Optymistycznie zakładałem dotąd, że straszliwie trudny problem wyboru systemu operacyjnego został przeze mnie ostatecznie rozwiązany. Cóż jednak mogę począć, skoro ciągle nieodgadnione coś nie daje mi spokoju? Ubuntu na dobre opanowało mój poczciwy komputer i muszę stwierdzić, że jeszcze nigdy nie działał on tak bezproblemowo. No właśnie. Wyobraźcie sobie jaki to koszmar włączać codziennie komputer, najzwyczajniej w świecie korzystać z programów, które zainstalowało się kilkoma kliknięciami, podłączać sprzęt bez martwienia się o sterowniki, nawet grać w gry komputerowe, bo akurat Wine działa praktycznie od ręki. Autentycznie cierpię.
Dawniej, to były czasy! Godzinami męczyłem się ze Slackiem, toczyłem święte wojny ze złymi debianowcami, potem sam używałem tej dystrybucji. Kiedy chciałem już całkiem umęczyć swój procesor instalowałem FreeBSD, spalałem go wielogodzinnymi kompilacjami. Wspomnienia…
Potem wiele się zmieniło. Porwała mnie atmosfera liceum, sprawy komputerów odeszły w zapomnienie. Jakiś czas używałem nawet wiadomego systemu operacyjnego, którego nazwy nie godzi się wymieniać, by wreszcie zainstalować pierwszą przyjazną dystrybucję – Fedorę. Okazała się przerastać nieco mój podstarzały komputer, poszukiwania trwały więc dalej. Był to czas, kiedy Ubuntu zdobywało dopiero popularność, jak miałem nie spróbować?
Trudno mi określić powody, dla których status szarego użytkownika komputera, przestał mi tak niespodziewanie odpowiadać. Nie ma mowy oczywiście o kompilowaniu wszystkich programów z osobna, czy mozolnym rozgrzebywaniu plików konfiguracyjnych – polubiłem klikanie i nie mam zamiaru z niego rezygnować. Czego więc chcę? Przykrą cechą Ubuntu jest zamrażanie wersji oprogramowania na pół roku, kiedy to zapomnieć można o jakichkolwiek nowościach. Nie mogę się już doczekać Feisty, w tym okresie zawsze instalowałem zazwyczaj niestabilną wersję, co kończyło się tragicznie. Rwie mnie teraz niecierpliwość, bo konsekwentnie nie chcę znowu popełniać tego błędu. Gdyby tak Ubuntu miało odpowiednik debianowego unstable… Czy nie byłoby wspaniale?
Sid był dla mnie kiedyś wręcz idealny. Wszystko lądowało na moim dysku w najnowszej wersji. Komplikacji nie było zbyt wiele, ale zawsze istniała możliwość ich wystąpienia. Kiedy zdarzyły się już jakieś, nie okazywały się na tyle trudne, bym nie potrafił sobie z nimi poradzić. Oczywiście były problemy: całość działała żenująco wolno, a przyzwyczajony do porządku Slackware'a, przerażony byłem bałaganem, jaki panował wśród plików konfiguracyjnych. Ekipa stojąca za Ubuntu przynajmniej w temacie prędkości poczyniła znaczne postępy w porównaniu z Debianem. Nie wiem zbyt dokładnie jak jest z drugim problemem, ale okazjonalne rozglądanie się po dysku nie napawa mnie szczególnym optymizmem. Z drugiej strony – tu nie trzeba przynajmniej nawet wiedzieć o istnieniu czegokolwiek, poza katalogiem domowym.
Pozostaje mi teraz tylko rozglądać się za kolejnym wydaniem Ubuntu. Czeka mnie zapewne wiele nowości, staram się nie czytać informacji na ich temat, by nie odbierać sobie zaskoczenia. Może nawet coś nie będzie chciało działać?