Frustracja i nienawiść

Nie tak dawno, przepełniony entuzjazmem, zachwalałem grę The Ur-Quan Masters. Byłem oczarowany jej klimatem, pełnymi humoru dialogami, rozległością lokacji, a zwłaszcza fotorealistyczną grafiką. Wyrzuty sumienia gryzłyby mnie do końca moich dni, gdybym zachował swoje odkrycie tylko dla siebie, toteż bez wahania poleciłem ją koledze. Wiedziałem doskonale, że czas sesji może nie być odpowiedni, by zarywać noce, przemierzając otchłań Wszechświata, nic sobie jednak z tego nie robiłem. Wewnętrzny głos, szepczący cichutko, że lepiej byłoby zarywać noce, ucząc się do egzaminów, niczego nie wskórał.

Wciągnęło nas bez reszty. Walczyliśmy mężnie o dobro ludzkości, ratując mimochodem od zagłady całe cywilizacje obcych ras. Zadania stojące przed nami nie należały do najłatwiejszych, zdarzało nam się więc ze sobą konsultować. Egzaminy mijały, a razem z nimi lata świetlne gwiezdnej przestrzeni i kolejne zwycięskie potyczki. The Ur-Quan Masters wreszcie padło ofiarą nauki i znudzenia, rozsądek kierował mnie w stronę podręczników. Gra jakimś cudem mi się znudziła, perspektywa wcielenia się w rolę kapitana statku kosmicznego przestała przyciągać mnie do monitora. Usunąłem już nawet paczkę z grą i najpewniej zapomniałbym o niej zupełnie, gdyby nie dramatyczna wiadomość, jaką dostałem od kolegi. Mimo ewidentnych braków w formie, pozwalam sobie zamieścić ją w całości, traktując jako cenny aneks do niedawnej recenzji:

wiesz wlasnie gralem sobiw ur-quana zbieralem akurat mineraly i powiem Ci ze tak sie wkurwilem ze wyjebalem ta cala gre z calym folderem recznie bo juz mialem tego dosc - zbieram te jebane surowce i co mam z nimi robic mialem 100 tysiecy RU i nie mialem na co tego wydawac kredytow tez mielm ok 4000 tez juz nie bylo co za to kupowac bo wszystko kupilem nowych ras od ktorych cos mozna dostac\kupic nie ma bo jeszcze nie spotkalem a te co spotkalem to jeszcze sie z nimi nie dogadalem to ur-quany ich wycieli bo kor-ah wygralis św wojne i teraz chca zapierdolic kazdego - orzow zajebali spathi moja ulubiona rasa sama uciekla syyreen nie chca sie przylaczyc bo nie mam dowodow ze to myconi zniszczyli ich swiat do myconow nie doszedlem wiec nie mam dowodow - yehati nie chca sie przylaczyc bo ich krolowa to kurwa i woli sie dogadac z ur-quanami - z drugiej strony te pojabane taki filozofy ciagle wycieczki sobie urzadzaja i kutasom nie mozna wytlumaczyc ze yehati ich rozpierdola no chyba ze kor-ah najpierw zalatwia yehati jak to sie zdarzylo u mnie i wedy rozpierdola ich kor-ah wlasnie ale to na jedno wychodzi - jeszcze sa te jebane pajaki z konca mapy ktorych rozpierdolic sie nie da trzeba ich zmanipulowac jakims urzadzeniem do nasladowania glosu ich bogow tylko kurwa gdzie ono jest bo szukalem gdzie moglem i nie znalazlem - no i jeszcze sofixti - tego zadania z odtworzeniem gatunku nie moge zrobic bo na poczatku gry nawinal sie pan katana dostal po ryju i sie skonczylo - teraz mam 12 dziwic w hibernacji - no wez sam mi powiedz jak sie tu nie wkurwic??

Małe miasteczka

Uwielbiam małe miasteczka, specjalnie takie zalane słońcem, wypełnione leniwą atmosferą letnich dni. Rzecz jasna ten ostatni wymóg zależy wyłącznie od korzystnej pory roku. Rozmiar jednak małych miasteczek na szczęście przez cały rok przeważnie utrzymuje się stały. Nie dotyczy to miejscowości nadmorskich, wypełniających się latem hordami rozszalałych turystów, ja jednak miałem szczęście odwiedzać je poza sezonem. Można tu wyczytać między wierszami, że w rzeczywistości ważniejsze jest dla mnie uczucie życia w nieco spowolnionym tempie. Brak upałów mogę przeżyć, by nie powiedzieć nawet, że jest mi on obojętny. Gdybym mieszkał w niewielkiej miejscowości, prawdopodobnie nie doceniał bym, jak fortunny jest to układ. Szczęśliwy traf jednak chciał, że mieszkam w Szczecinie, choć co do jego rozmiarów wielu ludzi wyraża wątpliwości.

Moja skłonność znalazła swój początek, gdy kilka lat temu byłem na Dniach Młodych w Lipianach. Jako że był to zjazd młodzieży katolickiej, a ja byłem z tych wątpiących, nie udzielałem się zbytnio i rezygnowałem z większości atrakcji. Powolnym krokiem spacerowym wędrowałem z kumplami po miasteczku, tocząc beztroskie rozmowy. Ludzi nam podobnych było tak wielu, że nikogo nie dziwiło nawet, gdy ktoś kładł się na trawniku, pod głową umieszczał plecak i zasypiał, wręcz z marszu. Nie trzeba chyba dodawać, że po przebudzeniu cały dobytek okazywał się być nienaruszony, co w dużym mieście jest wręcz niewyobrażalne. Swoistym wyczynem było zaśnięcie w czasie koncertu, głośnego i tłocznego koncertu na świeżym powietrzu. Nie twierdzę, że był kiepski, pod koniec nawet bawiłem się doskonale, jednak jak widać równie dobrze mogłem leżeć wyłączony.

Nie chciałbym rozczulać się, wspominając dawne czasy. Mam już ambitny plan na te wakacje, wiążący się ściśle z moim rowerem i małymi miasteczkami. Przejechałem dotąd zaledwie 341 kilometrów, co wynikało z przykrego braku czasu. Kiedy tylko jednak skończy się sesja, wyruszam w trasę. Następnego dnia w kolejną, potem znowu i znowu. Zdziwię się, jeżeli do października licznik będzie wskazywał mniej niż 2 tysiące kilometrów. Stopniowo moja kondycja będzie prawdopodobnie ulegała poprawie, będę jeździł więc przed siebie coraz dalej. Pierwszym ambitniejszym celem jest Trzebież – klasyczna wręcz pustawa miejscowość, a i pora roku odpowiednia, co zapewni mi leniwą atmosferę letnich dni. Droga przede mną, wcześniej jednak egzaminy. :)

Byłbym niezadowolony

A chciałem nie iść. Jak nieraz się to już zdarzało, zwyczajnie odpuścić sobie ten wykład, zostać w chłodnym domu, unikając skwaru panującego na zewnątrz. W zanadrzu miałbym doskonałe usprawiedliwienie – mógłbym przekonująco wyjaśniać samemu sobie, że przecież pora najwyższa uczyć się na egzaminy. Wyrzuty sumienia zresztą i tak nie utrzymałyby się długo w mojej głowie, uświadomione już dawno, że nie warto, przez długą praktykę opuszczania wykładów. Być może chęć oderwania się na chwilę od książek, a może coś bardziej nieokreślonego, zmusiło mnie by jednak pójść wykład.

Niezadowolenie

Teraz wiem już, że gdybym dał przekonać się złym podszeptom, byłbym koszmarnie niezadowolony. Mało powiedziane – krew wręcz by mnie zalewała. Niemal pewne jest, że wyrażałbym swą złość na forum internetu, zupełnie jak koleżanka z grupy. Szanowna pani doktor zrobiła przemiły numer, który z pewnością jeszcze długo będzie wspominany z rozrzewnieniem. Trzydziestu biednym studentom, którym chciało przyjść się na ostatni wykład, kazała sporządzić listę obecności, po czym zaproponowała czwórkę z egzaminu, już teraz. Tylko część z nich miała przy sobie indeksy, ja należę do grupy tych osób, które muszą zgłosić się jutro po porządany wpis. Uwierzę kiedy zobaczę, mimo to już teraz odłożyłem na miejsce notatki i podręcznik, zaczynając o nich zapominać. Nie spodziewam się dalszych komplikacji.

Zmiana podejścia

Pojęcia nie mam, co też ostatnio w tym internecie się wyprawia. Odnoszę nieprzyjemne wrażenie, że gwałtownie wszyscy naokoło się rozpolitykowali. Ponieważ polityka niestety jest jedną z moich namiętności, w bolesny sposób odczuwam tą tendencję. Ktoś napisze na blogu, że Kaczyńscy są do dupy, bo niscy, paskudni, a i faszystowskie z nich dwa chomofoby, zaraz rozlega się harmider dyskusji pełnej cennych literacko, aczkolwiek nikczemnych treściowo argumentów. Szczególnym nieszczęściem jest, że niemal zawsze trafiam w sam środek takiej pouczającej wymiany zdań. Wychodzę przeważnie cokolwiek posiniaczony, zarzekając się, że powtórki z pewnością nie będzie.

Nieostrożny czytelnik może pomyśleć, że nie cenię sobie dyskusji, widząc w niej jedynie źródło zdenerwowania. Zapewniam iż myli się, w ferworze walki na argumenty nieraz nawet potrafię przyznać się do błędu, uznając swoją ignorancję. Staram się możliwie jasno formułować własne racje, czuję się podle gdy coś kusi mnie, by uciekać się do złośliwości. Prawdziwy problem pojawia się jednak, gdy orężem w dyskusji nie są argumenty, ale puste hasła, ubrane nieraz w lotną formę. Już na wstępie wiadomo wtedy, że nikt nikogo nie przekona, przy odrobinie szczęścia może tylko poniży przeciwnika serią celnych ciosów ad personam. O przypadki takie nie jest trudno, czego powodem może być ta niedogodność, iż rzetelne prowadzenie dyskusji jest sztuką trudną. Wymaga przygotowań, gromadzenia sprawdzonych materiałów, myślenia za siebie i za przeciwnika.

Powstało we mnie postanowienie, by starannie unikać bezsensownych kłótni, których internet jest pełen. Stanowczo wolę się nie irytować, nie wznosić już oczu do nieba, rytmicznie walić głową w stół czy nawet zaciskać bezsilnie pięści. Pozwoli mi to zaoszczędzić wiele energii, dzięki której być może będę mógł sprawniej nasłuchiwać rozsądnych głosów wśród ogromnego krzyku.

Czuję się czysto i bezpiecznie

Dacie wiarę? Od 16:00 do 19:00 słuchałem smętnego ględzenia o typach gaśnic, gatunkach wyjść ewakuacyjnych, rozmaitych wątpliwej przydatności sprawach, które w skrócie określić można jako szkolenie BHP. Niewiarygodna bzdura? Po jaką cholerę takie szkolenie studentowi prawa, którego ręce są niemal nieskalane jeszcze pracą? Gdybym ciągle zadawał sobie takie pytania, niczego pewnie bym się nie dowiedział… Właściwie i tak niczego się nie dowiedziałem, poświęcając te parę godzin na czytanie podręcznika, by nie zmarnować ich już zupełnie.

Pasmo nieszczęść zaczęło się od wykładu, na który bez najmniejszych konsekwencji, jak się wkrótce okazało, mogłem nie iść. Gdy skończył się wreszcie, miałem dwie godziny do szkolenia – zbyt mało by pójść do domu, zbyt dużo by przesiedzieć na uczelni. Jako dziecko kapitalizmu (i bardzo dobrze), poszedłem do pobliskiego hipermarketu, gdzie kupiłem album Trudno nie wierzyć w nic zespołu Raz, Dwa, Trzy. Dawno już miałem na niego ochotę. Przynajmniej jedna korzyść tego dnia, leży już na dysku zgrany do oggów. Samo szkolenie prowadził raczej okrągły facet, który pewnie równie dobrze jak my wiedział, że zupełnie pozbawione jes to sensu. Nie chciał zbytnio nam przeszkadzać, toteż cicho czytał ze swoich slajdów, na pokazanie każdego poświęcając przeciętnie pięć sekund.

Piekło rozpętało się, gdy nadszedł czas wpisywania zaliczeń do indeksów. Ich posiadanie było niezbędne, więc frekwencja była niemal stuprocentowa. Oznacza to, że zwaliło się na niego grubo ponad dwieście osób żądnych autografu. Prawie jak gwiazda rocka. Atmosfera długiego oczekiwania była nadzwyczaj sympatyczna, satysfakcja z uzyskanego wpisu większa niż po zdanym egzaminie. Mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że jeden przedmiot w tej sesji mam już z głowy. ;)