Chory student, a może
Przyznać w tym miejscu muszę, że nie było łatwo. O ile początek mojej choroby przebiegał niemal bezobjawowo, wręcz przyjaźnie dla jej klienta, następne dni były katorgą. Dopadło mnie potworne przeziębienie i trzymało się mocno na pokładzie w czas największych upałów. Ledwie żyłem, kaszląc i kichając bez przerwy, pociągając nosem i próbując wytrzymać jednocześnie w nieznośnym skwarze. Najgorsze były noce, kiedy budziłem się co godzinę z powodu hałasu na zewnątrz, bo przecież udusiłbym się przy zamkniętym oknie, które mogłoby zapewnić odrobinę ciszy. Co jednak po ciszy uduszonemu na śmierć, w dodatku zakatarzonemu?
Faszerowałem się rozmaitymi lekami, niemal wypaliłem sobie nos, wpuszczanymi raz za razem, mocnymi kropelkami. Z moją chorobą pech był jeszcze o tyle większy, że czekają mnie dwa poważne kolokwia – wypadało się uczyć. Nauka, w momencie, w którym cały organizm stanowczo odmawia jakiejkolwiek aktywności, jest przeżyciem niezapomnianym. Trudno skupić się na tekście, gdy co kilka minut zasłania go chusteczka do nosa, a w chwilach, w których można by poczytać, ukrywać trzeba szybko książkę przed kichnięciami. Wręcz nienawidzi się autora podręcznika, widok liter zaczyna budzić najgorsze emocje, chciałoby się rzucić to wszystko, uciec daleko gdzieś, gdzie nie wynaleziono kataru.
Dziś jest już znacznie lepiej. Przeziębienie właściwie wciąż mnie męczy, ale albo się do niego przyzwyczaiłem albo jestem na tyle zmotywowany, że przed pójściem na zajęcia, wmawiam sobie lepsze samopoczucie. Potrzebować będę sporo szczęścia. Oby tylko nic podobnego nie dopadło mnie przed egzaminami…