Chory student, a może

Przyznać w tym miejscu muszę, że nie było łatwo. O ile początek mojej choroby przebiegał niemal bezobjawowo, wręcz przyjaźnie dla jej klienta, następne dni były katorgą. Dopadło mnie potworne przeziębienie i trzymało się mocno na pokładzie w czas największych upałów. Ledwie żyłem, kaszląc i kichając bez przerwy, pociągając nosem i próbując wytrzymać jednocześnie w nieznośnym skwarze. Najgorsze były noce, kiedy budziłem się co godzinę z powodu hałasu na zewnątrz, bo przecież udusiłbym się przy zamkniętym oknie, które mogłoby zapewnić odrobinę ciszy. Co jednak po ciszy uduszonemu na śmierć, w dodatku zakatarzonemu?

Faszerowałem się rozmaitymi lekami, niemal wypaliłem sobie nos, wpuszczanymi raz za razem, mocnymi kropelkami. Z moją chorobą pech był jeszcze o tyle większy, że czekają mnie dwa poważne kolokwia – wypadało się uczyć. Nauka, w momencie, w którym cały organizm stanowczo odmawia jakiejkolwiek aktywności, jest przeżyciem niezapomnianym. Trudno skupić się na tekście, gdy co kilka minut zasłania go chusteczka do nosa, a w chwilach, w których można by poczytać, ukrywać trzeba szybko książkę przed kichnięciami. Wręcz nienawidzi się autora podręcznika, widok liter zaczyna budzić najgorsze emocje, chciałoby się rzucić to wszystko, uciec daleko gdzieś, gdzie nie wynaleziono kataru.

Dziś jest już znacznie lepiej. Przeziębienie właściwie wciąż mnie męczy, ale albo się do niego przyzwyczaiłem albo jestem na tyle zmotywowany, że przed pójściem na zajęcia, wmawiam sobie lepsze samopoczucie. Potrzebować będę sporo szczęścia. Oby tylko nic podobnego nie dopadło mnie przed egzaminami…

Masa ludzi

Po powrocie z wykładu, który odbył się o nieludzko rannej porze, niemal zaraz rozsiadłem się wygodnie w towarzystwie książek. Nie przesadzałem zbytnio z intensywnością nauki, jednak zabrałem się przynajmniej wreszcie za niepozorny, aczkolwiek wyjątkowo irytujący mnie przedmiot. Budowanie spokojnej przyszłości, a dokładniej szykowanie się na egzaminy, nie mogło trwać zbyt długo, więc po paru godzinach, będąc z siebie i tak zadowolonym, wybrałem się na Masę Krytyczną. Pojęcie na czym to polega miałem tylko ogólne; jechałem odrobinę w ciemno, by zacząć udzielać się na Szczecińskiej Scenie Rowerowej. ;)

Plac Lotników Plac Sprzymierzonych

Do domu dotarłem nieco zziajany, pamiętać będę na przyszłość, by nie bić niepotrzebnie przy każdej okazji własnych rekordów prędkości. Wrażenia z samej Masy Krytycznej ogromnie pozytywne, wręcz masywnie. :) Niedługo poznać będzie można prawdopodobnie dokładniejszą liczbę uczestników, jestem jednak już teraz pewien, że było ich co najmniej dwustu. Stowarzyszeniu Rowerowy Szczecin, o ile tylko prawidłowo wszystko zrozumiałem i to jego członkowie stoją za organizacją całego wydarzenia, należą się porządne gratulacje. Pod czujną eskorta policji, przejechaliśmy głównymi ulicami Szczecina, wytwarzając przy okazji hałas, który skutecznie zwracał na nas uwagę. Chwilami sunęliśmy do przodu zbyt wolno, a trudno o utrzymanie równowagi na rowerze, gdy stoi się niemal w miejscu, jednak żadnych innych niedogodności nie było.

Jutro w jednym z piękniejszych punktów mojego miasta – Parku Kasprowicza, szykuje się ciekawa impreza rowerowa. Atrakcji podobno co niemiara, nie będę aż nawet zaczynał ich wymieniać. Przynajmniej przejazdem chciałbym się tam pojawić, i tak doskonale wiem, że z ambitnych planów nauki przez cały dzień zupełnie nic nie wyjdzie.

W ramkach

W 21 numerze tygodnika Najwyższy Czas! przeczytać można interesujący wywiad Pawła Toboły-Pertkiewicza z brytyjskim historykiem Davidem Irvingiem, który zasłynął ostatnio tym, że wyrzucono go z targów ksiązki w Pałacu Kultury. Kwestia mojej opini na temat jego poglądów nie jest tu istotna, historia nie jest moją pasją, ważniejsze jest tu pytanie, czy Europa pamięta jeszcze o wolności słowa?

Dawid Irving ma pecha. Bo, jak słusznie zauważył Jan Marek Chodakiewicz – wybrał złego socjalistę. Gdyby zapał miłością do Lenina, a jeszcze lepiej Trockiego, to chodziłby w aurze wybitnego pisarza i profesora i przyjechałby do Polski na zaproszenie Dziennika. Jednak być może z powodu słynnej brytyjskiej ekscentryczności, a może dlatego, że miłość czasami ślepa jest, postawił na socjalistę brunatnego, czyli Hitlera.

Wydaje się, że to podsumowanie Tomasza Sommera rozwiewa wszelkie wątpliwości, co do okoliczności, w jakich rozegrał się niedawny skandal. Trudno mówić, że z wolności słowa zrezygnowano, jednak ujęta została ona w ciasne ramki politycznej poprawności. Powiedzieć publicznie można wszystko, o ile tylko nie odbiega to zbytnio od głównego nurtu. Przecież od słuchania takich podejrzanych rzeczy można poważnie zachorować, komuś pęknąć może jakaś ważna żyłka. Zapewne zakaz przedstawiania pewnych poglądów w założeniach ma działać pozytywnie, budować zdrowy trzon społeczeństwa. Mi jednak nietrudno jest wyobrazić sobie sytuację, gdy ktoś słysząc o zakazie negowania zbrodni nazistowskich pomyśli: a może coś jest na rzeczy?

Na koniec jeszcze wypowiedź głównego zainteresowanego – Davida Irvinga, z wywiadu o którym wspominałem wcześniej:

Historycy są zmuszani, aby dokonywać właściwych interpretacji wydarzeń historycznych ze względów politycznych. Historia nie jest wolna nauką, nie ma wolności badań – pisze się ją pod dyktando zapotrzebowań politycznych. Po co więc czytać dokumenty skoro wszystko i tak już wiadomo?

Miażdząca sesja

Student działa w taki sposób, że kiedy właśnie chcieć mu się powinno, dopada go z zaskoczenia obezwładniające lenistwo. Dopiero pierwszy semestr za mną, a już się wymądrzam, obserwacja ta jednak wydaje mi się okrutnie prawdziwa. Znajomi z innych kierunków przeważnie tkwią już w sesji po uszy, moja rozpocznie się dopiero 16 czerwca. Oceniając sprawę rozsądnie, mam mnóstwo czasu, dziesiątki godzin czekających tylko, by zapełnić je nauką, już teraz jednak zmuszam się każdego dnia do otwierania książek. Usprawnienia wymaga jeszcze kwestia korzystania z nich, od wdychania woni farby drukarskiej wiedzy mi nie przybędzie, podążam jednak w odpowiednim kierunku.

Lenistwo wywiera destrukcyjny wpływ na niemal wszystkie żelazne punkty programu, na jakie w swojej codzienności chciałbym kłaść szczególny nacisk. Aparat fotograficzny leży ponuro prawie nieużywany, tragedia byłaby tu całkowita, gdyby nie jeden inspirujący widok, który udało mi się wczoraj nędznie uwiecznić. Stanowczo zbyt powoli zmierzam ku zorientowaniu się, na czym choć w zarysach polegać może JavaScript, znalezienie dobrych kursów jest mizernym osiągnięciem. Znajomych bliższych i dalszych zaniedbałem niemal zupełnie, co pewnie nie jest dla nich problemem, jednak ja czuję się z tym podle. O przygotowaniach do sesji wspomniałem już wcześniej, doskonale jednak wiem, że zasługuję na więcej krytyki. Wyłącznie z częstotliwości moich rowerowych wypadów mogę być zadowolony, są coraz dłuższe i wysiłku wymagają ode mnie za każdym razem mniej.

Optymistyczny akcent na końcu nie zmienia ponurego obrazu sytuacji, o której jakimś cudem udało mi się napisać – przygniatające mnie lenistwo dotknęło przecież też bloga, czego trudno było nie zauważyć. Niezbędne są radykalne zmiany, ale nie dziś… Oto do czego doprowadza sesja. ;)

Wolności żal

Przed niecałą godziną skończył się program Polacy, którego dzisiejszy odcinek dotyczył homoseksualizmu lub, by wykazać się większą precyzją, postulatów programowych ruchu gejowskiego. Szczegółowo swoich poglądów nie zamierzam teraz przedstawiać, wyrazić chciałbym tylko obawy, jakie dopadły mnie w czasie oglądania dyskusji. Po plecach przechodziły mi ciarki, gdy z ust organizatora parad tolerancji słyszałem stwierdzenia, iż Polacy jeszcze nie są w wystarczającym stopniu tolerancyjni, by akceptować zachowania typowe dla uczestników takich imprez na Zachodzie. Czujecie to? Jeszcze.

Niejako między wierszami odebrać mogłem komunikat, że nikt nie powinien protestować, gdy dochodzi do bezczeszczenia symboli religijnych, tak istotnych przecież dla osób wierzących, czy obrażania uczuć przeciwników ideowych na inne wymyślne sposoby. Jednocześnie z całą siłą krytyce należy poddawać głosy wszystkich tych, którzy na zachowania takie nie zgadzają się i głośno wyrażają swoją dezaprobatę. Ująć można by to we frazę: nie ma tolerancji dla nietolerancji. Problemem jednak jest, że obie strony barykady sobie przypisują posiadanie owej mitycznej tolerancji, nie zwracając zupełnie uwagi na prawdziwie, dawno już zapomniane, znaczenie tego słowa, traktując je czysto instrumentalnie.

Lewica znalazła dziś sobie nowy proletariat. Miejsce zbędnych już robotników zastąpili homoseksualiści, biseksualiści, transseksualiści, rozmaite osoby które ze względu na swoją seksualność cierpią podobno, doświadczając szykan ze strony aparatu państwa i pojedynczych ludzi. Hasłem przewodnim tego kierunku politycznego jest zapewnienie równości, rozumianej jednak czysto lewicowo, a więc takiej, której wprowadzanie w sposób nieunikniony wiąże się z ograniczaniem wolności. Równość tym razem nie ma dotyczyć sfery ekonomii, więc konfrontacja jej krzewicieli z zastaną rzeczywistością nie nabierze najprawdopodobniej kształtów nawet w minimalnym stopniu tak brutalnych, jak miało to miejsce za Czerwonego Caratu, ogólny cel pozostaje jednak ten sam.

Powracając do tematu parad – równość prawa do ich organizowania nie ma być zapewniana wszystkim, którzy wpadliby na pomysł takiego prezentowania własnych przekonań. Politykom lewicy chodzi o zapewnienie płaszczyzny promocji poglądów tylko dla siebie, dla nikogo innego. Protestują głośno, gdy z możliwości takiej skorzystać chcą ich przeciwnicy, obrzucają ich wytartymi już inwektywami, takimi jak: faszysta czy homofob. Parady są zaledwie pierwszym etapem, zwykle dość szybko dowiedzieć można się o próbach ingerencji w treści prezentowane na lekcjach, w programach telewizyjnych, tekstach prasowych.

Polska jest jeszcze na etapie kontrowersji wokół parad, proces ograniczania wolności przekonań wydaje się być jednak nieunikniony. Oferowana w zamian równość nie satysfakcjonuje mnie wcale. Wolności mi żal.