Małe miasteczka

Uwielbiam małe miasteczka, specjalnie takie zalane słońcem, wypełnione leniwą atmosferą letnich dni. Rzecz jasna ten ostatni wymóg zależy wyłącznie od korzystnej pory roku. Rozmiar jednak małych miasteczek na szczęście przez cały rok przeważnie utrzymuje się stały. Nie dotyczy to miejscowości nadmorskich, wypełniających się latem hordami rozszalałych turystów, ja jednak miałem szczęście odwiedzać je poza sezonem. Można tu wyczytać między wierszami, że w rzeczywistości ważniejsze jest dla mnie uczucie życia w nieco spowolnionym tempie. Brak upałów mogę przeżyć, by nie powiedzieć nawet, że jest mi on obojętny. Gdybym mieszkał w niewielkiej miejscowości, prawdopodobnie nie doceniał bym, jak fortunny jest to układ. Szczęśliwy traf jednak chciał, że mieszkam w Szczecinie, choć co do jego rozmiarów wielu ludzi wyraża wątpliwości.

Moja skłonność znalazła swój początek, gdy kilka lat temu byłem na Dniach Młodych w Lipianach. Jako że był to zjazd młodzieży katolickiej, a ja byłem z tych wątpiących, nie udzielałem się zbytnio i rezygnowałem z większości atrakcji. Powolnym krokiem spacerowym wędrowałem z kumplami po miasteczku, tocząc beztroskie rozmowy. Ludzi nam podobnych było tak wielu, że nikogo nie dziwiło nawet, gdy ktoś kładł się na trawniku, pod głową umieszczał plecak i zasypiał, wręcz z marszu. Nie trzeba chyba dodawać, że po przebudzeniu cały dobytek okazywał się być nienaruszony, co w dużym mieście jest wręcz niewyobrażalne. Swoistym wyczynem było zaśnięcie w czasie koncertu, głośnego i tłocznego koncertu na świeżym powietrzu. Nie twierdzę, że był kiepski, pod koniec nawet bawiłem się doskonale, jednak jak widać równie dobrze mogłem leżeć wyłączony.

Nie chciałbym rozczulać się, wspominając dawne czasy. Mam już ambitny plan na te wakacje, wiążący się ściśle z moim rowerem i małymi miasteczkami. Przejechałem dotąd zaledwie 341 kilometrów, co wynikało z przykrego braku czasu. Kiedy tylko jednak skończy się sesja, wyruszam w trasę. Następnego dnia w kolejną, potem znowu i znowu. Zdziwię się, jeżeli do października licznik będzie wskazywał mniej niż 2 tysiące kilometrów. Stopniowo moja kondycja będzie prawdopodobnie ulegała poprawie, będę jeździł więc przed siebie coraz dalej. Pierwszym ambitniejszym celem jest Trzebież – klasyczna wręcz pustawa miejscowość, a i pora roku odpowiednia, co zapewni mi leniwą atmosferę letnich dni. Droga przede mną, wcześniej jednak egzaminy. :)

Komentarze

Dodaj komentarz

Zamiast komentować, możesz wysłać trackbacka. Zapewniam szczerze, że w ten sposób będzie równie świetnie.

W treści komentarzy działa formatowanie Textile. Nie ma możliwości wstawiania plików graficznych.

  • _emfaza_
  • *silna emfaza*
  • "opis odnośnika":http://odnośnik.com
  • p. akapit
  • # lista numerowana
  • * lista wypunktowana
Kod weryfikacyjny