Rodzaj autoportretu

Pisząc tekst w rodzaju takiego, który niebawem nastąpi, odczuwa się wyrzuty sumienia. Człowiek uczony od dziecka, że egocentryzm uznać można raczej za wadę, czuje wręcz wewnętrzną odrazę z powodu przekraczania granicy, do której zbliżać się nawet nigdy nie powinien. Obierając za temat wpisu własną osobę, analizując swą psychikę, rozczulając się nad sobą, popada się w głęboką beznadzieję. Już nie ważne jest nawet, czy grozi to śmiesznością w oczach czytelników. Pod uwagę bierze się tylko znowu ryzyko nadwątlenia własnego mniemania o sobie; ponowny egocentryzm i tym większa klęska.

Zauważyć można, że doskonale zdaję sobie sprawę z błędu, jaki zamierzam za chwilę popełnić. Usprawiedliwić mogę się przekonaniem, iż ubranie paru myśli w słowa pozwoli mi dokładniej zdefiniować ewentualny problem. Nie zamierzam rozpoczynać z nim zorganizowanej walki, skłaniam się raczej by żyć ze sobą w zgodzie. Przechodząc wreszcie do rzeczy, chcę przedstawić niepokojącą prawidłowość w kwestii postaci literackich czy kinowych, z jakimi zazwyczaj się identyfikuję.

Do psychologii nie mam nadmiernego zaufania. Zdaję sobie sprawę oczywiście, że nauka ta opisuje to, co w człowieku niebywale istotne, jednak wciąż tkwi we mnie podejrzenie, że coś oni tam kręcą. Psychologia popularna, której ekspertem można zostać po lekturze najpodlejszej jakości gazet, przeważnie przekonuje, iż możliwe jest poznanie charakteru człowieka dzięki wypytaniu go, jacy bohaterowie filmów lub książek są mu najbliżsi. Bohaterowie silni i zdecydowani, mimochodem wręcz odnoszący niebywałe zwycięstwa, podobają się najczęściej osobom, które same można by tak opisać. Analogicznie, ponuracy, melancholicy i innej maści wykolejeńcy, zostają przeważnie ulubieńcami ponuraków, melancholików i innej maści wykolejeńców.

Poczynione przeze mnie obserwacje są wysoce niepokojące. Jakkolwiek bym nie próbował zakamuflować prawdziwego obrazu, wpisują mnie w drugi typ osobowości. Zupełnie nie mam z czego się cieszyć i zastanawiam się nawet, czy nie byłoby rozsądniej zacząć to zmieniać, nosić się jak Neo albo Vincent Vega. Przypomniałem sobie, że ten drugi zginął straszną śmiercią, podaruję to sobie.

Kino:

  • Marvin z The Hitchhiker's Guide to the Galaxy,
  • Sam Lowry z Brazil,
  • Bob Harris z Lost in Translation.

Literatura:

  • Karl Rossman z Ameryki Franza Kafki,
  • Samuel Vimes z serii Świat Dysku Terry'ego Pratchetta,
  • Wilfred Barclay z Papierowych Ludzi Williama Goldinga.

Choć konieczna jest znajomość paru powieści i filmów, nie trzeba być mistrzem intelektu by zauważyć, że wydaję się lepiej rozumieć postaci stawiane w conajmniej niekomfortowych sytuacjach. Poddają one otaczający je świat krytycznej ocenie, z doświadczeniem cynika wiedzą, że nie należy oczekiwać nigdy zbyt wiele. Umiejętnie oceniają swoje możliwości, nie odpowiadają życiu kontrofensywą, gdy pozbawieni są szans na zwycięstwo. Zachowam dla siebie nasuwające mi się wnioski, zdradzić mogę jedynie, że trudno byłoby uznać je za błyskotliwe. Odrażające koncentrowanie całej swojej uwagi wyłącznie na sobie, jakie tu zaprezentowałem, świadczy niezbicie, że potrzeba mi przejechania solidnej porcji kilometrów na rowerze.

Historia przeklętej płyty

Powodem mojej, zapewne trudnej do zauważenia, nieobecności, była nierozsądna ciekawość świata. Ta, zazwyczaj pozytywna i świadcząca o wysokim poziomie umysłowym, cecha, w moim wypadku okazała się być siłą niszczącą. Szczęśliwie nie złamałem nogi, nie skoczyłem z dziesiątego piętra ani nie wmusiłem w swój organizm żadnych białych proszków o skomplikowanych wzorach chemicznych – jedyną przyczyną moich męczarni okazała się ochota, by wprowadzić nieco świeżości do swojego Linuksa. Tragedia rozwijała się na wielu etapach, a moja złość wzrastała z każdą chwilą, równolegle z zażenowaniem własną głupotą.

Moja karta graficzna od dawna już nie wykazuje należytej chęci do współpracy. Zestarzała się w chwilę po jej zakupie i teraz z jej działania nie byłby zadowolony nawet najbardziej zidiociały optymista. Postanowiłem bezlitośnie wycisnąć z niej ostatki mocy, uruchamiając Compiza na moim Ubuntu. Na próbę tą udzieliła jednoznacznie odmownej odpowiedzi, zacząłem rozglądać się więc za lżejszą alternatywą. Poszukiwania nie należały do szczególnie przyjemnych, sporo czasu zmarnowałem na xcompmgr i transset, które to okazały się być razem raczej żałosną protezą. Ostatecznie doszedłem do wniosku, że najrozsądniej będzie skonfigurować GNOME tak sprytnie, by współpracował z menedżerem okien Xfce.

Z początku nic nie zapowiadało druzgocącej klęski. Co prawda GNOME odrobinę się sypał, niezrażony jednak jeszcze do Linuksa i całego świata, zdecydowałem zafundować sobie Xubuntu. Moja głupota szczytowała wręcz, kiedy to nagrywałem na płytę DVD ważniejsze dane, chcąc sformatować cały dysk twardy, mimo że mogłem zachować partycję z katalogiem domowym. Program do nagrywania wypluł jakiś błąd, wszystko jednak wydawało się być w porządku – to najważniejszy szczegół mojej opowieści. Próbowałem okazać nieco dobrej woli i obniżyć swoje wymagania, nie mogłem jednak Xubuntu uznać za dopracowany kawałek oprogramowania. Plątanina między dystrybucjami Linuksa zaczęła się na dobre, zainstalowałem ostatecznie Archa, kusił mnie też mocno Zenwalk.

Pamiętałem jeszcze z dawnych czasów co nieco, konfiguracja Archa przebiegła więc gładko. Zainstalowałem Xfce, poprzestawiałem według swojego uznania rozmaite opcje, na pulpicie wylądowała radosna tapeta. Pragnąc ostatecznie się zadomowić, odzyskując drogocenne dane, włożyłem do napędu płytę – tą samą, z którą wcześniej wszystko wydawało się być w porządku. Krew mnie dotąd zalewa, gdy o tym myślę – absolutnie niczego nie mogłem skopiować. Łudziłem się jeszcze, że stare dobre Ubuntu sobie poradzi, niczego jednak nie zdołałem wyciągnąć z przeklętej płyty. Udało mi się znaleźć drobną część muzyki i pliki szablonu bloga, to jednak niewielkie pocieszenie. Nie próbujcie tego w domu, ja będę żałował do końca tygodnia.

Studia ustąpiły

Ostatnie egzaminy napisane, oznaczać to może jednocześnie, że ostatnie egzaminy są też zaliczone. Boje wrześniowe mogą mnie zaskoczyć już tylko z jednego przedmiotu, resztę oceniono w sposób mnie zadowalający, choć bez szaleństw. Niepewność specjalnie mną nie trzęsie. Z właściwym sobie spokojem zastanawiam się teraz, jak wypadałoby spędzić najbliższe miesiące. Na wyprawy w kierunku tropikalnych wysp przyjdzie jeszcze czas, wypełniony z pewnością bogato pieniędzmi, w chwili obecnej moje możliwości są nieco ograniczone. Doceniam szczerze dodatnie strony wakacji, zawsze przychodzi jednak moment, w którym człowiek najzwyczajniej zaczyna się nudzić.

W porównaniu z poprzednimi, pięciomiesięcznymi niemal, te wakacje wydawać mogą się straszliwie krótkie. Mizerne doświadczenie życiowe mówi mi jednak, że czas poświęcany na bezczynność ciągnie się niemiłosiernie. Rok temu pracowałem, tym razem z takiej koncepcji nic dotąd nie wyszło. Nie dociekam, być może silniejszy okazał się leń; przyczyn znalazło by się zapewne wiele, z pewnością są niebywale skomplikowane. Zdążyłem ostatnio zaspokoić wszystkie niemal swoje potrzeby finansowe, uległa zanikowi więc motywacja w postaci rozpaczliwego pragnienia gotówki. Laptop przydałby się oczywiście, podświadomie jednak pakuję jego zakup na jedną półkę z takimi zamiarami, jak: dom, samochód, żona i dzieci.

Chciałoby się znaleźć pracę, którą prawnik, jakąkolwiek on już przybierze ostatecznie formę, mógłby wpisać kiedyś do swojego CV. Brutalną prawdą jest niestety, że jeżeli już chcą studentów prawa, to zaznaczają wyraźnie, iż mają być co najmniej na trzecim roku. Wcale się temu nie dziwię – zdążyłem się już nauczyć, jak wiele jeszcze nie wiem. Stosunkowo świeżym, wydawałoby się niezłym i takim na skalę naszych możliwości, pomysłem, jest spróbować swoich sił w roli gońca. Wymaga to przygotowań, które już trwają, pomimo niesprzyjającej aury. Łącząc przyjemne z pożytecznym, każdego dnia robię przed siebie kilometry, by porządnie rozruszać kości. Do zobaczenia na trasie! :)