Pojechałem i wróciłem
Po powrocie z Warszawy ogromnie się rozleniwiłem, czego przyczyny doszukać się można w wyczerpującej podróży. Dziesięciogodzinne siedzenie w autokarze i podziwienie widoków, połączone ze słuchaniem znacznych ilości muzyki, mimo wszystko odbiera energię. Z wyjazdu jestem ogromnie zadowolony, pomimo nawet, iż nie mogłem z jego powodu widzieć odpłynięcia żaglowców pod koniec The Tall Ships' Races. Wynalazek telewizji dotarł co prawda do stolicy, jednak wyłącznie stojąc na Trasie Zamkowej, czyniąc nerwowy użytek z aparatu fotograficznego, można było scenę taką prawdziwie docenić. Całe szczęście, że czasu na podobne żale nie miałem zbyt wiele.
Całego pogodnego gadania, jakoby to Szczecin miał być miastem szczególnie pięknym, wręcz idealnym, nie traktowałem dotąd poważnie. Właśnie w Szczecinie czuję, że jestem tam, gdzie powinienem być, jednak nie przeszkadza mi to w krytykowaniu wielu rzeczy, które na to zasługują. Nie miałem dotąd nigdy możliwości spokojnego zwiedzania Warszawy, ale od chwili powrotu widzę, że mój umiarkowany stosunek do miasta rodzinnego może się zmienić na coś bliższego bałwochwalczemu nacjonalizmowi. Stolica nie rzuciła mnie na kolana; byłem potężnie zaskoczony zaniedbaniami, na które wypadałoby sobie nie pozwalać.
Wrażenie zapachowe
Swój bagaż i siebie wyładowałem z autokaru pod Pałacem Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina. Był to moment odpowiedni na pierwsze wrażenia, te nadeszły natychmiastowo, jednak ich mizerność porównać można do mizerności reputacji Umiłowanego Wodza. Olbrzymi plac, centralny punkt Warszawy, jest poprzecinany ulicami i przejściami podziemnymi w tak przedziwny sposób, że doprawdy trudno się w tym bałaganie połapać. Byłoby to najpewniej łatwiejsze, gdyby nie smród, dobywający się dosłownie z każdego miejsca. Nie mówię tu nawet o smażalniach rozmaitych świństw, lokowanych obficie w przejściach, ale o brudnych ścianach, podłogach, chodnikach, ludziach uznających higienę za bajki dla grzecznych dzieci. Gdy połączyć to jeszcze z upałem, tłokiem i koniecznością targania ciężkiego bagażu, ma się ochotę uciec jak najdalej.
Komunikacja
Uciec najlepiej metrem, bo jego stacje i wagony pozytywnie zaskakują. Czysto i bezzapachowo, gdzie okiem i nosem sięgnąć, wielka szkoda tylko, że trasa tak krótka. Autobusy i tramwaje przypominają te szczecińskie – znaczna część to trupy, trzymające się jeszcze na farbie, ale jakimś cudem jest też trochę eleganckich pojazdów. Ponieważ po Warszawie jeździłem najczęściej sam, sporym problemem było dla mnie zorientowanie się, w jaki sposób mogę dostać się w określone miejsce. Schematy tras na tabliczkach tego nie ułatwiają, bo brakuje tam jasnego określenia kierunku, w jakim określony tramwaj czy autobus jedzie. Parę razy naciąłem się na to i zapewniam, że nie dla każdego oczywiste jest położenie Woli w stosunku do Starego Miasta, gdy stać beznadziejnie na Placu Bankowym.
Muzeum
Sam mój pobyt w stolicy nie trwał zbyt długo, z kilku żelaznych punktów programu, jakie udało mi się zobaczyć, największe wrażenie wywarło na mnie Muzeum Powstania Warszawskiego. Budynek muzeum, dawna elektrownia tramwajowa, z zewnątrz nie zachwyca, jednak do środka można dostać się szybko i bezboleśnie, gdyż cena biletu jest niska. Wnętrze nie kojarzy się wcale z muzeami, niepokojącym podkładem dźwiękowym i spójną kolorystyką skutecznie budowana jest dramatyczna atmosfera. Objawem prawniczego skrzywienia może być, że bardziej od nagrań z okresu Powstania i wywiadów z jego uczestnikami, wyświetlanych na ekranach kinowych i monitorach, zainteresowały mnie dokumenty – liczne obwieszczenia i rozkazy. Z przyjemnością wczytywałem się w nie, próbując rozszyfrować pojawiające się skróty, zapamiętując archaizmy, ale i porównując treść z moją wiedzą na temat wydarzeń z roku 1944.
Dziwi mnie teraz ogromnie, że oryginalne mundury, oprzyrządowanie wojskowe, wiele innych przedmiotów z okresu, a nawet samolot Consolidated B-24 Liberator, nie były dla mnie tak zajmujące, jak dla reszty zwiedzających. W muzeum gęsto rozstawione są ekrany dotykowe z prezentacjami multimedialnymi; prosta rzecz, że nie mogłem odmówić sobie możliwości ich przetestowania. Mój pech lub ogromny talent dał o sobie znać, gdy stukałem w ekran prezentacji dotyczącej samolotu, ustawiony akurat w wyjątkowo widocznym miejscu. Dawała ona możliwość obracania jego modelu, jak jednak się okazało, tylko w jednym kierunku. Próba obrócenia go wbrew intencjom twórców zaowocowała wywróceniem się programu i wyświetleniem na sporym, co najmniej półtorametrowym ekranie, poczciwego Windowsa. Jego widok źle komponował się z ekspozycją, nie pasował do klimatu epoki, toteż natychmiast przyznałem się miłej pani z obsługi, że ostro nabroiłem, choć zupełnie niechcący. Na szczęście nie wyrzucono mnie z muzeum, nie wezwano też żadnych służb porządkowych, a dowiedziałem się nawet, że podobne rzeczy zdarzają się często.
Powrót
Do Szczecina wracałem, rozchlapując na podłogę autokaru mieszane uczucia, którymi byłem całkiem przepełniony. Zostałbym chętnie parę dni dłużej, na dodatek w przewidywanej metodzie dojazdu z dworca do domu zbyt wiele było improwizacji. Z drugiej strony, lekko dawało znać o sobie uzależnienie od internetu i mniej lekko to, od jazdy na rowerze. Ostatecznie na swoje osiedle dotarłem piechotą, katując się bagażem i morderczym tempem, ale fakt powstania tego wpisu uznać można za dowód, że obyło się bez zbędnych komplikacji czy jakichś okaleczeń. Istnieje spora możliwość, że podobny wyjazd do Warszawy czeka mnie we wrześniu, co już teraz mnie cieszy.
Przemek
> Schematy tras na tabliczkach tego nie ułatwiają, bo brakuje tam jasnego określenia kierunku, w jakim określony tramwaj czy autobus jedzie.
To prawda, sam też się wielokrotnie naciąłem. Kierunek jest wypisany z przodu autobusu.