Zawiodłem się

To była męska decyzja. Napis beta przy najnowszej wersji Ubuntu nie był w stanie mnie przestraszyć. Błyskał wciąż złowrogo, gdy przeklikiwałem się przez gąszcz odnośników, moja determinacja była jednak większa. Wkrótce mogłem umieścić w napędzie wypaloną świeżo płytę. Chciałem problemów, sam się o nie prosiłem. Srodze się zawiodłem.

Programiści z ekipy Ubuntu po raz kolejny nie stanęli na wysokości zadania. Moje oczekiwania nie były wcale wygórowane – zadowoliłaby mnie nawet niedziałająca grafika, brak polskich znaków, czy cisza dobiegająca z głośników. Nic takiego nie nastąpiło, a ja zgrzytając zębami ze złości, najzwyczajniej w świecie zacząłem używać Ubuntu 7.04. Niech przeklęte będą przyjazne systemy operacyjne!

Problemów!

Optymistycznie zakładałem dotąd, że straszliwie trudny problem wyboru systemu operacyjnego został przeze mnie ostatecznie rozwiązany. Cóż jednak mogę począć, skoro ciągle nieodgadnione coś nie daje mi spokoju? Ubuntu na dobre opanowało mój poczciwy komputer i muszę stwierdzić, że jeszcze nigdy nie działał on tak bezproblemowo. No właśnie. Wyobraźcie sobie jaki to koszmar włączać codziennie komputer, najzwyczajniej w świecie korzystać z programów, które zainstalowało się kilkoma kliknięciami, podłączać sprzęt bez martwienia się o sterowniki, nawet grać w gry komputerowe, bo akurat Wine działa praktycznie od ręki. Autentycznie cierpię.

Dawniej, to były czasy! Godzinami męczyłem się ze Slackiem, toczyłem święte wojny ze złymi debianowcami, potem sam używałem tej dystrybucji. Kiedy chciałem już całkiem umęczyć swój procesor instalowałem FreeBSD, spalałem go wielogodzinnymi kompilacjami. Wspomnienia…

Potem wiele się zmieniło. Porwała mnie atmosfera liceum, sprawy komputerów odeszły w zapomnienie. Jakiś czas używałem nawet wiadomego systemu operacyjnego, którego nazwy nie godzi się wymieniać, by wreszcie zainstalować pierwszą przyjazną dystrybucję – Fedorę. Okazała się przerastać nieco mój podstarzały komputer, poszukiwania trwały więc dalej. Był to czas, kiedy Ubuntu zdobywało dopiero popularność, jak miałem nie spróbować?

Trudno mi określić powody, dla których status szarego użytkownika komputera, przestał mi tak niespodziewanie odpowiadać. Nie ma mowy oczywiście o kompilowaniu wszystkich programów z osobna, czy mozolnym rozgrzebywaniu plików konfiguracyjnych – polubiłem klikanie i nie mam zamiaru z niego rezygnować. Czego więc chcę? Przykrą cechą Ubuntu jest zamrażanie wersji oprogramowania na pół roku, kiedy to zapomnieć można o jakichkolwiek nowościach. Nie mogę się już doczekać Feisty, w tym okresie zawsze instalowałem zazwyczaj niestabilną wersję, co kończyło się tragicznie. Rwie mnie teraz niecierpliwość, bo konsekwentnie nie chcę znowu popełniać tego błędu. Gdyby tak Ubuntu miało odpowiednik debianowego unstable… Czy nie byłoby wspaniale?

Sid był dla mnie kiedyś wręcz idealny. Wszystko lądowało na moim dysku w najnowszej wersji. Komplikacji nie było zbyt wiele, ale zawsze istniała możliwość ich wystąpienia. Kiedy zdarzyły się już jakieś, nie okazywały się na tyle trudne, bym nie potrafił sobie z nimi poradzić. Oczywiście były problemy: całość działała żenująco wolno, a przyzwyczajony do porządku Slackware'a, przerażony byłem bałaganem, jaki panował wśród plików konfiguracyjnych. Ekipa stojąca za Ubuntu przynajmniej w temacie prędkości poczyniła znaczne postępy w porównaniu z Debianem. Nie wiem zbyt dokładnie jak jest z drugim problemem, ale okazjonalne rozglądanie się po dysku nie napawa mnie szczególnym optymizmem. Z drugiej strony – tu nie trzeba przynajmniej nawet wiedzieć o istnieniu czegokolwiek, poza katalogiem domowym.

Pozostaje mi teraz tylko rozglądać się za kolejnym wydaniem Ubuntu. Czeka mnie zapewne wiele nowości, staram się nie czytać informacji na ich temat, by nie odbierać sobie zaskoczenia. Może nawet coś nie będzie chciało działać?

Co autor miał na myśli?

Internet to takie pieroństwo, że czasem trzeba pisać językiem ezopowym. Gdyby przecież całość stała się od razu jasna, nieszczęsnego autora czekałyby poważne kłopoty. Zapewne przesadzam; czemu ja zawsze zapewne przesadzam? Może przynajmniej dzięki temu nie bywam często zaskakiwany? A wracając do głównej myśli – jak coś, to wcale nie jest prawda, że studiuję na Uniwersytecie Szczecińskim, oczywiście studiuję w zupełnie innym mieście, a nawet wcale nie studiuję, tylko codziennie od 6:00 do 15:00 kopię rowy!

Ćwiczenia na studiach potrafią zmuszać czasem ludzi do rzeczy niebywałych. Ostatnio dla przykładu przyniosłem kredki, takie kupione jeszcze w pierwszej klasie podstawówki, nie przydały się, wiadomo. Ważne jest to, że otrzymaliśmy zadanie, nie pierwsze lepsze, ale poważne zadanie, prawie niemożliwe do wykonania. Jego treścią w skrócie jest przedstawienie wzajemnych zależności prawa hebrajskiego i muzułmańskiego, na przestrzeni długich wieków oczywiście. Nie wiadomo konkretnie, jakie sankcje grożą za zignorowanie zadania, ale lepiej nie ryzykować.

Punktualnie o 11:00, czyli gdzieś w okolicach tego, stawiłem się w akademiku, gdzie pomieszkują dwaj kumple, współpracownicy. Oszczędzę tu opisu akademika, gdyż był wręcz archetypowy. Burza mózgów rozpoczęła się niemal natychmiast, co to była za harówka! W pocie czół myśleliśmy, myśleliśmy i myśleliśmy, wreszcie trzeba było skończyć. Efektem okazała się nędzna kartka wyrwana z zeszytu, zapisana w połowie, pismem typu rozwlekłego. Właściwie nawet te zapisane miejsca można by jeszcze zapisać. To prawda, takie coś nie robi wrażenia, ale… Zainwestujemy więcej wysiłku w estetyczną stronę misji, niech to przynajmniej sprawia wrażenie, że się napracowaliśmy. Tylko jak zbudować takie wrażenie bez napracowania się? Pewnie nie zasnę aż tej nocy, rozgryzając ten poważny problem.

Niecierpliwy klient

Muzyka jest dla mnie ważna, bez dwóch zdań. Nie będę tu pisał, że niby bez niej moje życie byłoby li tylko nędzną egzystencją, ale tak, koniecznie muszę czasem czegoś posłuchać. Owa konieczność nachodzi mnie zazwyczaj poza domem, stąd przykra konieczność posiadania porządnych słuchawek. Nie jestem żadnym wyrafinowanym zboczeńcem, ale różnicę między mikroskopijnymi, chińskimi pchełkami, produkowanymi na plastikowe tony, a firmowym hełmofonem, w którym strach i wstyd wyjść na ulicę, bez problemu usłyszę. Muzyka musi też porządnie wybrzmieć, tak żeby można było ją poczuć, pewnie dlatego moje ambientowe szaleństwo nie trwało zbyt długo.

Dotąd miałem jakieś nędzne wkładki do uszu Sennheisera, ale dźwięk jaki wydawały zaczął mnie ostatnio irytować, zwłaszcza że miałem możliwość przekonania się, co potrafi mój odtwarzacz. Rozgrzebałem trochę sieć i znalazłem, Sennheiser PX 100 sprawiały wrażenie odpowiednich. Złożyłem zamówienie w pierwszym lepszym sklepie i…

Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku. Wpis nie miałby jednak sensu, gdyby nie wydarzyło się nic podejrzanego. Chciałem pobawić się w śledzenie przesyłki na stronie internetowej, to przecież rzecz tak nowoczesna… Powszechnie poza tym wiadomo, że każdy śledzący w ten sposób przesyłki, odnosi sukcesy zawodowe, ma piękną żonę i trzy kochanki, jedną powabniejszą od drugiej, reklamy nie kłamią. Dowiedziałem się niestety rzeczy wysoce niepokojących, które każdemu skutecznie zepsułyby nastrój.

Odmowa przyjęcia

Jakiś drugi ja otworzył drzwi doręczycielowi, stanowczo odmówił przyjęcia przesyłki i ustalił z nim inny termin. Pojęcia nie mam jaki to termin, słuchawki mogą więc nigdy do mnie nie trafić. Sprawa wyjaśni się pewnie już jutro, kiedy to wyślę do sklepu standardowego maila z bluzgami. Do kogo jednak dotrze odpowiedź? Poza tym, kto za ten cały sprzęt wreszcie zapłaci? Już nawet mniejsza o to, że jest mnie dwóch, zwyczajnie chcę moje słuchawki!

Chcę być kimś

Uświadomiłem dziś sobie, że całe moje dotychczasowe życie pozbawione było sensu, monotonnie ciągnęło się dzień za dniem, oślepiając mnie swą szarością. Wszystko spowodowała uważna lektura doniesień lemiela na temat hackingafery, która przetoczyła się przez internet, siejąc ogromne spustoszenia. Postanowiłem, dość już tego. Czas najwyższy pokazać wreszcie światu swoją prawdziwą twarz, twarz wojownika. Musiałem tylko demonstracyjnie usunąć serwis Hacking.pl ze swojego czytnika!

Rozpacz rycerza

Pierwsze problemy dały o sobie znać niemal natychmiast. Dotarło do mnie, że nie jestem wystarczająco hakerski, by mieć ten serwis w swoim czytniku. Przez własną ignorancję nigdy się nim nie zainteresowałem. Całe szczęście, że nawet w sytuacjach kryzysowych potrafię zachować zimną krew. By całej scenie nadać odpowiedniej dramaturgii, zmieniłem od razu kursor na odświętny, przeznaczony wyłącznie na specjalne okazje.

Dodanie do czytnika

Rzeczą jasną było dla mnie, że aby usunąć Hacking.pl z czytnika i udowodnić tym samym swoją waleczność, niezbędnym było najpierw nieszczęsny serwis dodać. Mimo jego oporów i własnego obrzydzenia, dokonałem tego bez większych trudności.

Usunięcie z czytnika

Nadeszła wreszcie pora na decydujące starcie. Ja przeciw złu i tylko jedna szansa. Musiałem już tylko wykonać prosty gest, który miał zaważyć na całym moim życiu. Wstrzymując oddech nacisnąłem przycisk… Poczułem od strony monitora silny cios, jednak wiedziałem już, że nikt w walce ze mną nie ma najmniejszych szans. Ocknąłem się czując odrażający smród krwi, potu i błota – opary bitwy. Po wrogu nie było ani śladu, czyżby kiedyś znów miał stanąć na mojej drodze?