Pokrętnie z konwencji

Warto jest utrzymywać zawsze liczne znajomości, nie palić nigdy za sobą mostów – świadczy to przecież o braku rozsądku. Specyfika mojego charakteru wymaga oczywiście, by znajomości nie były zanadto liczne. W pierwszych dniach tego tygodnia kolega z liceum poinformował mnie, że pojawia się możliwość wyjazdu na konwencję Prawa i Sprawiedliwości do Gdańska. Jestem umiarkowanym sympatykiem tej partii, a gdy jeszcze dowiedziałem się, że do tego interesu nie będę musiał wcale dokładać, zgodziłem się bez zastanowienia. Wyjazd okazał się cennym doświadczeniem, toteż braku zastanowienia wcale później nie żałowałem. W miejscu zbiórki musiałem pojawić się o barbarzyńskiej porze, przez co głowa nieco kiwała mi się sennie w czasie pięciogodzinnej podróży. Drogę przez Stargard Szczeciński, Koszalin i Słupsk umilałem sobie, zadając kłam stereotypowemu stwierdzeniu, jakoby to mężczyźni nie plotkowali. ;)

Konwencja miała odbyć się w hali Olivia, przed którą autokar z moją ekipą zajechał odrobinę przedwcześnie. Nie trzeba było od razu wchodzić do środka, co pozwoliło na uważniejsze zorientowanie się w sytuacji, wyszukiwanie wzrokiem organów partyjnych i podziwianie, jak niespotykanie można zaniedbać niespotykanie paskudny budynek, czyniąc go jeszcze bardziej niespotykanie paskudnym. Po usadowieniu się w najwyższym rzędzie, zaraz złapałem polską flagę sporego formatu, którą wymachiwałem fantazyjnie, a na koniec najzwyczajniej zwinąłem do domu. Prócz tego każdy dostawał mnóstwo mniejszych flag i transparenty – taka to już oddolna inicjatywa. Jedynie grupy z niewielkich miasteczek czy wręcz wsi przywiozły ze sobą własne transparenty, przeważnie z nazwą miejscowości i błyskotliwym hasłem zagrzewającym do walki. Temperaturę atmosfery podniósł na samym wstępie Michał Kamiński, wychodząc na scenę i oznajmiając zebranym, że Donald Tusk obraził uczestników konwencji. Zagranie, trzeba tu przyznać, świadczące o znacznej znajomości psychologii tłumu.

Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny, toteż zaraz otrzymałem zadanie uwieczniania mówców. Uzyskanie ostrego zdjęcia wymagało sporo kombinacji, jednak wreszcie udało mi się znaleźć odpowiednie ustawienia. Pierwszym mówcą był premier Jan Olszewski, w swym przemówieniu wyrażający poparcie dla obecnych władz, odwołujący się do historii własnego rządu. Profesor Zyta Gilowska i profesor Zbigniew Religa podkreślali osiągnięcia własnych resortów, dziwiąc się jednocześnie, że spotykają się one często z milczeniem w mediach. Z przemówienia premiera Jarosława Kaczyńskiego, muszę to przyznać ze wstydem, zapamiętałem niewiele. Przyczyną może być pewne znużenie, które w międzyczasie musiało się pojawić, zmęczenie duchotą i ciepłem panującym na hali. Całe szczęście, że nasi obiektywni i profesjonalni dziennikarze z pewnością rzeczowo zrelacjonowali słowa lidera PiS. ;)

Po wyjściu z konwencji zostało jeszcze kilka godzin do odjazdu, które poświęcone miały być na wyżerkę w jakiejś restauracji i spotkanie z Jackiem Kurskim. Właśnie to spotkanie, zaraz po wyżerce, okazało się najciekawszym punktem programu. Jako że Kurski uchodzi za specjalistę od kampanii wyborczych, poproszony został o przedstawienie przebiegu kampanii z 2005 roku, kampanii samorządowej z zeszłego roku i przewidywań co do nadchodzącej. Za największą słabość Donalda Tuska uznał jego brak szacunku dla przeciwników, zbytnią pewność siebie, łatwość w obrażaniu ludzi, którzy mogliby powiększyć kiedyś jego elektorat. Na niekorzyść przewodniczącego PO działa też niezachwiana wiara w siłę mediów, ich możliwość urabiania ludzi, mówienia im, co mają myśleć. Za przykład podał śmierć Barbary Blidy, przedstawianą przez niektórych dziennikarzy, jako efekt zaszczucia przez służby specjalne. Rozsądny człowiek wyciąga z tego zdarzenia logiczny wniosek, że nikt kto czuje się niewinny, nie popełnia samobójstwa, widząc policjantów zbliżających się do jego domu.

Podróż do Szczecina upłynęła w przezabawnej atmosferze, co zawdzięczać można młodzieńczej fascynacji alkoholem jednego z uczestników wyjazdu. Lekko zmęczonego i przerażonego parciem na pęcherz, które poczuł nagle po przebudzeniu, życzliwi koledzy namawiali szczerze, by lał do butelki, o ile do niej trafi. Niestety nie dał się przekonać. ;) Półtorej godziny po północy, kiedy to autokar dotarł do celu, stanąłem przed odwiecznym problemem powrotu do domu. Byłem już gotowy na nocny marsz, a ogromnie lubię spacery o tak późnej porze, ostatecznie jednak dołożyłem do interesu taksówkarza, który akurat mi się napatoczył.

Widownia pustoszeje

Składałem sobie obietnicę, że polskiej polityki obserwować już tak uważnie nie będę. Wystarczy parę serwisów informacyjnych raz na kilka dni, może coś w internecie od czasu do czasu, ale żadnych konferencji prasowych, debat polityków i publicystów, komentarzy, dziennikarskich relacji. I tak niczego przecież bym nie utracił, bo zazwyczaj nie jest możliwym, by zrozumieć zbyt wiele. Z resztą nawet nie warto wysilać się nadmiernie – do prawdy dotrzeć nie sposób, co więcej wzbudzić by mogła głębokie obrzydzenie. Nie jestem idealistą, żyjącym złudzeniami fantastą, wierzącym w możliwość lepszego świata albo przynajmniej Polski, niewiele byłoby w stanie mnie zaskoczyć, zasmucić, czy warto jednak swą wytrzymałość sprawdzać? Może jest tak, jak to mówi Rafał Ziemkiewicz w Pieprzonym losie kataryniarza?

Czy to możliwe, gryzł się wtedy, bezsilny, pogrążony w najczarniejszej nocy, że jesteśmy tacy właśnie, jak nas stale malują w telewizji – ciemni i durni z natury, niezdolni żyć samodzielnie, niezdolni sami sobą rządzić, potrafiący jedynie prześladować Żydów? Czy naprawdę nic w nas nie ma, nic już nie pozostało godności, uczciwości, rozumu, czy dla Polaka już nie ma innej drogi wejścia w świat niż denuncjowanie polskiego antysemityzmu, niż bicie się w piersi i krzyk: tak, jesteśmy głupi, brudni, pijani, jesteśmy fanatykami i szowinistami, zawsze prześladowaliśmy Żydów, to my paliliśmy ich na stosach, zamykaliśmy w gettach, dokonywaliśmy pogromów, a w końcu gazowaliśmy ich w naszych obozach koncentracyjnych – tak, jesteśmy zakałą świata, urządziliśmy tu sobie taki chlew, że już sami nie potrafimy w nim wytrzymać, a teraz przyjdźcie tu do nas, weźcie nas za pysk i zróbcie z nas ludzi?! I tylko wtedy wezmą cię pod ramię, podniosą i powiedzą: o, ten się nadaje?

Najwyraźniej jestem poważnie zniechęcony, nie potrafię odgadnąć jednak przyczyny tego stanu. Nie miałem przecież żadnych oczekiwań, gdy oddawałem swój głos na Prawo i Sprawiedliwość, nie spodziewam się też niczego, nosząc się z zamiarem ponownego dokonania tego wyboru. Wiem doskonale, czego się spodziewać, jaki spektakl znów będzie odgrywany, wciąż taki sam, akt po akcie. Jedyny z tego wniosek, że nie warto przynajmniej się zamartwiać, patrzeć wciąż w te same oczy, próbując dociec prawdy. Widownia pustoszeje.

Blisko setki

Nie będę wcale ukrywał, że jestem z siebie dumny. Duma ta wczoraj nie przebijała się do mojej świadomości, czego przyczyn doszukiwać się można w senności i bólu nóg, jednak dziś odzyskałem całkowicie jasność umysłu. Chodzę z uniesioną głową, ból ustąpił, zadowolony z życia rowerzysta nastąpił. Przyczyną tych przetasowań w moim organizmie jest niedzielna wyprawa rowerowa, w czasie której pokonałem 93 kilometry. Początkowo, w zamierzchłych czasach, kolejne granice zamierzałem przekraczać stopniowo, budując bez nerwów kondycję. Planów tych nie zrealizowałem, co szczęśliwie okazało się nie mieć jakichkolwiek przykrych konsekwencji. Nie wykoleiłem się w połowie trasy, zrozpaczony i daleko od domu, niezdolny jechać dalej, nie połamałem się ani nie nadwrężyłem. Wyjechałem do Trzebieży, dotarłem i wróciłem w komplecie.

Zaopatrzony w najpodlejszego druku mapę, wodę z cytryną i przepyszne kanapki, ruszyłem w kierunku Jeziora Głębokiego. Początkowo nie mogłem narzekać na swoją znajomość trasy, którą w części przemierzałem już przecież kilkukrotnie, jednak komplikacje zaczęły się na rozjeździe dróg, jak zwykle. By cała historia mogła zostać odpowiednio zrozumianą, muszę w tym momencie przyznać, że wyjątkowo łatwo się zamyślam. Najpewniej skończę kiedyś pod kołami, lądującego awaryjnie na polskiej szosie, gigantycznego promu kosmicznego, bo przerażony kosmonauta nie zdołał wyminąć rowerzysty, zadumanego akurat nad swoimi namiętnościami. Widziałem znak zakazu ruchu w obu kierunkach, widziałem stojący patrol Straży Granicznej, skręcałem już podświadomie w odpowiednią stronę, dopaść mnie musiała jednak widocznie jakaś natrętna myśl.

Zdziwienie poczęło się przebijać, gdy jakość szosy uległa gwałtownemu pogorszeniu, nic to jednak jeszcze dla mnie. Po paru kilometrach dopiero, gdy ujrzałem szlaban i tablice, obwieszone informacjami o zakazie wstępu, granicy państwa, wyjątkowo stanowczym zakazie wstępu, przejrzałem na oczy. Lekko tylko zezłoszczony, że niepotrzebnie nadrobiłem drogi, z miejsca zawróciłem. Bez kłopotu nie mogło się obyć, bo jakby na radosne spotkanie wyjechali mi panowie ze Straży. Zostałem zatrzymany wywijaniem lizaka, musiałem jednak odczekać swoje, bo uwaga dzielnych funkcjonariuszy skupiła się chwilowo na urodziwej niewieście za kierownicą, która również widocznie nie wiedziała gdzie jedzie. Ogromne wrażenie wywarło na mnie, mimo nieszczęśliwych okoliczności, że spisujący mnie funkcjonariusz zasalutował mi na powitanie – warte jest to zapamiętania co najmniej do końca życia. Skończyło się na pouczeniu, dostałem nawet radę, bym w drodze powrotnej z Trzebieży nie pchał się przez zakłady chemiczne w Policach, z uwagi na możliwość uduszenia się i śmierci w męczarniach. Skorzystałem z tej rady i żyję.

Dalsza moja droga przebiegała spokojnie, choć nadal byłem zamyślony – wyrzucałem sobie ze złością, że nie można jeździć przecież tak zamyślonym, bo kiedyś źle to się musi skończyć. W Trzebieży dotarłem na plażę, gdzie pożarłem swój prowiant, rozleniwiłem się na wygodnej ławeczce, porozglądałem tu i ówdzie. Ból nóg zaczął mi dokuczać dopiero na wysokości Tanowa, skąd do domu nie miałem już ani daleko ani pod górkę. Celem następnej wyprawy jest Nowe Warpno, muszę uważać na lądujące wahadłowce.

Rytualne odkurzanie

Od dni paru zamęczała mnie niepokojąca myśl, która to, gdy rzetelnie ją zidentyfikowałem, okazała się być związana z niniejszym blogiem. Przyglądałem mu się uważnie i postanowiłem wreszcie, że wymaga on pewnego odkurzenia. Parę spraw powinno być uporządkowanych, czas poradzić sobie wreszcie z jego słabościami, o których zaczynałem już zapominać. Stopień, w jakim przejąłem się sytuacją mojego bloga, może szanownym czytelnikom sugerować, iż są dla mnie niebywale istotni. Niech będzie już, że aż niebywale – rezygnuję w tym miejscu ze sprostowania. Poczyniłem już pewne kroki, które zbliżyły mnie znacznie do osiągnięcia celu, szereg spraw wciąż jednak odkładam na przyszłość.

Oburzająco rozrzucone po odmętach sieci pliki graficzne, jakimi czasem przyozdabiam swoje wpisy, konsekwentnie uporządkowałem. Wszelkie zdjęcia, zrzuty ekranu oraz ilustracje innego rodzaju umieściłem na Flickr, na Picasa Web Albums umieściłem jedynie wyniki swoich fotograficznych prób. Wiele kłopotu przysporzyły mi kategorie wpisów, w których kwestii nie osiągnąłem jeszcze niestety satysfakcjonującego mnie rezultatu. Za punkt honoru postawiłem sobie, by na moim blogu nie było bezużytecznej kategorii, w rodzaju: ogólne, różne czy życie. Pomagając sobie artykułem Łukasza Grabunia o skrótach i akronimach, podjąłem się próby poprawienia swoich błędów w stosowaniu znaczników acronym i abbr. Nie było to łatwym zadaniem, jednak z efektów mogę być zadowolony.

Oprócz dalszego zabawiania się w porządkowanie kategorii, pozostało mi napisanie krótkiego tekstu, wyjaśniającego ewentualnym czytelnikom bloga, jakim chorym potworem może być jego autor. Aktualna wersja nie budzi we mnie odrazy, jednak pewne twierdzenia w niej zawarte wymagają zmian. Nie zapomniałem również o zamieszczeniu swojego zdjęcia i mam tylko nadzieję, że popularność bloga nie stanie się ujemną, w wyniku tego kroku. Dzisiejszej nocy nie zamierzam przeznaczać na gorliwe stukanie w klawiaturę, więc wszelkie prace zawieszam, jednak już jutro zostaną wznowione.

W sposób zorganizowany

Wczoraj miałem okazję, by przekonać się na własne oczy, że ludzie związani ze Stowarzyszeniem Rowerowy Szczecin, są wysoce sensowną ekipą. Na forum Stowarzyszenia padł pomysł wyprawy nad jezioro Glinne, a że środa była akurat dniem wolnym, obyło się bez większych problemów z zebraniem chętnych. Pojechałem tym chętniej, że zdezerterowałem z poprzedniej wyprawy, jaka odbyła się w niedzielę. Wstyd przyznać, ale wystraszył mnie deszcz i błoto. W pierwotnym zamyśle mieliśmy podążać do celu dwiema trasami – czerwoną i zieloną, z których pierwsza wymagałaby pokonania ponad stu kilometrów, druga zaś o połowę mniej. Jak wkrótce się okazało, na trasę dłuższą nikt się nie zdecydował, za to krótsza wyniosła 70 kilometrów.

Uczestnicy 1 Uczestnicy 2

Umówionym miejscem zbiórki był Most Długi, gdzie zjawiłem się raczej punktualnie. Z daleka dostrzegłem kilka osób na rowerach, które wystarczyło mi zapytać i zaraz stałem się pełnoprawnym uczestnikiem wyprawy. Bez większych opóźnień, ruszyliśmy na prawy brzeg Odry i dalej, w kierunku Puszczy Bukowej. Poważnie obawiałem się o działanie przerzutek, które dzień wcześniej musiałem regulować, co robiłem przecież pierwszy raz w życiu. Ich działanie szybko okazało się odbiegać od ideału, jednak i tak było znacznie lepiej, niż przed regulacją. Nic już nie skrzypiało i nie odmawiało posłuszeństwa na tyle, bym nie mógł wrzucić dowolnego przełożenia. Z trudnościami trasy radziłem sobie, choć na licznych wzniesieniach i drogach pokrytych brukiem, musiałem włożyć w to sporo wysiłku. O miejscach, w których wzniesienie i bruk występowały jednocześnie, lepiej nie mówić.

Nad Glinne nie dojechaliśmy niestety w komplecie – dwie osoby musiały odłączyć się wcześniej, jednak nie miały czego żałować. Droga nad jezioro była stanowczo większą przyjemnością, niż pobyt nad nim. Na brzegu rozstawiło się mnóstwo amatorów grillowania, było tłoczno i głośno, a gryzący dym pozwalał poczuć się, jakbyśmy trafili do wędzarni. Z planowanego ogniska nic nie wyszło, zdecydowaliśmy się tylko na opłukanie nóg albo kąpiel i zjedliśmy prowiant na zimno. Solidnie wymęczyłem się w drodze powrotnej, gdy jechaliśmy kilkukilometrową, lekko wznoszącą się szosą, walcząc z silnym wiatrem, wiejącym prosto na nas. Po tej przeprawie było już tylko lepiej, bez bruku, błota i innych paskudztw tego rodzaju. Spokojnym tempem dotarliśmy do Szczecina, a ja właśnie leczę odcisk, którego się dorobiłem.

Przez nieuwagę zapomniałem zabrać ze sobą aparat, a przecież zdjęcia z takiej wyprawy byłyby wskazane. Całe szczęście, że jedna z uczestniczek zgodziła się, bym wykorzystał jej fotograficzny dorobek. :)