Blisko setki
Nie będę wcale ukrywał, że jestem z siebie dumny. Duma ta wczoraj nie przebijała się do mojej świadomości, czego przyczyn doszukiwać się można w senności i bólu nóg, jednak dziś odzyskałem całkowicie jasność umysłu. Chodzę z uniesioną głową, ból ustąpił, zadowolony z życia rowerzysta nastąpił. Przyczyną tych przetasowań w moim organizmie jest niedzielna wyprawa rowerowa, w czasie której pokonałem 93 kilometry. Początkowo, w zamierzchłych czasach, kolejne granice zamierzałem przekraczać stopniowo, budując bez nerwów kondycję. Planów tych nie zrealizowałem, co szczęśliwie okazało się nie mieć jakichkolwiek przykrych konsekwencji. Nie wykoleiłem się w połowie trasy, zrozpaczony i daleko od domu, niezdolny jechać dalej, nie połamałem się ani nie nadwrężyłem. Wyjechałem do Trzebieży, dotarłem i wróciłem w komplecie.
Zaopatrzony w najpodlejszego druku mapę, wodę z cytryną i przepyszne kanapki, ruszyłem w kierunku Jeziora Głębokiego. Początkowo nie mogłem narzekać na swoją znajomość trasy, którą w części przemierzałem już przecież kilkukrotnie, jednak komplikacje zaczęły się na rozjeździe dróg, jak zwykle. By cała historia mogła zostać odpowiednio zrozumianą, muszę w tym momencie przyznać, że wyjątkowo łatwo się zamyślam. Najpewniej skończę kiedyś pod kołami, lądującego awaryjnie na polskiej szosie, gigantycznego promu kosmicznego, bo przerażony kosmonauta nie zdołał wyminąć rowerzysty, zadumanego akurat nad swoimi namiętnościami. Widziałem znak zakazu ruchu w obu kierunkach, widziałem stojący patrol Straży Granicznej, skręcałem już podświadomie w odpowiednią stronę, dopaść mnie musiała jednak widocznie jakaś natrętna myśl.
Zdziwienie poczęło się przebijać, gdy jakość szosy uległa gwałtownemu pogorszeniu, nic to jednak jeszcze dla mnie. Po paru kilometrach dopiero, gdy ujrzałem szlaban i tablice, obwieszone informacjami o zakazie wstępu, granicy państwa, wyjątkowo stanowczym zakazie wstępu, przejrzałem na oczy. Lekko tylko zezłoszczony, że niepotrzebnie nadrobiłem drogi, z miejsca zawróciłem. Bez kłopotu nie mogło się obyć, bo jakby na radosne spotkanie wyjechali mi panowie ze Straży. Zostałem zatrzymany wywijaniem lizaka, musiałem jednak odczekać swoje, bo uwaga dzielnych funkcjonariuszy skupiła się chwilowo na urodziwej niewieście za kierownicą, która również widocznie nie wiedziała gdzie jedzie. Ogromne wrażenie wywarło na mnie, mimo nieszczęśliwych okoliczności, że spisujący mnie funkcjonariusz zasalutował mi na powitanie – warte jest to zapamiętania co najmniej do końca życia. Skończyło się na pouczeniu, dostałem nawet radę, bym w drodze powrotnej z Trzebieży nie pchał się przez zakłady chemiczne w Policach, z uwagi na możliwość uduszenia się i śmierci w męczarniach. Skorzystałem z tej rady i żyję.
Dalsza moja droga przebiegała spokojnie, choć nadal byłem zamyślony – wyrzucałem sobie ze złością, że nie można jeździć przecież tak zamyślonym, bo kiedyś źle to się musi skończyć. W Trzebieży dotarłem na plażę, gdzie pożarłem swój prowiant, rozleniwiłem się na wygodnej ławeczce, porozglądałem tu i ówdzie. Ból nóg zaczął mi dokuczać dopiero na wysokości Tanowa, skąd do domu nie miałem już ani daleko ani pod górkę. Celem następnej wyprawy jest Nowe Warpno, muszę uważać na lądujące wahadłowce.
Przemek
Szacon. :) Dłuższe wycieczki to muzyką na uszach czy nie?