Zagubiony wykład

Miałem cenną szansę, by poszerzyć swoje wiadomości o historii prawa prywatnego, głównie europejskiego, jednak ze wzmiankami też o Stanach Zjednoczonych. Wykład którego nie można przegapić? Rzecz jasna można, chętnie nawet wybrałbym taką możliwość, ale zadziałała silna wola i przemogłem się. Zaczynał się w południe, idealnie by wcześniej oddać rower do serwisu na, trochę opóźnioną już niestety, kontrolę gwarancyjną. Lekko kropił deszcz, dojechałem mimo to bez problemu, obyło się nawet bez ofiar śmiertelnych, rozbitych ciężarówek i wielokilometrowych karamboli. Na miejscu już tylko podpisałem jakiś papierek, umówiłem się na odbiór i mogłem pobiec do tramwaju.

Zauważyłem niedawno, że zaraz po zejściu z roweru chodzi mi się dziwnie niewygodnie. Czuję się niezręcznym i ociężałym, odrobinę więcej uwagi muszę przykładać do chodzenia, wydawać by się mogło, że tak banalnej czynności. Niemal natychmiast to mija, traktuję więc to tylko jako interesującą obserwację. Gdy tylko dotarłem do uczelni, zaraz zobaczyłem znajomych z mojej grupy – wykład odwołany. Obieg informacji, nawet o tak pozytywnym charakterze, nie funkcjonuje na pierwszym roku zbyt sprawnie, jeszcze wczoraj nic nie było wiadomo. Dopiero po powrocie do domu i włączeniu komputera zobaczyłem opisy ludzi na liście kontaktów, trochę po czasie. Pojęcia nie mam co teraz robić, istnieje dość ograniczona możliwość, że spotka mnie dziś jeszcze coś ciekawszego od nauki, nie jest to jednak pewne, w przeciwieństwie do wyczekujących mnie egzaminów. Uczyć się? Odpocznę trochę. ;)

Inauguracyjny zgrzyt

Od studiów mam teraz kilka dni przerwy, codziennie więc wyciągam z balkonu rower i zwożę go windą, by po chwili móc pędzić przed siebie. Na liczniku już 160 kilometrów, za każdym razem mam wrażenie, że pojechać mógłbym jeszcze dalej. Zaobserwowałem niedawno, że najgorsze jest pierwszych 5 minut jazdy, później można już z przyjemnością wsłuchiwać się w szum wiatru, czy chrzęst kamieni pod oponami. Wydawać by się mogło, że mój zakup okazał się mieć same tylko plusy, dziś jednak pojawił się inauguracyjny zgrzyt, niewielki na szczęście, związany z pierwszym przeglądem roweru.

By nie utracić gwarancji, muszę po pierwszych 100 kilometrach lub miesiącu, zależy co nastąpi szybciej, oddać rower do serwisu na kontrolę. Przejechałem już więcej, nie sposób temu zaprzeczyć, jednak nikt przecież nie musi o tym wiedzieć, prawda? Przeciskając się wąskimi chodnikami dotarłem dziś do sklepu, w którym ruch okazał się być tak znaczny, że z początku trudno mi było wręcz zwrócić na siebie uwagę. Gdy wreszcie udało mi się, zostałem postawiony przed trudnym wyborem, mogłem:

  • oddać rower dziś i odebrać w poniedziałek albo
  • zgłosić się we wtorek i odzyskać go wieczorem, tego samego dnia.

Bez wahania zdecydowałem się na drugą opcję, jednak i tak nie jestem zbyt zadowolony, każdy przejazd przez centrum Szczecina jest wyjątkowo irytującym doświadczeniem. Mnóstwo tam ludzi, samochodów parkowanych w poprzek drogi, rozmaitych dziur i wysokich krawężników. Dziś moje zdenerwowanie potęgował jeszcze problem braku porządnych, krótkich spodni na rower, takich możliwie niewkręcających się w łańcuch. Za kilka godzin prawdopodobnie rozwiąże się, znajdę coś w niedalekim supermarkecie i wrócę całkiem zadowolony. Ubrań kupować szczerze nienawidzę, musze jednak poradzić sobie z tą przeciwnością.

Pobłądziłem

To co dobre znudziło mi się i postanowiłem wynaleźć coś lepszego – często coś takiego przydarza mi się w kwestii oprogramowania, z którego korzystam. Tym razem zmiany miały okazać się znaczącymi, gdyż trafiło na system operacyjny. Postanowiłem swoje Ubuntu zmienić na Fedorę. Kupiłem niedawno nagrywarkę DVD i miałem wreszcie możliwość, by nagrać na jedną płytę rozwlekłe treści tej dystrybucji. Po instalacji uczucia miałem mieszane, o tym w jak wielkim stopniu świadczyć może, że już wróciłem do Ubuntu.

Fedora wywarła na mnie wrażenie systemu profesjonalnego, tworzonego przez zawodowców dla zawodowców, i tak dalej… Z racji testowania wersji niestabilnej nie mogę powiedzieć, w jakim stopniu było ono uzasadnione, mogło być to całkowicie bezpodstawne. Wyjątkowo spodobał mi się instalator i doskonale wiem, że w Ubuntu podczas instalacji jednocześnie można korzystać z systemu, ale taka wielozadaniowość i tak nie jest na mój komputer. Najnowszą, niestabilną podobno, wersję wyposażono w ładny motyw przewodni – wszędzie chmury, światło księżyca, balony z podwieszonymi gondolami. Używając Fedory czułem się bezpiecznie, wciąż migały mi przed oczami takie słowa, jak: security, SELinux, firewall. Rzecz jasna nie miało to dla mnie praktycznego znaczenia. Nigdy nie złapałem żadnego wirusa, nawet gdy używałem Windowsa 98, pozbawionego wszelkich fortyfikacji.

Nie jestem maniakiem, nigdy nie wyłączającym swojego komputera, toteż problemem okazał się sposób, w jaki Fedora się uruchamiała. Powiedzieć tylko, że trwało to dwukrotnie dłużej niż w przypadku Ubuntu, to zdecydowanie za mało. Tu miałem irytujące wrażenie, iż jestem świadkiem skomplikowanego procesu, rozruchu wiktoriańskiej maszynerii, mogącej lada chwila eksplodować. Po ekranie przemykało mnóstwo napisów, po dłuższej chwili pojawił się graficzny ekran – przyznać trzeba, że wyjątkowo pomysłowy, jednak i tak nie był w stanie zatrzeć złego wrażenia. Powolność niestety wydała mi się być dominującą cechą Fedory. W stopniu dramatycznym dotyczyła ona zarządzania pakietami oprogramowania. Co chwila musiałem oglądać paski ładowania, nie wiedząc zupełnie, cóż tam w tle się wyprawia.

Przygodę z Fedorą zakończyłem ściągnięciem obrazu płyty instalacyjnej Ubuntu i nagraniem go. Teraz już wszystko jest w normie, nieśmiało biorę pod uwagę już tylko eksperyment z Haiku, na który przyjdzie mi jednak jeszcze poczekać.