Najnowsza wersja Ubuntu zupełnie nie przypadła mi do gustu. Gustu wyrafinowanego dostatecznie, by irytowały drobne niedoróbki, liczne niespójności i nierozwiązane problemy. Przekonany o konieczności instalacji czegoś innego, ściągnąłem wczoraj na dysk obrazy openSUSE i Fedory. Fedory od początku nie traktowałem poważnie, pamiętałem jak zachowały się jej ostatnie wersje przedpremierowe. Zielona dystrybucja nie chciała się zainstalować, choć właściwie i tak nie byłem do niej szczególnie przekonany. W moim chorym umyśle zaczął krążyć pomysł podarowania drugiej szansy Windowsowi Vista, ale szczęśliwie w porę przypomniałem sobie o Archu. Postanowiłem pomęczyć się z konfiguracją i dopasowaniem wszystkiego do siebie i mieć w końcu system, z którego mógłbym być zadowolony. Poki co Archa zainstalowałem na osobnej partycji i jestem na etapie powolnego konfigurowania. Kiedy trudne to zadanie uznam za skończone, skopiuję pliki konfiguracyjne w bezpieczne miejsce i przeprowadzę porządną instalację, usuwając ostatecznie Ubuntu. Aktualnie usiłuję wymyślić, jaki menedżer okien by tu zastosować. Najbardziej kusi mnie znacznie zmodyfikowane Xfce, z przewagą własnych koncepcji i niedowagą graficznych narzędzi. W innym wypadku nie byłbym najprawdopodobniej w stanie korzystać z zalet mojej znośnej karty graficznej, a Compiza zamierzam sobie podarować. Przede mną jeszcze sporo problemów, ale potem…
Całe popołudnie zajęło mi dziś mocowanie nowego wspornika kierownicy. Już na początku okazało się, że rozmaite trudności zamierzają pojawiać się jedna za drugą. Liczyłem że będę mógł ponownie wykorzystać owijki, te jednak podarły się przy zdejmowaniu - klej z czasem zaczyna trzymać mocniej, co właściwie dobrze o nim świadczy. Jutro muszę kupić nowe i dopiero wtedy wszystko będzie gotowe. Stary mostek wyjąłem jednym płynnym ruchem, jednak włożenie nowego okazało się niemal niemożliwe. Znakomita rurka okazała się najzwyczajniej zbyt długa i trzeba było odpiłować kilka jej centymetrów. Po chwili okazało się, że nie przeszkadzałoby odpiłować jeszcze z pół centymetra, ale tu już poradziłem sobie młotkiem. Przy okazji dostało się też trochę farbie na nowym mostku, ale przynajmniej w miejscach niewidocznych. Trauma odpryskującego lakieru niedługo minie. W procesie składania roweru do kupy stosowałem niewiarygodne ilości smaru, wykorzystując zalecenia szkoły mojego ojca - mechanika samochodowego. Mostki klasyczne działają na zasadzie klina, więc trochę zacierać po prostu się muszą, być może jednak dzięki smarowi nie będzie potrzeba czołgu do ponownego rozbierania, które zapewne kiedyś nastąpi. Mimo nieprzewidzianych trudności jestem zadowolony, rower wygląda bojowo.
Sesja coraz bliżej. Dostaję dziwnej wysypki na piętach kiedy myślę, że będę w trakcie najostrzejszego rycia i dłubania, gdy moi znajomi egzaminy zostawią już dawno za sobą. Tak już niefortunnie składa się na moim kierunku, że pierwsze egzaminy wymusza się na studentach w połowie czerwca, podczas gdy szczęśliwi politolodzy, socjolodzy i eksperci od stosunków międzynarodowych myślą już o wakacjach. Wyjątkowa to niegodziwość i barbarzyństwo gatunku profesorskiego, jednak nie mogę temu w żaden sposób zaradzić. Racjonalne i możliwe jest wyłącznie złapanie się za opasłe tomiska, cierpliwa nauka i wysiłek zrozumienia tego co dobre i słuszne. Zdecydowanie dobre jest prawo karne materialne, którego nauka przybiera obecnie najkonkretniejszą z fom, a to z racji na przedtermin pod koniec maja. Równie dobre jest prawo konstytucyjne, w odniesieniu do którego przynajmniej wiem już, skąd i czego się uczyć. Słuszne jest prawo finansowe, wymagające wchłonięcia pokaźnych rozmiarów notatek z wykładów, z niezbędnym uzupełnieniem paru pasjonujących ustaw. Gwoździem programu do trumny sesji jest zdecydowanie prawo administracyjne, z którego egzamin co roku jest niespodzianką. Po wydziale krążą pasjonujące legendy o biedakach, którzy odpowiadać musieli na pytania wyciągnięte z czeluści kosmosu. Radość i wiosna, proszę ja państwa!
Sposób spędzenia pierwszego dnia długiego weekendu od początku był raczej oczywisty. Kwestia kolejnych dni przedstawia się bliźniaczo podobnie. Zamierzałem i zamierzam pojeździć na rowerze za wszystkie czasy. Mój pogodowy pech nie zawiódł i dziś od rana padał paskudny deszcz. Taki deszcz, który nie wie nawet w którą stronę padać, zbyt leniwy by wypadać się konkretnie i skończyć wreszcie swoją robotę. Deszczowi towarzyszyć musiał wiatr, jednak nie przeszkadza mi on już jak dawniej. W głowie zaczynały mi krążyć myśli, żeby wszystko sobie odpuścić, ale postanowił pojechać ze mną ojciec. Towarzystwo jest zawsze sporą mobilizacją, więc miałem powody do wdzięczności. Wyjechaliśmy w momencie kiedy pogoda przecierała się, zza chmur nawet wyglądało słońce, mżawka na parę chwil podarowała sobie. Planowaliśmy dotrzeć do Gryfina, ale już w Podjuchach zaczęło konkretnie padać, wystarczyła chwila i przemokliśmy dokładnie od góry do dołu. Odrobinę głupio było rezygnować i parliśmy naprzód, życzliwy deszcz wreszcie wziął sobie wolne.
W Gryfinie trwały przygotowania do Dni Gryfina – imprezy masowej niekiedy nawet ciekawszej od szczecińskich Dni Morza. Z sensowniejszych zespołów miały grać Hurt i Coma… Może nawet byśmy zostali, ale przecież Krzysztof Krawczyk występuje dopiero jutro. ;) Skierowaliśmy się na Mescherin, niemiecką stroną i niemieckim asfaltem dotarliśmy aż do przejścia w Rosówku. W domu czekał przepyszny sernik, ostatnie kilometry pokonaliśmy więc ekspresowym tempem. :) Liczyłem na odrobinę dłuższą wyprawę, ale 50 kilometrów też ujdzie. Może jutro będzie więcej?