Byłbym niezadowolony
A chciałem nie iść. Jak nieraz się to już zdarzało, zwyczajnie odpuścić sobie ten wykład, zostać w chłodnym domu, unikając skwaru panującego na zewnątrz. W zanadrzu miałbym doskonałe usprawiedliwienie – mógłbym przekonująco wyjaśniać samemu sobie, że przecież pora najwyższa uczyć się na egzaminy. Wyrzuty sumienia zresztą i tak nie utrzymałyby się długo w mojej głowie, uświadomione już dawno, że nie warto, przez długą praktykę opuszczania wykładów. Być może chęć oderwania się na chwilę od książek, a może coś bardziej nieokreślonego, zmusiło mnie by jednak pójść wykład.

Teraz wiem już, że gdybym dał przekonać się złym podszeptom, byłbym koszmarnie niezadowolony. Mało powiedziane – krew wręcz by mnie zalewała. Niemal pewne jest, że wyrażałbym swą złość na forum internetu, zupełnie jak koleżanka z grupy. Szanowna pani doktor zrobiła przemiły numer, który z pewnością jeszcze długo będzie wspominany z rozrzewnieniem. Trzydziestu biednym studentom, którym chciało przyjść się na ostatni wykład, kazała sporządzić listę obecności, po czym zaproponowała czwórkę z egzaminu, już teraz. Tylko część z nich miała przy sobie indeksy, ja należę do grupy tych osób, które muszą zgłosić się jutro po porządany wpis. Uwierzę kiedy zobaczę, mimo to już teraz odłożyłem na miejsce notatki i podręcznik, zaczynając o nich zapominać. Nie spodziewam się dalszych komplikacji.
kubarek
1: dobre :)
miałem podobną historię, mianowicie ćwiczenia z analizy mat., na ostatnie nie chciało mi się już pójść, jak przyszedłem po, to ludzie powiedzieli, że ćwiczenia trwały jakieś 30 min i odbywały się w ten sposób:
„[profesor pisze jakieś zadanie]no kto przyjdzie ? nie ma takiego ? [następne zadanie] dalej nie ma chętnych ? no to może pójdziemy do domu”
prof poszedł, a reszta została na resztę zajęć tamtego dnia :)
2: aż 30 osób ? u nas na pierwszym roku zostało 17 :-P