Bez planu

Jazda na rowerze, najlepiej połączona z koniecznością pokonywania coraz to większych odległości, stała się jedną z moich pasji. Nietrudno to zauważyć, jeśli zwróci się uwagę na tematykę znacznej części moich wpisów. Również gdyby jakiś złodziej pokusił się na mój plecak, po przejrzeniu jego zawartości bez trudu stwierdziłby, z jakim typem naiwniaka miał do czynienia. W przepastnych kieszeniach, oprócz kompasu i dwóch mapek, znaleźć można: pompkę, łatki i klej do dętek, solidny łańcuch, zestaw kluczy, zapasową dętkę i górę innego śmiecia. Dowód osobisty, karta bankowa, rozmaite legitymacje, ze studencką włącznie, świadczyłyby co najwyżej, że okradziony naiwniak jest aktualnie zrozpaczony.

Choć wspomniałem wcześniej o kompasie i mapach, co mogłoby sugerować, że swoje wyprawy sumiennie planuję, rzeczywistość przedstawia się zupełnie inaczej. Wsiadam na rower z mglistym tylko obrazem trasy, wręcz tylko kierunkiem, jaki być może przyjemnie byłoby obrać. Dopiero w drodze okazuje się, którędy przejechać może być ciekawiej, jakich ulic lepiej byłoby unikać, gdzie decydować się na przystanki. Swojej ostatniej wycieczki również nie przemyślałem, choć wkrótce miało się okazać, że będzie najdłuższą, na jaką dotąd się zdobyłem. Wsiadłem na rower chwilę przed południem i ruszyłem beztrosko przed siebie, zadowolony z wyjątkowo dopisującej pogody. Bez zbędnych przygód dojechałem nad jezioro Głębokie, będące doskonałym punktem początkowym dla wypraw na północ od Szczecina.

Swoją czerwienią i polbrukowością przyciągnęła mnie ściezka rowerowa, ciągnąca się kilka kilometrów do Pilchowa. Gdy wydobywałem z łańcucha kępkę zieleniny, która w dziwny sposób się tam zaplątała, minęła mnie grupa kolarzy – kilkanaście osób w fantazyjnych wdziankach. Usiłowałem domyć ręce, w przepływającej niedaleko rzeczce, gdy sportowcy minęli mnie po raz drugi. Tym razem zwróciłem uwagę na jadący przed nimi samochód, w którego otwartym bagażniku widoczna była masa sprzętu rowerowego. Samochód ten przepędzał kolarzy w jedną i drugą stronę, narzucając porządne tempo. Prawdopodobnie nigdy nie zdołam zrozumieć, co też może być ciekawego w jeżdżeniu bez przerwy tym samym odcinkiem…

Pilchowo dawno już minąłem, ścieżka się skończyła, a ja usiłowałem przewidzieć, gdzie też może zaprowadzić mnie asfaltowa szosa, którą jechałem już dość długo. Dziwnym trafem nie zabrałem ze sobą żadnej mapy, jednak w momencie, w którym siebie za to przeklinałem, mignęła mi przed oczami strzałka na Dobieszczyn. Wiedziałem tylko, że to miejscowość gdzieś w okolicach Szczecina, poza tym przecież nie mogłem zawrócić. Na tej prostej prawdzie opiera się moja strategia rowerowej wyprawy – nie wiem gdzie jestem, nie wiem dokąd biegnie ta parszywa droga, ale przecież przejechałem już tyle, że w żadnym wypadku nie zawrócę.

Zdążyłem już przejechać przez parę miejscowości, chwilami z wysiłku aż trzeszczały mi kolana, jednak samego Dobieszczyna nie zauważyłem. Jest dla mnie tajemnicą, gdzie ów mógł schować się przede mną, co miał do ukrycia i dlaczego akurat mnie to spotkało. Za którymś z zakrętów dostrzegłem tablicę, informującą mnie urzędowo, że dojechałem do wsi Stolec. Nazwa nieszczególnie zachęcająca, ja jednak byłem ogromnie zadowolony, bo zaczynałem wreszcie kojarzyć, gdzie się znalazłem i w jaki sposób wrócić do Szczecina. Po drodze mijałem nie tylko kandydatów na medalistów, ale spotkałem też kilku strudzonych wędrowców, niektórych nawet na rowerach obwieszonych sakwami. Wszyscy oni pędzili w odwrotnym niż ja kierunku, co świadczyć mogłoby o mojej oryginalności, gdybym tylko takich świadectw do czegokolwiek potrzebował.

Woda w bidonie już dawno się skończyła, chociaż nie byłem z tego powodu nadmiernie przejęty. Jej picie i tak było trudną przeprawą, ponieważ dodałem do niej soku z cytryny, myśląc że osiągnę napój doskonały. Zamiast tego osiągnąłem płyn gorzki, zostawiający w ustach paskudny posmak, pasujący do mojego wyobrażenia o smaku cykuty. Na przyszłość rozsądniej będzie poprzestać na samej wodzie albo wycisnąć do niej mniej cytryny. Śmierć z odwodnienia nie zagrażała mi, jako że dojeżdżałem już do wsi Buk, zaraz potem do Dobrej i na Bezrzecze. Przejechane kilometry czułem już w nogach, najtrudniejszy okazał się sam przejazd przez Szczecin. Męczyły mnie wertepy remontowanych jezdni, których nie sposób było ominąć i konieczność przeciskania się między samochodami. W domu spojrzałem już tylko na licznik – w ciągu trzech godzin pokonałem 62 kilometry.

Nieudany humanista programuje

Obficie padało, gdy obudziłem się dziś rano. Wkrótce nadeszła porządna burza, zapewne by wyzwolić we mnie nieco negatywnych emocji; w całym mieszkaniu było ciemno i ponuro. Moje zdenerwowanie wciąż wzrastało, jako że zamierzałem pojechać gdzieś wyjątkowo daleko na rowerze. Deszcz niczego sobie z mojego trudnego położenia nie robił i wciąż popadywał, dla odmiany momentami zwyczajnie padając. Na domiar złego zużyłem wszystkie książki, jakie ostatnio wypożyczyłem z biblioteki, a jej pracownicy zrobili sobie długie wakacje – wyjechali najpewniej, za swoje tłuste, bibliotekarskie pensje, do ciepłych krajów. Zacząłem rozglądać się bezradnie, próbując znaleźć dla siebie jakieś zajęcie i przypomniałem sobie, jak optymistyczne były moje niedawne plany związane z jQuery.

Za punkt wyjścia obrałem założenie, iż języka programowania najlepiej jest się uczyć, dążąc do zrealizowania jakiegoś praktycznego celu. Już od paru tygodni nie miałem żadnych zleceń z Microsoftu – Steve musiał się ostatnio obrazić, kiedy nie chciałem mu pożyczyć swojego jachtu. W tej sytuacji najbardziej oczywistym celem wydało mi się ulepszenie niniejszej strony internetowej, jednakże trudno było mi wymyślić cokolwiek konkretnego. Źródłem tej trudności okazało się założenie, jakie przyjąłem podczas jej tworzenia, iż ma być ona możliwie prosta. Każdy swój pomysł uznawałem za nadmiernie wydumany. Przypomniałem sobie wreszcie, że lekkiej krytyce został niegdyś poddany formularz wyszukiwania. Spróbowałem napisać skrypt, który dodawał by do niego opis, wyjaśniając jego funkcję.

$(function() {

  var input = $("#search").find("input");
  var label = $("#search").find("label").text();

  input.val(label);
  input.css("color", "#aaa");
  
  input.bind('focus', function() {
    if (input.val() == label) input.val('');
  });

  input.bind('blur', function() {
    if (input.val() == '') input.val(label);
  });

  input.bind('focus', function() {
    $(this).css("color", "blue");
  });

  input.bind('blur', function() {
    $(this).css("color", "#aaa");
  });

});

Koślawy fragment kodu, jaki powyżej zaprezentowałem, spełniał swoje zadanie w sposób idealny. Natrudziłem się przy jego pisaniu, jednak nauczyłem się też paru przydatnych rzeczy. Efekt działania skryptu ostatecznie mi się nie spodobał, postanowiłem zrezygnować z jego użycia. Kolejnym pomysłem było wprowadzenie możliwości rozszerzania pola z treścią komentarza. Użyłem Interface i byłem już bliski osiągnięcia celu, jednak z tego również zrezygnowałem. Na koniec przypomniałem sobie, że wypadałoby rozwiązać wreszcie problem określania miejsca pochodzenia cytatów blokowych, o którym czytałem kiedyś w tekście Łukasza Grabunia.

$(function() {

  var blockquote = $("#content").find("blockquote");
  var cite = blockquote.attr("cite");

  blockquote.after(cite);

});

To zadanie niestety przerosło mnie, choć pozornie mogłoby wydawać się łatwiejszym niż dwa poprzednie. Uzyskałem efekt wyświetlania się adresu URI w formie tekstu, jednak nie zdołałem zmusić skryptu, by dodawał na stronę odnośnik. Przyjąć można, że znalazłem się w połowie drogi, nie mam jednak wcale pomysłu, jak by tu przebyć jej pozostałą część. Wspomnieć jeszcze muszę, że programowanie śmiertelnie mnie nudzi, nie uważam siebie też za osobę uzdolnioną w tym kierunku. Nie posiadam umysłu ścisłego, za typowego humanistę również trudno mnie uznać, przyjąć więc można, że nie nadaję się zupełnie do niczego. Z pewnością lepiej będzie, jeśli zajmę się teraz czymś bardziej sensownym, być może wkrótce rozwiązanie przyjdzie mi do głowy.

Koderskie nudziarstwo

Co z tego, że potrafię bez większych trudności napisać dokument XHTML i ostylować go? Całość potrafię jeszcze opatrzyć, niezbyt rzecz jasna skomplikowanymi, plikami graficznymi, wydzierganymi w programach takich, jak Gimp czy Inkscape. Ostatnimi czasy mam wrażenie, że to zbyt mało. Nie rozwijam swoich umiejętności, a wiąże się z tym obawa, że stają się one przez to coraz skromniejszymi. Jeśli brać pod uwagę wyłącznie moje przyszłe życie zawodowe, taka sytuacja pozbawiona jest ewentualnych, negatywnych konsekwencji, w tym wypadku jednak daje znać o sobie ambicja, ukierunkowana głównie na ciągłe poprawianie niniejszej strony.

Trwające właśnie wakacje zorganizowałem w taki sposób, by mieć dla siebie możliwie najwięcej czasu. Zaplanowałem już wcześniej, by wykorzystać go produktywnie, próbując zrozumieć wreszcie JavaScript. Swoje zamiary zacząłem wprowadzać już w życie, początkowo korzystając z kursu Damiana Wielgosika ze strony Ferrante.pl. Kurs przystępnie napisany, pozbawiony zbędnych rozwlekłości, jednak niestety wyposażony jestem w umysł, w stanowczo zbyt małym stopniu ścisły, bym mógł zrozumieć całość bez problemów. Trudności nie zdołały mnie zrazić, jednak wciąż nie byłem w stanie sobie wyobrazić, jak osiągać można efekty, znane z nowoczesnych stron internetowych.

Przeglądając źródła strony głównej Jogger.pl odnalazłem wiele odwołań do biblioteki jQuery, wychwalanej podobno tak często przez Piotrka Petrusa. Po przeczytaniu tekstu Getting Started with jQuery Jörna Zaefferera, już bez jakichkolwiek wątpliwości, postanowiłem zainteresować się tym kawałkiem JavaScriptu. Wydaje się, że dzięki tej bibliotece i jej komponentom Interface, będę wkrótce w stanie zrealizować swoje plany, związane z unowocześnieniem bloga. Najprawdopodobniej czeka mnie ogromnie wiele trudności, całe szczęście jednak, że czasu również mam ogromnie wiele.

Idea muzyki

Rezygnując chwilowo z regionalnego patriotyzmu, przyznaję otwarcie, że Szczecin jest dużym miastem tylko, jeżeli za wskaźnik wielkości uznać jego powierzchnię. Pod względem liczby mieszkańców do czołówki Polskich miast mu daleko, również inne przesłanki sugerują jego prowincjonalność. Jednej z nich, w sposób nadzwyczaj dobitny, doświadczyłem dzisiejszego popołudnia, kiedy to autentyczna, cygańska orkiestra dęta cofała mnie o parę dziesiątek lat cywilizacyjnego rozwoju, przenosząc mnie jednocześnie na piastowską wieś. Ponad miesiąc temu, gdy pogrążony byłem w nauce przed sesją, spotkała mnie podobna sytuacja, co niezwykle mnie irytowało. Dziś wyczyny muzyczne zdecydowanie mnie rozbawiły, na co wpływ miał nie tylko czas wakacji, ale i dobór repertuaru.

Czteroosobowa orkiestra, wyposażona w dwie trąbki i waltornie, zaszczyciła swą obecnością moje osiedle kilka minut po 18:00. Jej członkowie prezentowali się doprawdy doskonale, odziani w modne stroje, w rodzaju czerwonych marynarek czy niebieskich kamizelek. Z początku tony skocznej melodii dobiegały z daleka, ich natężenie stopniowo jednak wzrastało, ku mojemu jawnemu zadowoleniu. Gdy wreszcie się pojawili, z radosnym dźdobry! na ustach, z okien bloku posypały się monety, całe stosy monet… Zagalopowałem się, czuję się w obowiązku sprostować moje nadużycie: opłaty były w rzeczywistości raczej skromne, rzucane z widoczną niechęcią, co gorsza miały najpewniej zachęcić do zakończenia występów, nie zaś ich kontynuowania. Niezrażeni muzykanci pomaszerowali dalej, prawie o nich zapomniałem.

Zdążyłem wrócić z krótkiej rowerowej przejażdżki, gdy znajoma melodia ponownie dobiegła moich uszu. Przenośna orkiestra zapewniała odrobinę kultury mieszkańcom szarego blokowiska przez ponad godzinę, bez przerwy grając dokładnie to samo. Zapewne celem tej monotonii było dopracowanie kompozycji, tak by jej wykonanie zbliżało się do ideału. Przyznaję szczerze, że sporo do niego jeszcze brakowało, stąd wytrwały rozwój przez praktykę spotkał się z moją otwartą aprobatą. Muzykantów usprawiedliwiało, że trudno jest grać na trąbce, o waltorni nawet nie wspominam, jednocześnie poszukując w trawie rzuconych monet. Mój podziw wzbudził jeden z waltornistów, który bez przerwy wydmuchiwał bohatersko ten sam motyw, złożony z czterech nut.

Gdy siedzę teraz i rozmyślam, wspominając wygrywane melodie, żałuję ogromnie, że orkiestra musiała się wreszcie oddalić, pędzona zapewne terminami innych koncertów. Z niecierpliwością czekam na jej powrót, kolejną porcję zakurzonej kultury w najczystszym wydaniu. Strach aż pomyśleć, jaką perfekcję osiągną muzycy, w ciągu kilku chociaż miesięcy dalszych występów. Jeszcze o nich usłyszymy.

Plankton zostaje

Wydarzenia polityczne ostatnich kilku dni obfitują w cenne akcenty humorystyczne. Włączając telewizor, człowiek spodziewa się, że zostanie nie byle jak rozśmieszony i niemal nigdy nie spotyka go zawód. Wystarczy, że sięgnie po pilota i otwiera sobie drogę do nieskończonego źródła gagów, o których twórcy scenek kabaretowych mogliby tylko pomarzyć. Sytuację tą zawdzięczać można powszechnie szanowanym premierom – Andrzejowi Lepperowi i Romanowi Giertychowi. Z ubolewaniem muszę stwierdzić, że dowcip Najwyższego Nauczyciela ostatnio wyraźnie się pogorszył, na szczęście jednak wie on doskonale, jak zadowolić żądną dowcipu publiczność, toteż występuje w parze z tym pierwszym.

Na dworze okrutny skwar, najlepiej byłoby wcale nie wychodzić z domu. Konieczność zakupu paru części rowerowych mnie jednak wygnała, po powrocie byłem wprost wściekły. Wiedziałem, że wystarczy włączyć którykolwiek serwis informacyjny, a zostanę nie tylko rozśmieszony, ale i zmrożony oraz wstrząśnięty. Pragnąłem nieco opóźnić tą chwilę, by nadać jej większej intensywności, począłem więc wymyślać kwestie, jakie wypowiedzieć mógłby Andrzej Lepper, uzasadniający dlaczego nie wychodzi z koalicji:

– Jak dobrze państwo wiecie, klub jednogłośnie przegłosował wyjście z koalicji. Wyrządzono nam ogromną krzywdę, a na to nie może być zgody. – To nie zaskoczenie, doskonale przecież wiemy, że Samoobrona nie jest partią karierowiczów, trzymających się kurczowo stołków. Jej członkowie są patriotami, od rana do wieczora zatroskanymi o dobro Polski, które zawsze jest dla nich najwyższym nakazem.
– Koleżanki i koledzy z partii, widząc zło jakie mnie dotknęło, podjęli absolutnie słuszną decyzję. Samoobrona jest partią, rządząca się prawami demokratycznymi, pozwolono mi jednak, bym dokonał ostatecznego wyboru… – Wreszcie można odetchnąć z ulgą, całość zaczyna układać się w akty zgrabnego dramatu. Już zaczynałem wierzyć, że Samoobrona wcale nie przejmuje się sondażami, w których otrzymuje poparcie na granicy błędu statystycznego.
– Liberałowie, z Balcerowiczem na czele, wyrządzili w Polsce ogromne szkody. Wiele jest problemów, nad którymi trzeba się teraz pochylić. Skrzywdzono Andrzeja Leppera, to nie powód jednak, by Samoobrona nie miała wdrażać swojego programu. Nie duma jest najważniejsza, lecz Polska. – Amen.

Humor poprawił mi się nawet bez włączania telewizora, gdy ujrzałem jednak rumianą twarz Przewodniczącego, zacząłem szczerzyć się jak idiota. Od dawna szczycę się swą zdolnością do przewidywania wydarzeń politycznych, jaką nabyłem w długich bojach śledzenia rządów SLD, a rozwijam za panowania braci Kaczyńskich. I tym razem mnie nie zawiodła – Lepper podjął decyzję o pozostaniu w koalicji, dokładnie jak się spodziewałem. Jego konferencja była tym śmieszniejsza, że towarzyszył mu, nad wyraz dziś poważny, Roman Giertych, obwieszczający wszem wobec powstanie nowego planktonu, który jego zdaniem będzie jednak silny jak lew i sprytny jak lis. Polska polityka jest zaprawdę wyborną rozrywką.