okoliczności, w których wydaje się tak niemożliwie przeciętny, że aż przeciętność jego trudno naruszyć, przeciętne okoliczności krusząc donośnym krzykiem. Przecież jeśli kilkudziesięciu mężczyzn, bo kobietom nie przystoją tak nieobyczajne zachowania, skanduje entuzjastycznie czyjeś nazwisko, to jego właściciel musi być co najmniej mężem stanu.

Za takiego Donalda warto by życie oddać, a co dopiero pomóc przy jego kampanii wyborczej. Już wyobrażam sobie, a wyobrażenia moje przybierają wybujałe kształty, jak ten zmyślny zabieg krzykliwych posłów na mnie działa. Już pędzę do siedziby Platformy, już kołaczę do drzwi, nie chcą mnie tam – ktoś widział mnie na konwencji partii rządzącej, padam na kolana, dają się wreszcie przebłagać, już porywam naręcze ulotek, biegnę do ludzi, by wciskać je im do rąk, wracam zaraz po plakaty, rozwieszam do rana, klej i pędzel kupiłem za własne pieniądze, czuję misję i siłę. Wizja wzruszająca, jednak fantastyczna w sposób uwłaczający rzeczywistości. Donald Tusk? Idę zaparzyć sobie czaju.

Bohaterscy zbrodniarze?

Dziwnym trafem pojawiłem się przed telewizorem akurat w chwili, gdy na antenie produkował się prezenter prowadzący Fakty. Zamierzałem nie oglądać, zamierzałem odciąć się możliwie najskuteczniej, jednak parę słów zdążyłem usłyszeć. Sytuacja gorsza tym bardziej, że słowa te skłoniły mnie do przemyśleń. Materiał traktował o coraz częstszych inicjatywach budowy pomników, organizowania cmentarzy i innych formach upamiętniania żołnierzy Wehrmachtu, walczących na ziemiach Polski. Powiedzieć wypadałoby raczej, że grabiących, mordujących i gwałcących, jednak czy nie tego dopuszczają się przeważnie mundurowi w czasie wojny? Konflikty zbrojne przedstawiały się tak zawsze, nic nie sugeruje też możliwości zmian – trudno wierzyć w ewentualność powrotu średniowiecznego, rycerskiego etosu, a prawo międzynarodowe raczej marnie sprawdza się w praktyce. Kończąc tą dygresję, wyjaśniam pospiesznie, że bodźcem do napisania tych paru zdań było jedno z określeń, jakiego użyto w odniesieniu do żołnierzy III Rzeszy.

Redaktor Faktów stwierdził, że dla wielu Niemców żołnierze Wehrmachtu są bohaterami. Z punktu widzenia Polaka w żaden sposób nie mogę zgodzić się z taką oceną i niczego nie zmienia tu, iż II Wojna Światowa jest dla mnie tylko historią. Przyjąć można uproszczony obraz problemu, uznając najzwyczajniej, że nie sposób dostrzec bohaterstwo w żołnierzach, którzy walczą przeciw krajowi dokonującego oceny. Walczący dopuszczają się zbrodni, jakie zazwyczaj towarzyszą działaniom wojennym, choć akurat, powracając do tematu III Rzeszy, żołnierze niemieccy wyróżnili się swym okrucieństwem i doskonałością jego organizacji. Na uproszczenia wolę się nie godzić, w mojej opinii bliższym rzeczywistości jest założenie, że dla oceny bohaterstwa żołnierzy posiąść trzeba wiedzę, w jakiej sprawie toczy się wojna, której są aktorami. Trudno mi dostrzec bohaterstwo w tych, którzy biorą udział w konflikcie w roli agresorów, napadających na sąsiednie państwo, walczących by zapewnić sobie przestrzeń życiową. Tak pozytywna opinia należy się wyłącznie tym, którzy występują w roli obrońców, to im należą się pomniki. Odrębnym zagadnieniem jest, że upamiętniać w ten sposób rozsądniej jednostki, pobudki działań tłumów zbyt trudno zdefiniować. Uznaję za niepokojący sygnał, że pojawiać zaczynają się wątpliwości, kto w historii Wielkiej Wojny jest bohaterem, kto zbrodniarzem. Żołnierze Wehrmachtu nie zasługują na pomniki.