W sposób zorganizowany

Wczoraj miałem okazję, by przekonać się na własne oczy, że ludzie związani ze Stowarzyszeniem Rowerowy Szczecin, są wysoce sensowną ekipą. Na forum Stowarzyszenia padł pomysł wyprawy nad jezioro Glinne, a że środa była akurat dniem wolnym, obyło się bez większych problemów z zebraniem chętnych. Pojechałem tym chętniej, że zdezerterowałem z poprzedniej wyprawy, jaka odbyła się w niedzielę. Wstyd przyznać, ale wystraszył mnie deszcz i błoto. W pierwotnym zamyśle mieliśmy podążać do celu dwiema trasami – czerwoną i zieloną, z których pierwsza wymagałaby pokonania ponad stu kilometrów, druga zaś o połowę mniej. Jak wkrótce się okazało, na trasę dłuższą nikt się nie zdecydował, za to krótsza wyniosła 70 kilometrów.

Uczestnicy 1 Uczestnicy 2

Umówionym miejscem zbiórki był Most Długi, gdzie zjawiłem się raczej punktualnie. Z daleka dostrzegłem kilka osób na rowerach, które wystarczyło mi zapytać i zaraz stałem się pełnoprawnym uczestnikiem wyprawy. Bez większych opóźnień, ruszyliśmy na prawy brzeg Odry i dalej, w kierunku Puszczy Bukowej. Poważnie obawiałem się o działanie przerzutek, które dzień wcześniej musiałem regulować, co robiłem przecież pierwszy raz w życiu. Ich działanie szybko okazało się odbiegać od ideału, jednak i tak było znacznie lepiej, niż przed regulacją. Nic już nie skrzypiało i nie odmawiało posłuszeństwa na tyle, bym nie mógł wrzucić dowolnego przełożenia. Z trudnościami trasy radziłem sobie, choć na licznych wzniesieniach i drogach pokrytych brukiem, musiałem włożyć w to sporo wysiłku. O miejscach, w których wzniesienie i bruk występowały jednocześnie, lepiej nie mówić.

Nad Glinne nie dojechaliśmy niestety w komplecie – dwie osoby musiały odłączyć się wcześniej, jednak nie miały czego żałować. Droga nad jezioro była stanowczo większą przyjemnością, niż pobyt nad nim. Na brzegu rozstawiło się mnóstwo amatorów grillowania, było tłoczno i głośno, a gryzący dym pozwalał poczuć się, jakbyśmy trafili do wędzarni. Z planowanego ogniska nic nie wyszło, zdecydowaliśmy się tylko na opłukanie nóg albo kąpiel i zjedliśmy prowiant na zimno. Solidnie wymęczyłem się w drodze powrotnej, gdy jechaliśmy kilkukilometrową, lekko wznoszącą się szosą, walcząc z silnym wiatrem, wiejącym prosto na nas. Po tej przeprawie było już tylko lepiej, bez bruku, błota i innych paskudztw tego rodzaju. Spokojnym tempem dotarliśmy do Szczecina, a ja właśnie leczę odcisk, którego się dorobiłem.

Przez nieuwagę zapomniałem zabrać ze sobą aparat, a przecież zdjęcia z takiej wyprawy byłyby wskazane. Całe szczęście, że jedna z uczestniczek zgodziła się, bym wykorzystał jej fotograficzny dorobek. :)

Komentarze

Dodaj komentarz

Zamiast komentować, możesz wysłać trackbacka. Zapewniam szczerze, że w ten sposób będzie równie świetnie.

W treści komentarzy działa formatowanie Textile. Nie ma możliwości wstawiania plików graficznych.

  • _emfaza_
  • *silna emfaza*
  • "opis odnośnika":http://odnośnik.com
  • p. akapit
  • # lista numerowana
  • * lista wypunktowana
Kod weryfikacyjny